Szkoda czasu na gdybanie – rozmowa z Agnieszką Radwańską

Michał Jaśniewicz , foto: AFP

Michał Jaśniewicz

Z Agnieszką Radwańską w Krakowie rozmawiali Adam Romer i Artur St. Rolak.

Tenisklub: Nie wszyscy używają Facebooka i Twittera, więc nie wszyscy wiedzą, gdzie spędziła pani tegoroczne wakacje.
Agnieszka Radwańska: – Byłam na Barbadosie. Kolejny raz na Karaibach – po Jamajce i Kubie – ale znowu na innej wyspie. Kiedyś na pewno jeszcze tam wrócę, bo super miejsce, ekstra pogoda. Non stop 30 stopni, ani razu nie miałam na sobie ubrania z rękawkiem.

Na wszelki wypadek dodajmy – bo nie każdy musi pamiętać – że wakacje zawodowej tenisistki wypadają w listopadzie. To pani ulubiony miesiąc?
Z powodu końca sezonu i wakacji – tak, ale zdecydowanie wolę lato.

Cała Polska zaczyna wakacje na przełomie czerwca i lipca. I jeśli nad Bałtykiem albo na Mazurach jest zimno i pada deszcz, to ludzi rozgrzewa na przykład Wimbledon. Chyba mogła pani w tym roku trochę bardziej „dołożyć do pieca”? 
Robiłam, co mogłam, ale siła wyższa. Pierwszy tydzień turnieju tak mnie zmógł, że w drugim już chyba nie mogłam dać z siebie więcej.

""

Czego, patrząc z perspektywy czasu, najbardziej zabrakło w meczu z Sabine Lisicki?
Na pewno świeżości. To był czwarty z rzędu mecz trzysetowy, a trawa jest taką nawierzchnią, na której wysiłek liczy się podwójnie. I trochę szczęścia, bo byłam przecież tylko o dwie piłki od pokonania Sabiny.

W zeszłym roku nie, bo Serena Williams, w tym roku nie, bo Sabine Lisicki. Znajomi pytają nas, na kiedy mają rezerwować sobie bilety na finał, który pani wygra.
Sama też bym chciała znać odpowiedź na to pytanie. To jest pytanie w stylu „Gdyby ciocia miała wąsy…”.

Warto się pośpieszyć, bo Jerzy Janowicz gotów zrobić to wcześniej.
Oby! W tym roku na Wimbledonie wyszliśmy na remis. Jerzyk bardzo dobrze gra na trawie, więc w jego przypadku – wierzę w to – jest to tylko kwestia czasu.

Tak narzeka pani na ten Wimbledon, że każdy krok męczy jak dwa kroki, a każdy mecz boli jak dwa mecze, ale nadal jest to turniej, w którym odnosi pani największe sukcesy. Czy właśnie tam o zdobycie tytułu wielkoszlemowego będzie pani najłatwiej? 
Chyba tak… Tam gra mi się najlepiej, o czym świadczą finał 2012 i półfinał 2013.

""

Z czego to się bierze? Pani najbardziej lubi trawę czy rywalki tej trawy najbardziej nie lubią?
Na trawie zdarza się najwięcej przedziwnych wyników. Jeśli ktoś lubi tę nawierzchnię, to zwykle gra na niej dobrze, a jeśli nie lubi, to żeby nie wiem ile trenował, nigdy się do niej nie przekona.

Sukces w tenisie mierzy się albo wynikami w Wielkim Szlemie, albo miejscem w rankingu. Jak ocenia pani swoje szanse zostania numerem jeden? Co jest dla pani ważniejsze? 
Nie myślę takimi kategoriami. Jeśli kiedyś nim będę, to super. Walcząc o tytuł wielkoszlemowy zawsze zbliżamy się do szczytu rankingu. Oba te cele są więc ze sobą ściśle związane, choć nie zawsze, a raczej nawet rzadko, można je osiągnąć jednocześnie. Inne turnieje są punktowane tak wysoko, że wygranie jednego Szlema w roku nie gwarantuje nawet trzeciego miejsca w rankingu, o czym świadczą choćby przykłady Sam Stosur i Franceski Schiavone.

A piąte na koniec sezonu to duży sukces czy małe rozczarowanie? 
Uważam, że utrzymanie się w czołowej piątce jest jednak dużym sukcesem, bo trudniej się w nie utrzymać, niż do niej wejść. Tym bardziej że różnice punktowe pomiędzy mną a Marią Szarapową i Na Li są niewielkie i równie dobrze kolejność mogła być odwrotna. W tym sezonie tylko Serena Williams była nieosiągalna.

Jakie warunki muszą być spełnione, żeby wygrała pani turniej Wielkiego Szlema albo została liderką rankingu? Poza zdrowiem…
Na to nigdy nie ma jednej recepty. Dobra forma, odrobina szczęścia w losowaniu… Marion Bartoli wygrała Wimbledon nie walcząc z nikim z pierwszej dziesiątki. Nawet pogoda, bo trudno gra się w Australii w temperaturze 40 stopni. No i tej Serenie trzeba „coś zrobić”.

Może powinna jej pani przy najbliższej okazji zasugerować, że po trzydziestce mogłaby wreszcie pomyśleć o rodzinie. Szkoda takich genów… 
Serena ma już 32 lata, ale dwie roczne przerwy w startach wyszły jej na dobre. Wróciła i zaczęła jakby od początku. Przykładem z drugiej strony jest Jelena Diemientiewa. Przez dziesięć sezonów utrzymywała się w ścisłej czołówce, a w wieku 29 lat poczuła się wypalona i zakończyła karierę.

""

Jak pani przypuszcza – jak długo Serena Williams może jeszcze pograć na takim poziomie? 
Na pewno Serena nie gra dla pieniędzy. Decyzja o zakończeniu kariery to chyba najtrudniejsza chwila w życiu, które zmienia się z dnia na dzień.

Jak po ślubie.
Chyba jeszcze bardziej, bo rozwód można wziąć zawsze, a wrócić do sportu już nie tak łatwo.

Jak ocenia pani udział Patricka Muratoglu w tegorocznych sukcesach Williams?
Dzięki współpracy z nim przez cały sezon była w bardzo wysokiej formie. Po korcie poruszała się lepiej niż niejedna dwudziestolatka, więc ten układ bardzo jej służy i pewnie jeszcze trochę Serena pogra.

Wychodzi więc na to, że karierę zakończycie mniej więcej w tym samym czasie. 
O Jezu… …

…bo Serena będzie miała jeszcze ze dwie roczne przerwy, po których wróci znów głodna sukcesów.
No tak, tak może być.

W wielkim tenisie porusza się pani już od siedmiu lat. Czy doświadczenia zebrane w tym czasie pomogą osiągnąć jeden z tych celów, o których wspomnieliśmy nieco wcześniej? 
Na pewno. Każdy sezon, każdy turniej i każdy mecz to nauka czegoś nowego. Dziś czuję się inaczej niż wtedy, kiedy miałam 20 lat. 70 meczów w sezonie zostawia ślad w kościach.

""

Po przegranych meczach, a ostatnio były cztery porażki z rzędu, w komentarzach prawie zawsze wraca temat trenera. 
Końcówka sezonu faktycznie nie była udana, bo Azja dała mi popalić. 13 meczów w 18 dni naprawdę dało mi w kość. Ambicja chyba przerosła moje możliwości. Podobnie w Mastersie – głowa chciała, ale nogi nie. Organizmu nie można oszukać. Mam trenera od tenisa, trenera od przygotowania ogólnego, fizjoterapeutę, a nawet dwóch, sparingpartnerów, mnóstwo lekarzy, jeśli zachodzi taka potrzeba, i nie planuję niczego zmieniać. Oczywiście nigdy nic nie jest idealne, więc na pewno mamy jeszcze nad czym pracować.

Niektórzy komentatorzy porównują panią do Andy’ego Murraya. Chyba nikt nie ma wątpliwości, że dopiero po zatrudnieniu Ivana Lendla zrobił on taki postęp, który pozwolił mu wygrać US Open i Wimbledon. Lendl nie nauczył Murraya lepiej odbijać z forhendu czy bekhendu, ale dał mu coś, co pozwoliło wreszcie pokazać pełnię możliwości Szkota. Czy ktoś taki jak Lendl nie przydałby się także pani?
To tylko gdybanie, a ja tego nie lubię. Powtórzę więc, że mam ekipę i nikogo mi w niej nie brakuje.

Kiedy by nie otworzyć strony WTA czy jakiejś anglojęzycznej gazety, to przy pani nazwisku prawie zawsze pojawia się określenie „Polish star”. Czy gwiazdą – jak prorokiem – trudno być we własnym kraju? 
W ogóle nie lubię tego określenia. Czuję się najwyżej sportsmenką, która robi swoje na światowym poziomie.

Prosimy nie mylić gwiazd z celebrytami, którzy niczego nie osiągnęli, a są znani tylko z tego, że są znani. Czy może pani spokojnie przejść ulicą i nikt nie poprosi o autograf? Albo wyskoczyć wieczorem do klubu, żeby trochę się rozerwać, i nie będzie pani wskazywana palcami?
Większość czasu spędzam za granicą i nie wiem, ile mówi się w Polsce o moich występach. Ale chyba jednak sporo, bo na ulicy rozpoznaje mnie dziewięć osób na dziesięć. To miłe i nie mam z tym problemów. Gorzej, jeśli ktoś chce sobie zrobić ze mną zdjęcie koniecznie wtedy, gdy na przykład jem. W Krakowie mam kilka ulubionych miejsc, w których nigdy nie doszło do żadnych zgrzytów.

""

Dlaczego publiczność na całym świecie tak panią lubi? Świadczą o tym wyniki plebiscytów. Wielkich Szlemów pani nie wygrywa, cukierków ludziom nie wciska, nie paraduje pod rękę z finalistą konkursu MTV…  
Hmm… Może lubią mój tenis, który jest trochę inny, miły dla oka? Ale to chyba nie jest pytanie do mnie, raczej do kibiców.

Może to dobry moment, aby powiedzieć, że każdą rywalkę trzeba szanować, ale nie każdą trzeba lubić? 
Szanować trzeba zdecydowanie każdą. Z kilkoma się przyjaźnię, z kilkoma koleguję, wielu nie znam zbyt dobrze, a niektóre są mi po prostu obojętne.

Naprawdę nie ma wśród nich nikogo, kogo pani nie prywatnie nie lubi?
Jeśli kogoś się zna od dziecka, a potem ten ktoś się zmienia na przykład pod wpływem czy to sławy, czy pieniędzy, to trudno nadal uważać go za przyjaciela. Ale żadnych nazwisk ode mnie nie usłyszycie. Jest nas kilkaset i wszystkie nie będziemy się kochały, jak to baby.

W relacjach międzyludzkich zazwyczaj występuje wzajemność. Które tenisistki z czołówki pani nie lubią?
Proszę je zapytać.

To może powie pani, za co nie lubią?
Ha-ha, większość za skróty i loby. Marion Bartoli napisała niedawno na Twitterze, że tęskni za tourem, ale nie za moimi skrótami.

To może chociaż nazwiska tych, z którymi – oczywiście poza siostrą – z przyjemnością pojechałaby pani na kolejne wakacje? 
Z Woźniacką i Kerber. Z Karoliną znamy się chyba od 15 lat. Dziewczyna była liderką rankingu i nawet to jej nie zmieniło.

""

Skorzystajmy z okazji i dowiedzmy się, jak to jest z nią i Rory’m McIlroyem. Rozstali się? Są nadal razem? Codziennie media zaprzeczają poprzednim informacjom.
Na to pytanie nie odpowiem wam nawet prywatnie. Mam absolutny zakaz. Przyjaźń nie może ucierpieć z powodu jednego wywiadu.

Są sukcesy, jest popularność, są więc reklamy. Jest pani lepszym kierowcą czy gospodynią domową?
Kierowcą! Lexus jest tak wygodnym, komfortowym i szybkim autem, że nie potrafię wskazać modelu, który odpowiada mi najbardziej.

A na gary nie ma pani czasu, bo studia są wystarczająco czasochłonne?
Za trzy dni mam pierwsze dwa egzaminy w tym roku.

Na którym roku?
Ciągle kończę ten drugi. W ciągu sezonu naprawdę rzadko kiedy mogłam się pouczyć. Mam nadzieję, że uda mi się teraz skończyć ten semestr, a do Australii polecę już jako studentka trzeciego roku.

Na sesję można umówić się nie tylko z egzaminatorem. Także z fotografem. Sesja dla magazynu ESPN była w tym roku takim samym przebojem internetu, jak kiedyś chomiki, torebka, kebab czy czekolada. Różnica jest jednak zasadnicza – wtedy wszystkich to bawiło, a tym razem posypały się na panią gromy. 
To kolejny dowód na to, jak trudno być w Polsce kimś, kto robi coś jako pierwszy. Jestem pierwszą Polką zaproszoną przez ten magazyn. Wcześniej wystąpiło w nim kilkuset sportowców z całego świata. Z późniejszych komentarzy wynika, że Polacy nie mają o tym magazynie żadnego pojęcia. Sport, dieta, trening, kontuzje – taka jest tematyka tego magazynu. Owszem, sportowcy na zdjęciach są nago, ale więcej było widać na tych, które paparazzi zrobili mi na plaży na Mauritiusie. Jest mi przykro, że zostałam z tego powodu tak skopana.

Za jedną decyzję dostanie pani chyba jednogłośną pochwałę. Dawno, z różnych powodów, nie grała pani w Polsce. Przyszłoroczny występ w Katowicach to głos serca czy rozsądku? 
Wspólny. I bardzo się cieszę, że turniej nie będzie rozgrywany na mączce.

Podobno nigdy pani nie płacze. Naprawdę? Czy tylko nie mamy okazji zobaczyć łez, bo pomiędzy przegranym meczem a konferencją prasową mija dość czasu, żeby zużyć nawet całą paczkę chusteczek? 
Po porażce to nigdy nie jest płacz. Raczej wściekłość z powodu przegranej. Czas przed konferencją jest mi potrzebny na uspokojenie się, aby nie połamać wam mikrofonów.

""

Na korcie rzadko okazuje pani emocje. Czy ich rozładowanie, nawet złamanie rakiety, nie pomogłoby w sytuacji, kiedy gra niezbyt się układa? 
Za złe zachowanie na korcie grożą konsekwencje, a ja jestem krakowianką i nie lubię płacić kar. Poważnie mówiąc: to się czasem zdarza, ale nie tędy droga. Spokój jest lepszy niż histeria.

Od czasu do czasu pytamy tenisistów o marzenia, a prawie nigdy o sny. Czy śnią się pani spełnione marzenia?
Chyba nie. Sny mam różne – od absurdalnie głupich, poprzez horrory, w których ktoś goni mnie z siekierą albo atakują mnie jakieś potwory, po całkiem realne, na przykład mecze tenisowe.

Deja vu też się zdarza?
Bardzo często. Prowadzę taki tryb życia, że często mam wątpliwości, czy już gdzieś naprawdę byłam, czy tylko tak mi się zdaje. Najgorsze są pokoje hotelowe. Nigdy nie pamiętam, po której stronie korytarza jest łazienka. Zwykle nie zapalam światła i po ciemku zdarza mi się zderzyć ze ścianą. Albo wchodzę do windy i długo się zastanawiam, na które piętro mam jechać.

Statystyki mówią, że chyba co trzeci Polak jeszcze nigdy nie leciał samolotem. Pani krajową normę zdecydowanie zawyża. Czy ktoś, kto jako pasażer kilka razy obleciał Ziemię dookoła, jeszcze się czasem boi?
Nie da się ukryć, że dwa razy bałam się okropnie, a raz myślałam nawet, że to już koniec. Jakieś pięć lat temu leciałam do Krakowa małym samolotem, mniejszym od autobusu. Zima, ciemności, zamieć… Byłam przekonana, że wylądujemy do góry nogami. Tak mocno zacisnęłam pasy, że potem przez trzy dni bolał mnie brzuch, a w dłoniach, od trzymania się oparć, miałam skurcze. Myślałam, że już nigdy więcej nie wsiądę do samolotu, ale już po czterech dniach, podczas kolejnego startu, wszystkie obawy spłynęły po mnie jak po kaczce.

Za każdym razem podkreśla pani, że nie czyta artykułów prasowych na swój temat. Tak słabo piszemy? 
Dla własnego zdrowia chyba lepiej jest odciąć się od wszystkiego i robić swoje. Ale „Tenisklub” czytam!

Jakie ma pani plany na resztę urlopu?
Wszystko co dobre, szybko się kończy. Wracam w tryby treningów. W połowie grudnia zagram ligę w Czechach, a w drugi dzień Bożego Narodzenia wylatuję do Australii. Sezon zacznę już 28 grudnia, od debiutu polskiego tenisa w Pucharze Hopmana, w parze z Jurkiem Janowiczem.