Miedzy nadzieją a rzeczywistością. Reportaż z Gliwic po meczu z Ukrainą

Marcin Dąbrowski , foto: Kamil Szpilski

Marcin Dąbrowski

Gliwice, PreZero Arena 10–11 kwietnia 2026

 

Tenis bywa bezlitosny. Wynik 0:4 zapisany w protokole Billie Jean King Cup nie pozostawia miejsca na interpretację, a jednak w Gliwicach przez dwa dni wydarzyło się więcej niż sugerują cyfry. Była cisza po straconym gemie i eksplozja trybun po wygranym punkcie. Była też lekcja – o różnicy poziomów, ale i o tym, jak wyciągać wnioski na kolejne spotkania. 

 

Już po losowaniu było jasne, że reprezentację Polski czeka jedno z najtrudniejszych wyzwań. Stawką rywalizacji z Ukrainą był awans do wrześniowego turnieju finałowego w Shenzhen – miejsca, gdzie spotykają się najlepsze drużyny świata. Do Gliwic przyjechała jednak Ukraina w najmocniejszym możliwym składzie, z Eliną Switoliną na czele. Polska przystępowała do meczu osłabiona – bez Igi Świątek i Magdaleny Fręch – musiała szukać odpowiedzi gdzie indziej: w energii trybun, w odwadze. Różnica potencjału była widoczna na papierze. Na korcie momentami jeszcze bardziej.

 

Piątek: tenisowa precyzja i pierwsze pęknięcia

Pierwszy dzień rywalizacji rozpoczął się od pojedynku Magdy Linette z Martą Kostiuk. Początek meczu mógł napawać optymizmem. W pierwszym secie, przy żywiołowym dopingu gliwickiej publiczności, żadna z zawodniczek aż do dziesiątego gema nie wypracowała nawet break pointa. Spotkanie miało rytm tenisowych szachów – cierpliwość, kontrola i oczekiwanie na błąd i wtedy przyszło przyspieszenie. Marta Kostiuk weszła poziom wyżej, jakby nagle ktoś przekręcił pokrętło. Jedno przełamanie wystarczyło, by przejąć kontrolę nad setem. Drugi był już jednostronnym monologiem Ukrainki – szybkim, zdecydowanym, bez miejsca na odpowiedź. Pierwszy punkt dla Ukrainy, pierwszy ciężar na barkach Polek.

Potem na kort wyszła Elina Switolina. Jej mecz z Katarzyną Kawą rozpoczął się jak burza – cztery przełamania z rzędu, chaos, emocje, brak rytmu, ale właśnie w takim chaosie doświadczenie zaczyna znaczyć najwięcej. Switolina uporządkowała grę, ustawiła wymiany na swoich warunkach i zaczęła dominować. Kawa walczyła, szukała momentów, ale liderka Ukrainy nie pozwoliła na rozwinięcie tej historii.

Po piątku było 2:0 i coraz więcej ciszy między kolejnymi punktami.

 

Sobota: trzyaktowy dramat w deblu

Sobotnie południe przyniosło coś, czego w sporcie nie da się zapisać w statystykach – nadzieję. Trybuny znów się zapełniły. Ludzie przyszli oglądać tenis na najwyższym poziomie z wiarą w odwrócenie losów spotkania. Debel miał być formalnością, a stał się spektaklem

Początkowo planowano występ Katarzyny Kawy i Mai Chwalińskiej. Ostatecznie jednak na korcie pojawiła się Chwalińska, lecz z Martyną Kubką u boku. Po drugiej stronie siatki – doświadczone siostry Kiczenok. To, co miało być formalnością, zamieniło się w ponad trzygodzinny spektakl, jeden z najbardziej emocjonujących momentów całego weekendu.

Początek nie zapowiadał sensacji – już w pierwszym gemie Ukrainki przełamały serwis Polek, jednak z każdą minutą Polki wchodziły w mecz coraz odważniej. Miały nawet trzy setbole, lecz to rywalki wykazały się większym doświadczeniem i zamknęły partię 7:5.

Drugi set zmienił wszystko. Arena zaczęła pulsować – doping, bębny, naprzemienne okrzyki polskich i ukraińskich kibiców stworzyły atmosferę prawdziwego tenisowego święta. Niesione energią trybun Polki podniosły poziom gry i po emocjonującym secie doprowadziły do wyrównania. Decydująca odsłona była kwintesencją sportowego napięcia. Polki szybko przełamały rywalki i wydawało się, że momentum jest po ich stronie. Ukraina jednak odpowiedziała. Niewykorzystane break pointy zaczęły się mścić. W kluczowych momentach siostry Kiczenok przyspieszyły, grały odważniej i skuteczniej. To one wygrały trzeci set, zamykając rywalizację i zapewniając Ukrainie awans do finałów.

 

Ostatni akcent i obraz całości

Ostatni mecz, w którym Linda Klimovicova zagrała przeciwko Oleksandrze Oliynykowej był już rozgrywany w cieniu rozstrzygnięcia. Mimo to Polka pokazała fragmenty dobrej gry, odważne wejścia w wymiany, próbę narzucenia tempa. To jednak nie wystarczyło na rozpędzoną rywalkę. Publiczność, mimo rozstrzygnięcia losów meczu, nie opuszczała swojej zawodniczki. W Gliwicach było czuć, że to nie tylko sportowy wynik, ale też proces budowania drużyny, doświadczenia i tożsamości.

 

Różnica poziomów

Mecz z Ukrainą był trudny, tego spodziewali się wszyscy. Nawet jednak w sztabie reprezentacji nie zakładano, że różnica będzie aż tak wyraźna. Piątkowe single pokazały dystans dzielący obie drużyny. Sobotni debel, że tenis to także emocje, momenty i detale, które mogą zmienić narrację. Ostateczny wynik 0:4 jest surowy, ale nie oddaje w pełni charakteru rywalizacji. Szczególnie debel przyniósł kibicom sportowe widowisko pełne zwrotów akcji, napięcia i jakości.

Dla Polski to moment na refleksję. Konieczność „odrobienia pracy domowej”, jak podkreślał kapitan, i dalszego zbierania doświadczenia zwłaszcza przez młodsze zawodniczki. Gliwice nie były miejscem zwycięstwa. Były miejscem nauki, a w tenisie czasem właśnie od tego zaczyna się najważniejsza historia.

 

Marcin Dąbrowski