Amerykanin z krwi i kości
Kilkunastoletnią obecnością w telewizji zapracował na miano showmana, playboya, komedianta i awanturnika. Przede wszystkim był jednak tenisistą: efektownym, specyficznym, pechowym. Gdy uderzył piłkę po raz ostatni, posmutniali nie tylko jego rodacy.
Kiedy zobaczyłem go pierwszy raz, wiedziałem, że jest Amerykaninem. Zdradziła go czapka z daszkiem, znad której wystawały postawione na sztorc włosy, energiczny chód i bijąca na kilometr pewność siebie. Amerykański młokos, który wszędzie się spieszy, błyskawicznie przeskakuje między kolejnymi gemami, nawiązuje kontakt z publicznością za każdym razem, gdy nadarza się ku temu okazja. Mistrz kreowania widowiska.
Zdziwiłem się, gdy przeczytałem, że niedługo przed tym, jak namaszczono go na następcę Pete’a Samprasa i Andre Agassiego, gotów był zrezygnować z kariery tenisisty. Zniechęciła go seria niepowodzeń w rywalizacji juniorskiej. Rozważał porzucenie sportu na rzecz innych zajęć; ze swoją komunikatywnością i inteligencją z pewnością odnalazłby się w wielu branżach. Szczęśliwie, Tarik Benhabiles namówił swojego podopiecznego, żeby dał tenisowi szansę, oddając mu się bezgranicznie przez kolejne cztery miesiące. Tylko cztery miesiące. Poskutkowało. A całkowicie oddany tenisowi Roddick pozostał w grze przez następne trzynaście lat, po drodze stając się czołowym zawodnikiem globu i jedną z najbarwniejszych postaci w zawodowym cyklu.
Gdy zaczął zwyciężać seriami (latem 2003 roku), tenisowi puryści dziwili się, jak to jest możliwe. Poza atomowym serwisem i forhendem nie miał nic. Poruszał się niezgrabnie, nie zachwycał timingiem i wyczuciem, woleje upraszczał do sztuki trafiania w piłkę, a bekhendy służyły mu głównie do podtrzymywania ciągłości wymian. W trudnych momentach wspomagał się walecznością. Wielu trenerom wydawało się nieprawdopodobne, by ten człowiek mógł kiedykolwiek zostać rakietą numer jeden. Ich zdziwienie było ogromne, gdy Roddick zakończył rok na prowadzeniu w rankingu, dystansując rywali pokroju Rogera Federera, Juana Carlosa Ferrero czy Andre Agassiego.
Mniej więcej w połowie swojej przygody z zawodowym tenisem został okrzyknięty najlepiej serwującym zawodnikiem w historii dyscypliny. Przeważnie posyłał mniej asów od dryblasów pokroju Gorana Ivanisevicia, Richarda Krajicka czy Ivo Karlovicia, nie wygrywał podaniem najcenniejszych punktów w karierze – jak Sampras – ale do perfekcji opanował sztukę wprowadzania piłki do gry. Trenerzy namawiali go, żeby czasem przyhamował, uderzył lżej, oszczędzając narażone na potworne obciążenia ramię. Rzadko ich słuchał, wolał rozstrzygać gemy serwisowe po swojemu, najlepiej w czterech huknięciach. Dopiero Brad Gilbert, u boku którego osiągał największe sukcesy, przekonał go do urozmaicenia podania. Wtedy Amerykanin drugi serwis zaczął wprowadzać z kickiem, jakiego jeszcze na kortach nie widziano. Gdyby w serwowaniu organizowano mistrzostwa świata, podzielone na konkurencje związane z precyzją, siłą i sposobem wykonania podania, przez dekadę byłby niekwestionowanym czempionem.
W Stanach Zjednoczonych szybko stał się medialną gwiazdą. Urodą zjednał sobie sympatię kobiet, również tych, które na tenisie szczególnie się nie wyznają. Towarzyskością i wygadaniem zaskarbił sobie sympatię dziennikarzy, choć ci często toczyli z nim zaciekłe debaty, jeżeli ich poglądy stały do siebie w opozycji. Wielokrotnie przewijał się przez najpopularniejsze amerykańskie programy typu talk-show. Błyskawicznie nawiązywał kontakt z prowadzącymi i publiką, odnajdywał się w różnych rodzajach humoru, chętnie żartował z siebie. Najczęściej nabijał się z kompleksu Rogera Federera (przegrał 21 z 24 oficjalnych starć ze Szwajcarem) albo z nieuleczalnej awersji do kortów ceglanych. Raz nawet zgodził się spotkać z Jonathanem Rossem w trakcie trwania Rolanda Garrosa. Kiedy przyjmował zaproszenie do programu, był przekonany, że nie dotrwa do drugiego tygodnia turnieju. Nie mylił się.
Najzabawniej robiło się, kiedy wygłupiał się na korcie. Zdarzyło mu się podrywać Annę Kurnikową, która podczas jednej z licznych pokazówek z udziałem Amerykanina zasiadała na stołku sędziowskim. Bił pokłony przed Agassim, gdy ten, stojąc w korcie, odpowiedział wygrywającym returnem na jego atomowy serwis. Tańczył na Arthur Ashe Stadium, śpiewał, naśladował czołowych zawodników (m.in. Johna McEnroe’a, Agassiego, Lleytona Hewitta), doprowadzając publiczność do łez. Showman pełną gębą.
Nie przepadali za nim niektórzy sędziowie. Zaliczył kilka kortowych wybuchów, po których rugał ich bez opamiętania. – Jesteś idiotą! – warknął na Emmanuela Josepha przed czterema laty na Australian Open, po czym zwrócił się w stronę trybun i dodał: – Uczcie się dzieciaki, bo skończycie jako sędzia. Kiedy wybuchł po popsutym uderzeniu ponad trzy lata później na Indian Wells (co ciekawe, w obu pojedynkach jego rywalem był Philipp Kohlschreiber), stracił punkt, który przesądził o jego porażce. Worek uszczypliwości rozdarł wówczas nad głową Carlosa Bernardesa.
Zafundował tenisowemu światu kilka pojedynków, które niektórzy z lubością będą wspominać jeszcze za kilkanaście, a może i kilkadziesiąt lat. Jako 18-latek stoczył niezapomnianą bitwę z Michaelem Changiem w Paryżu. Skurcze zwalały go z nóg, ale wola walki pchnęła go do zwycięstwa, które Francuzi przyjęli z niebywałym entuzjazmem. Dwa lata później poruszył Melbourne, gdy w starciu ćwierćfinałowym z Younesem El Aynaouim – przy stanie 19:19 – oddał rakietę chłopcu do podawania piłek i zachęcił go, by zagrał zamiast niego. Potem wrócił na kort i wygrał pojedynek, który okazał się jednym z najbardziej osobliwych w dziejach turnieju. W 2009 r. rozegrał jeden z najwspanialszych meczów w historii wielkoszlemowej rywalizacji. W finale Wimbledonu przegrał z Federerem – piąty set zakończył się rezultatem 16:14 dla Szwajcara – choć rozegrał najlepsze spotkanie w karierze. Trudno było znaleźć wówczas w Londynie człowieka, który nie okazałby mu współczucia.
Odkąd ogłosił, że rozstaje się z zawodowym tenisem, kort zacietrzewił się i nie chciał go puścić. Zmiana pokoleniowa miała nastąpić już w spotkaniu z Bernardem Tomicem, ale Roddick rozgniótł australijskiego młokosa, tracąc ledwie siedem gemów. Potem karierę Amerykanina próbował zakończyć Fabio Fognini, który z magicznym wyczuciem przewidywał kierunki serwisów rywala, ale i jemu ta sztuka się nie powiodła. Przyszła kolej na Juana Martina del Potro.
Zanim Argentyńczyk zrobił swoje, niebo nad Nowym Jorkiem zaczęło płakać. Kilkanaście godzin nie mogło pogodzić się z odejściem ostatniego z wielkich amerykańskich tenisistów. Samemu Amerykaninowi przyszło to z niemałym trudem – zanim poległ z del Potro, najpierw wyrwał mu pierwszą partię i był bliski sięgnięcia po drugą. Kiedy nadeszła chwila pożegnania, Roddick łzawym spojrzeniem błądził po trybunach i łamiącym głosem dziękował za wszystko. Smutek przetoczył się przez Arthur Ashe Stadium, zajrzał do wielu amerykańskich domów i redakcji sportowych na całym świecie, którym krnąbrny chłopak z Nebraski przez ponad dekadę gwarantował rozrywkę na najwyższym poziomie.



