Czyli jak sprawić, aby wielki szlem stał się wesołym szlemem
28 stycznia zakończył się 200. turniej wielkoszlemowy w erze open. Przez dwa tygodnie emocji i wrażeń w Melbourne było co nie miara – zaskakujące porażki faworytów, dni z niewiarygodnym wręcz upałem i wreszcie dwa epickie finały w grze singlowej. O wynikach powiedziano i napisano już niemal wszystko, a w szczególności przeanalizowano powody długowieczności Rogera Federera i tak długo oczekiwanego sukcesu Caroline Wozniacki. Dlatego też w moim tekście chciałbym opisać to, co z perspektywy widza śledzącego zmagania tenisowe w Australii na ekranie telewizora lub komputera dostrzec jest bardzo trudno.
„Jak sprawić, aby wielki szlem stał się wesołym szlemem” – przeczytałem na billboardzie reklamowym jednego ze sponsorów Australian Open, wchodząc po raz pierwszy na teren zmagań wielkoszlemowych na Olympic Boulevard w Melbourne. Wystarczył zaledwie jeden dzień na kortach w stolicy stanu Wiktoria, aby przekonać się, że jest to motto, które w tym tętniącym życiem mieście przyświeca wszystkim bez wyjątku – organizatorom, wolontariuszom, zawodnikom, gościom specjalnym, dziennikarzom i oczywiście kibicom z całego świata. Wszyscy oni sprawiają, że Australian Open jest imprezą absolutnie wyjątkową.
Dla wielu osób, które udają się w podróż do Melbourne, aby na żywo obejrzeć pierwszy wielkoszlemowy turniej w roku, taki wyjazd jest spełnieniem marzeń. To między innymi dlatego podczas Australian Open panuje tak wspaniała atmosfera. Przyjezdni delektują się każdą chwilą na kortach (nawet jeśli temperatura dochodzi do 40 stopni, co miało miejsce w tym roku w ostatnich trzech dniach turnieju), a organizatorzy dokładają wszelkich starań, aby zarówno miejscowi, jak i goście zza Oceanu lub z innych miast Australii spędzili tam niezapomniane chwile. Obiekty przy Olympic Boulevard są nowoczesne i niezwykle przyjazne dla wszystkich odwiedzających – rodzin z dziećmi, młodzieży czy osób starszych. Każdy znajdzie coś dla siebie. Jest ogromna strefa zabaw, są zacienione ogródki z wygodnymi fotelami i gigantycznymi ekranami, na których można oglądać mecze, jest również gigantyczna scena, gdzie każdego wieczoru podczas trwania turnieju odbywają się darmowe koncerty gwiazd (w tym roku dla kibiców zaśpiewali m.in. Rudimental i Tina Arena). Infrastruktura jest stale rozwijana przez rząd stanu Wiktoria. Nie bez powodu po meczach finałowych organizatorzy poświęcają kilka minut na podziękowania dla lokalnych władz, które dbają o turniej jak o najcenniejszy skarb, czemu trudno się dziwić.
Australian Open jest bowiem znakomitą reklamą Melbourne, od kilku lat najlepszego miejsca do życia na świecie. W tym roku spotkałem wiele osób, które, podobnie jak ja, przyleciały na Antypody przede wszystkim na turniej. Jednak nawet jeśli ktoś interesuje się tenisem jedynie pobieżnie, nie będzie żałował wyjazdu do Melbourne w okresie trwania imprezy. I to nie tylko z powodu słonecznej styczniowej pogody. Odniosłem wrażenie, że przez całe dwa tygodnie trwania Australian Open w Melbourne trwało wielkie święto. Gdziekolwiek by się nie obrócić, słychać było komentarze dotyczące turnieju. Australijczycy kochają tenis – to widać, słychać i czuć. Mają ogromny szacunek do zawodników i doceniają ich wysiłek, co udowodnili między innymi gromkimi oklaskami dla Hyeona Chunga po jego kreczu w spotkaniu półfinałowym z Rogerem Federerem. W organizację Australian Open angażuje się wielu mieszkańców Melbourne. Na kortach można spotkać wolontariuszy i pracowników w bardzo różnym wieku. Wszyscy dokładają wszelkich starań, aby impreza przebiegła sprawnie i aby „wielki szlem stał się wesołym szlemem”. Wszyscy są uśmiechnięci, wszyscy służą radą. To jest właśnie australijska mentalność. Była ona szczególnie widoczna w całym mieście podczas Australia Day 26 stycznia, kiedy to w Ogrodzie Botanicznym w Melbourne urządzono wielki piknik rodzinny. Właśnie w ten sposób Australijczycy obchodzą swoje święto narodowe. Taka atmosfera sprawia, że oglądanie tenisa staje się jeszcze większą przyjemnością.
Na recepcji w hotelu mogłem co rano wziąć wydrukowany plan gier na dany dzień, porozmawiać o wynikach, a także o problemach australijskiego tenisa. Po wyjściu na zewnątrz w oczy od razu rzucały się reklamy barów, które informowały, że można obejrzeć w nich wszystkie mecze Australian Open na żywo na dużym ekranie. W Centralnym Dystrykcie Biznesowym wczesnym popołudniem ludzie wychodzili na lunch i dzielili się swoimi przewidywaniami odnośnie wyników spotkań sesji wieczornej, na którą zakupili bilety. Mam wrażenie, że nawet jeśli ktoś nie śledzi regularnie rozgrywek tenisowych, a przyjechał do Melbourne w drugiej połowie stycznia, wyjedzie z tego miasta ze sporą wiedzą na temat białego sportu i wspomnieniami związanymi ze wspaniałym czasem spędzonym na kortach.
Australian Open – jak dotrzeć do Melbourne?
Podróże dalsze i bliższe nie są dla mnie niczym nowym, jednak muszę przyznać, że wyprawa do Australii była absolutnie wyjątkowa. W końcu nie codziennie trzeba spędzić w samolocie niemal całą dobę, aby dotrzeć do wybranego miejsca. Opcji dotarcia z Polski do Melbourne jest naprawdę wiele, a najniższe ceny, co ciekawe, zazwyczaj uzyskuje się u pośredników. Najtaniej na Antypody można polecieć w maju i czerwcu, jednak pogoda w Australii nie jest wtedy sprzyjająca. Jak się jednak okazuje, loty w styczniu też nie muszą być horrendalnie drogie. Jeśli zrezygnujemy z odrobiny komfortu i podróży liniami pięciogwiazdkowymi, to za wyprawę samolotem do Australii i z powrotem zapłacimy ok. 2500 zł. Warto zaznaczyć, że musimy przygotować się na jedną przesiadkę, zazwyczaj w Chinach, Katarze lub Zjednoczonych Emiratach Arabskich. W każdym przypadku możemy zwiedzić miasto, w którym się zatrzymujemy, bez konieczności posiadania wizy. Aby wjechać na terytorium Australii, musimy już mieć wizę, jednak możemy otrzymać ją bezpłatnie, wypełniając odpowiedni wniosek w Internecie.
Wbrew powszechnie panującej opinii ceny w Australii nie są bardzo wygórowane. Miłośnicy sushi będą na Antypodach w siódmym niebie. Japońska specjalność jest tam bowiem dwa razy tańsza niż w Polsce i przygotowywana zawsze przez rodowitych Japończyków. Ceny noclegów wahają się od kilkudziesięciu złotych do kilku tysięcy złotych za noc, w zależności od tego, czy ktoś nocuje w hostelu, czy w pięciogwiazdkowym hotelu w samym centrum miasta. Jeśli zaś chodzi o bilety na turniej, są one zdecydowanie tańsze w pierwszym tygodniu imprezy. Wtedy wejściówkę na sesję wieczorną kupimy za ok. 200 zł. Im bliżej finału, tym bardziej wzrastają ceny biletów. Za przyjemność obejrzenia półfinału singla mężczyzn trzeba już zapłacić co najmniej 700 zł. Finał to natomiast wydatek minimum 1200 zł. Zdecydowanie tańsze są wejściówki na mecze singla kobiet. Wynika to z dużo mniejszego zainteresowania turniejem pań. Bilety na finałowy pojedynek Simony Halep z Caroline Wozniacki można było bez problemu kupić w kasie tuż przed rozpoczęciem spotkania. W trakcie turnieju uruchamiana jest również specjalna platforma Fan Marketplace, na której kibice mogą wymieniać się biletami zakupionymi na stronie ticketek.com.
Będąc w Melbourne, na pewno warto zdecydować się na podróż wzdłuż oceanu. Umożliwia to Great Ocean Road, jedna z najpiękniejszych tras na świecie. Zaczyna się ona właśnie w Melbourne i liczy niespełna 250 km. Można na niej spotkać m.in. kangury, koale, a także delfiny. Jest to idealne miejsce na jedno- lub dwudniową wycieczkę. Warto także wybrać się do Sydney, korzystając z oferty tanich linii, w których za bilet w jedną stronę z Melbourne zapłacimy ok. 150-200 zł.
Łączny koszt wyprawy do Australii nie będzie niski, ale niekoniecznie musi być bardzo wysoki. Ludzie uwielbiają zdobywać wysokie szczyty i docierać do odległych miejsc, dlatego też wizyta na kortach Australian Open jest nieporównywalna z wyjazdem na Roland Garros czy Wimbledon, gdzie my, Europejczycy, czujemy się właściwie jak u siebie. Dla wielu osób podróż do Melbourne na pewno jest spełnieniem marzeń i można ją odbyć na różnych etapach życia. Po ćwierćfinałowym meczu Marcina Matkowskiego rozmawiałem z Polką, która przyleciała na Antypody specjalnie na turniej wraz z dorosłą już córką. Podkreśliła, że na początku tego roku wreszcie spełniło się jej marzenie. Moje również.


