Australian Open: w pogoni za rekordami
By zwyciężyć w Australian Open, Agnieszka Radwańska musi rozpocząć sezon od szesnastu wygranych z rzędu. Ponad połowę wyzwania ma już za sobą. Musi tylko uporać się z jego trudniejszą częścią.
Doczekaliśmy niezwykłych czasów, w których nie tylko polskie, ale i zagraniczne media w tenisiście znad Wisły upatrują faworyta wielkoszlemowej imprezy. Radwańska dała jednak wystarczająco wiele powodów, żeby umieścić ją w wąskim gronie faworytek do triumfu w Melbourne.
Zachwyty nad postawą krakowianki, które rozlegały się już w minionym roku, wzrosły po jej efektownych zwycięstwach w Auckland i Sydney. W obu imprezach Polka strącała z turniejowych drabinek przeciwniczki, w ogóle przy tym nie tracąc setów. Nie ugięła się ani przed silnym wiatrem, ani przed upałami, ani przed demonami przeszłości, co udowodniła parę dni temu, zdmuchując z kortu Na Li (w poprzednim roku Chinka do gładkiego ogrywania Radwańskiej przywykła). Imponowała regularnością i opanowaniem, pewnością siebie i sprytem. Perfekcyjnie wykorzystywała siłę zagrań przeciwniczek, a przy tym okazjonalnie popisywała się własną.
Spośród faworytek Australian Open krakowianka rozegrała zdecydowanie najwięcej spotkań (Serena Williams grała – i wygrała – tylko w Brisbane, Wiktoria Azarenka ledwo liznęła rywalizacji, a Maria Szarapowa nawet nie powąchała kortu). Dziewięć meczów w niecałe dwa tygodnie to sporo, szczególnie gdy większość rozgrywana była przy wściekle rażącym słońcu, ale zmęczeniem Polki skutkowań nie powinno. Radwańska wygrywała bowiem szybko, często spędzając na korcie mniej niż półtorej godziny. Najbardziej ekspresowo zabawiła się na koniec, rozbijając w Sydney Dominikę Cibulkovą w 63 minuty. Korpulentnej Słowaczce nie tylko nie oddała seta, ale nawet gema.
Wydaje się, że poważne zmagania w Melbourne zaczną się dla krakowianki dopiero w czwartej rundzie, wcześniej będzie śrubowała rekord w ilości sukcesywnie zgarniętych setów. W pojedynku o wejście do ćwierćfinału zmierzy się zapewne z Aną Ivanović albo Jeleną Janković. Serbki Polkę mogą nastraszyć, ale raczej nie pokonać. W ćwierćfinale zaś Radwańskiej przyjdzie się mocować z Li albo Samanthą Stosur, a w półfinale może natknąć się na Szarapową. Wszystkie trzy są zdecydowanie silniejsze od Polki, lecz nie musi to oznaczać, że w Melbourne muskulatura zwycięży. W tym roku jeszcze nie zwyciężyła.
Marzenie ściętej głowy? Nie. Cel
Mimo że najokazalej prezentuje się tegoroczny dorobek Radwańskiej, to zdecydowanie najwięcej szans na triumf w Melbourne daje się Williams i Azarence. Za Białorusinką przemawia ubiegłoroczny triumf i wielomiesięczne prowadzenie w rankingu WTA Tour, za Amerykanką – zdrowy rozsądek. Williams nie zamierza samym triumfem w Australii zaspokoić swojego nieposkromionego apetytu. By najeść się do syta, musi wygrać także w Paryżu, Londynie i Nowym Jorku.
W grudniu niesłynąca z przesadnej skromności Williams wyznała, że pragnie sięgnąć po cztery wielkoszlemowe tytuły w roku. Do podobnych aspiracji przyznawało się już wielu tenisistów, ale tylko Amerykanka odważyła się sięgnięcie po komplet wielkoszlemowych laurów mianować celem na najbliższy sezon. I nikogo tym szczególnie nie zaskoczyła.
Na długo przed obwieszczeniem, iż zasadza się na zgarnięcie całej puli, było wiadomo, że jest jedyną zawodniczką, która może tego dokonać. Zdarzyło jej się bowiem wygrać cztery wielkoszlemowe imprezy z rzędu – na przełomie 2002 i 2003. Jej wyczyn okrzyknięto „Szlemem Sereny” i wpisano do tenisowych słowników. Amerykanka jest zaś na najlepszej drodze, by ten termin utrwalić, albowiem w drugiej połowie poprzedniego sezonu w rewelacyjnym stylu sięgnęła po wygrane w Wimbledonie i US Open, bezwarunkowo tłamsząc wszystkie rywalki. Równie imponująco w trakcie swojej bogatej kariery prezentowała się tylko w jednym okresie – na przełomie 2002 i 2003 r. A nie od dziś wiadomo, że dobrze dysponowanej Amerykance nie jest w stanie przeciwstawić się żadna tenisistka.
Jeżeli Williams hegemonistyczną postawą obrzydzi wszystkim rywalizację o triumf w turnieju, warto będzie zwrócić uwagę na tenisistki, które kandydują do tego, by w niedalekiej przyszłości wdrapać się na szczyt. Bardzo obiecująco zapowiada się kariera Sloane Stephens, najmłodszej zawodniczki w czołowej czterdziestce zestawienia WTA Tour. Amerykance już teraz zdarza się wystrzeliwać fajerwerki, po których machinalnie zaczyna się szukać jej nazwiska na szczycie list rankingowych. W Brisbane przegrała z Williams 4:6, 3:6, ale po spotkaniu starsza koleżanka przepowiedziała jej świetlaną przyszłość. W Melbourne mogą spotkać się w ćwierćfinale. Czy można sobie wyobrazić bardziej spektakularne obalenie dyktatury Amerykanki?
O prymat w Melbourne
O ile wśród kobiet najczęściej wspomina się o planie i perspektywach klarujących się przed Williams, o tyle przy rywalizacji mężczyzn najgłośniej mówi się o Novak Djokoviciu. Serb w Melbourne postara się o to, by zostać trzecim tenisistą w erze open, który w Australian Open zwycięży czterokrotnie. Przed nim tej sztuki dokonali Andre Agassi i Roger Federer. Lider światowego rankingu zasadza się jednak na coś jeszcze.
Djoković po raz pierwszy zawładnął Melbourne Park w 2008 r. – przerwał wówczas 11-tytułową wielkoszlemową passę Rogera Federera i Rafaela Nadala. Po kolejny triumf sięgnął w niezwykłym dla siebie 2011 r., łojąc po drodze największych rywali bez straty seta (jedyną partię urwał mu Ivan Dodig, w drugiej rundzie zmagań). Żeby zdobyć następny tytuł, musiał napracować się dwa razy solidniej – najpierw Andy Murray zafundował mu wycieńczający półfinał, a potem spiknął się z Nadalem w sadomasochistycznym finale. Aż dziw, że obaj wyszli z tego żywi – a Serb nawet z tytułem.
Lider światowego rankingu powalczy nie tylko o czwarty triumf, ale i o trzeci z rzędu. A tego dokonać nie udało się jeszcze nikomu. Trudno sobie wyobrazić, by ktoś był w stanie rozbić paryskie królestwo Nadala, londyńską wspólnotę Federera i Pte’a Samprasa czy nowojorski trójkąt z Federerem, Samprasem i Jimmym Connorsem na wierzchołkach, ale w Melbourne dożywotniego przywództwa nikt jeszcze nie objął. Djoković, z perspektywą wyrównania jednego i pobicia drugiego rekordu, jest tego bliski.
Marzenia Serba popsuć mogą nieliczni, w zasadzie kandydatów poważnych widać zaledwie dwóch: Murraya (na inaugurację sezonu wygrał w Brisbane) i Federera, który swoją dyspozycją na początku roku tradycyjnie się nie chwalił. Miejscowi zaś z wyciągniętymi jęzorami śledzić będą poczynania Bernarda Tomica. Pokonując niedawno Djokovicia w Pucharze Hopmana, a dzisiaj sięgając w Sydney po pierwszy tytuł w karierze, 20-latek wyraźnie zasygnalizował, że australijski tenis może zmartwychwstać. Tomic, podobnie jak Stephens u kobiet, jest jedynym małolatem, którego wyobraźnia pozwala stawiać niebawem na tenisowym piedestale.
Turniej w Melbourne pokaże także, czy do młokosów zarzucających sieci na szczytowe lokaty dołączy Jerzy Janowicz. Losowanie okazało się dla niego względnie łaskawe, albowiem jego rywalem w walce o ćwierćfinał turnieju może być Janko Tipsarević – tenisista, którego skasował w Paryżu i którego powszechnie uznaje się za najmierniejszego z wyśmienitych. Problem w tym, że na wymagającego rywala łódzki gigant może natknąć się wcześniej, albowiem trudno przypuszczać, by do trzeciej rundy nie awansował Nicolas Almagro. Hiszpan w trzech ostatnich edycjach Australian Open osiągał najlepszą szesnastkę i wydaje się, że i tym razem ta sztuka mu się powiedzie. Raczej nie przeszkodzi mu w tym ani Łukasz Kubot, którego spotkać może w drugim meczu, ani Janowicz, o którego dyspozycji wiele na razie powiedzieć się nie da. Jeżeli jest daleka od paryskiej, to najpewniej Polacy podzielą się katem.
Krzysztof Domaradzki



