Ave Andy, Ave Serena!
W tym roku Rzym podbił zasłużenie Andy Murray, rewanżując się krnąbrnemu nieco tym razem Djokovicovi za madrycki finał. Wśród pań triumfowała, bardziej zgodnie z oczekiwaniami niż Szkot, Serena Williams. Zapisała tym samym, kosztem rodaczki, Madison Keys, 70. tytuł w karierze, ale dopiero pierwsze turniejowe zwycięstwo w tym sezonie.
Agnieszka Kocańda, Katarzyna Witwicka, Rzym
Bajkowe Foro Italico
Sceneria włoskiego kompleksu sportowego Foro Italico istotnie jest urokliwa. Włosi lubią podkreślać, że kolorystycznie biały marmur posągów, czerwona cegła kortów i zieleń pobliskiego wzgórza Monte Mario komponują się idealnie w barwy włoskiej flagi. Sam kompleks sportowy i okolica gości wiele dyscyplin, włącznie z piłką nożną – ze stadionu stołecznej Romy, Stadio Olimpico, można niemal podziwiać wymiany na korcie Grand Stand. Aktualnie po wybudowaniu nowego kortu centralnego (oddanego do użytku w 2010 r.) tenisowe Foro Italico jest konglomeratem akcentów z przeszłości i nowoczesności. Wchodzących kibiców witają liczne marmurowe rzeźby atletów, a jeden z trzech największych kortów – Stadio Nicola Pietrangeli – gości kibiców na marmurowych trybunach. W tym roku organizatorzy szczycili się także ogólnodostępnym, bezpłatnym wi-fi na terenie kortów, aby kibice mogli szybciej i wygodniej dzielić się sportowymi emocjami w mediach społecznościowych oraz dzięki oficjalnej aplikacji turniejowej zamawiać jedzenie z pobliskich punktów gastronomicznych prosto do własnego krzesełka na korcie centralnym. Warto wspomnieć, że turniej zaczął się z przytupem – losowanie odbyło się na jednym z najbardziej znanych placów w Rzymie – Piazza del Popolo i przez cały czas trwania Internazionali BNL d’Italia można było rozgrywać mecze na ustawionym tam tymczasowym korcie, tuż pod obeliskiem sprowadzonym do „wiecznego miasta” jeszcze przed naszą erą. To, czego tym razem nie zapewniono tenisistom i kibicom, to słoneczna pogoda. Co prawda i tak prognozy były fatalne, a mecze przerywać trzeba było „tylko” kilkakrotnie, ale padające deszcze znacznie odbiły się na jakości nawierzchni, zarówno na korcie centralnym jak i mniejszych, czego nie omieszkał demonstrować chociażby Djokovic.
Tytuł dla Sophie
Podobno myśli o córce, Sophie, zainspirowały Andy’ego Murraya przed walką o rzymskie trofeum z Novakiem Djokoviciem. Świeżo upieczony tata komentował później, że chce mieć pewność, iż latorośl będzie dumna z jego dokonań. W Rzymie, chociaż nie był wymieniany wśród faworytów (raczej typowano wśród grających w drugiej połówce tabeli), spisał się świetnie pokonując Djokovica na mączce po raz pierwszy w historii ich spotkań. Co więcej, turniej zakończył bez straty seta. Finał stał na wysokim poziomie, ale zmęczony trudami poprzednich meczów, będący ciągle pod presją Djokovic, mógł w desperacji już tylko żalić się na kropiący deszcz, mokry kort i śliskie linie. Tym samym Murray, w dniu swoich 29. urodzin, odebrał czek na niespełna 720 tys. euro, tort zapewniony przez organizatorów wraz z urodzinowym aplauzem oraz dużą dawkę pewności siebie przed rozpoczynającym się niedługo Roland Garros.
Mecz na miarę finału
Można pokusić się o stwierdzenie, że w tym roku mały finał rywalizacji panów odbył się już w turniejowy piątek, kiedy na wypełniony do ostatniego miejsca Campo Centrale weszli Rafa Nadal i Novak Djokovic. Atmosfera była wręcz doniosła, a główni aktorzy rzeczywiście dostarczyli publiczności nie lada emocji – niewiele bowiem brakowało, a mecz nie zakończyłby się w dwóch setach po prawie 2,5 godzinnej walce, a trwałby dalej ku uciesze rzymskich fanów tenisa. Niestety ręka zadrżała Hiszpanowi kilkakrotnie w tie-breaku drugiego seta i z turniejem musiał pożegnać się już w ćwierćfinale, co po zwycięstwach w Monte Carlo i Barcelonie, a także półfinale w Madrycie, było jego najgorszym rezultatem na kortach ziemnym w tym sezonie.
Lucky… winner
Z pozycji lucky losera, po przegranej w kwalifikacjach, startował Lucas Pouille. Dość gładką porażką zakończył grę poza główną drabinką już w niedzielę. Wtedy po raz pierwszy uśmiechnęło się do niego szczęście – dzięki wycofaniu się z turnieju Jo-Wilfrieda Tsongi, wskoczył na miejsce bardziej utytułowanego rodaka do turnieju głównego. Co więcej, skorzystał od razu z przywileju wolnego losu w pierwszej rundzie. W kolejnym starciu był już o włos od porażki z Ernestsem Gulbisem, ale udało mu się odwrócić losy spotkania i awansował do kolejnej fazy turnieju, gdzie rozprawił się z Davidem Ferrerem. W ćwierćfinale z kolei czekała na niego kolejna miła niespodzianka – rywal, Juan Monaco, z powodu kontuzji, nie wyszedł na kort, co dało Lucasowi bilet do półfinału. Dwa meczowe zwycięstwa i od razu półfinał – tyle wygrać! Na koniec jednak sentymentów nie było – Murray gładko odprawił „szczęśliwego” Francuza w niecałą godzinę. Drugi półfinał Djokovic-Nishikori wynagrodził jednak kibicom skąpe emocje pierwszego, i to z nawiązką. Po trzech godzinach walki i dopiero przy czwartym meczbolu zwycięsko z tej konfrontacji wyszedł Serb. Trudy sobotniego spotkania zresztą znacznie odbiły się na jego dyspozycji w finale.
Królowa jest tylko jedna
To był pierwszy amerykański finał kobiecy w Rzymie od 46 lat, co na pewno cieszy Jankesów tym bardziej, że mączka to raczej nie jest nawierzchnia pierwszego wyboru dla tenisistów zza Oceanu. Mimo, że Serena Williams nie grała od początku turnieju swojego najlepszego tenisa, to raczej nie było wątpliwości która z pary Williams – Keys zapisze tytuł Internazionali BNL d’Italia na swoim koncie. Mecz Amerykanek obfitował co prawda w liczne zwroty akcji, a pierwszy set zakończył się dopiero w tie-break’u. Ale to Williams w kluczowych momentach grała pewnie, a Keys popełniała proste błędy. Serena podczas wręczenia nagród, jakby chciała zebrać jeszcze większe owacje, prowadziła dość swobodnie konwersację z konferansjerką po włosku. Podobnie jak Murray, tak i Williams turniej wygrała bez straty seta, ale ze znacznie większymi przygodami pozakortowymi. Otóż podczas pobytu w stolicy Włoch zdecydowała się spróbować jedzenia swojego psa – dokładniej serwowanego w hotelu w ramach psiego menu łososia z ryżem. Wyglądało podobno apetycznie – konsekwencje jednak pojawiły się szybko. Na szczęście reperkusje nie wpłynęły na grę Sereny, przynajmniej jednak dzięki temu konferencje prasowe zyskały nieco na medialnym „kolorycie”.
Polskie akcenty i włoskie rozczarowania
Brak Agnieszki Radwańskiej, czy z wiadomych przyczyn nieobecność Marii Sharapovej, zdecydowanie wydaje się rzucać w oczy podczas turniejów łączonych. Czasem aż przykro patrzeć jak trybuny w czasie kobiecych meczów pustoszeją, podczas gdy na męską rywalizację miejsca wypełniają się absolutnie wszystkie. Co do polskich akcentów na Foro Italico w turnieju głównym, musieliśmy zadowolić się rywalizacją deblową. Już w pierwszej rundzie jednak odpadły panie – Alicja Rosolska w parze z Marią Irigoyen oraz Klaudia Jans-Ignacik w duecie z Tatjaną Marią. W męskim deblu o krok od półfinału był debel Matkowski/Marach – niestety w ¼ finału polsko-austriacka para uznać musiała wyższość Francuzów Bennetteau/Roger-Vasselin, którzy zwycięstwo „wyrwali” w super tie-break’u z wynikiem 10-8.
Niefortunnie dla gospodarzy, w Rzymie nie poszczęściło się także reprezentantom Azzurich. Z uśmiechem tegoroczną edycję wspominać może chyba tylko emerytowana już Flavia Pennetta, której zeszłoroczny sukces na US Open zdecydowano uczcić odświętną fetą wraz z innymi włoskimi zawodnikami na magicznym dla Włochów korcie Pietrangeli. Reszta reprezentantów Włoch, włącznie z wybrankiem Flavii, Fabio Fogninim turnieju do udanych raczej nie zaliczy. Najdalej, do drugiej rundy singla, zawędrował Andreas Seppi. Podobnie w grze pojedynczej pań – na tym samym etapie zakończyła rywalizację Roberta Vinci. Z jedną różnicą – ona pierwszej rundy nie grała w ogóle, z racji rozstawienia. Zapytana o presję przed swoją publiczną, odpowiedziała bez skrępowania – Presja? Jaka presja? Wiadomo, że i tak gram tu beznadziejnie.
Gospodarze jednak nic sobie nie robą z nie najlepszej dyspozycji swoich tenisistów – co roku obtrąbiają sukces imprezy zarówno pod względem sportowym, jak i marketingowym. I nie da się ukryć, że Internazionali BNL d’Italia jawi się jako wydarzenie niezwykle atrakcyjne na tenisowej mapie turniejów. I to nie tylko dla zawodników, o których Włosi dbają ponadprzeciętnie.


