Aż do pierwszej „10” – rozmowa z Magdą Linette, I część

Antoni Cichy , foto: Monika Piecha-Ziółkowska

Antoni Cichy

Z Magdą Linette rozmawia Antoni Cichy

Miniony już sezon skończyła pani wcześniej niż poprzedni. Dlaczego?
Faktycznie w zeszłym roku grałam nieco dłużej, ale miałam też przerwę po Wimbledonie, właściwie aż do US Open. Z powodu zerwanych więzadeł w stawie skokowym pauzowałam przez osiem tygodni. Sezon mocno się wtedy wydłużył. Chcieliśmy nadrobić stracone punkty, żebym mogła się dostać do Australian Open. W tym roku też broniłam sporo punktów, jednak za główny cel stawialiśmy sobie miejsce dające prawo gry turnieju głównym Australian Open. Tak wyszło, że już po Tokio właściwie sobie to zapewniłam. Od początku zakładałam, że zakończę grę po Tianjinie, ale miałam jeszcze plan awaryjny, czyli turnieje z pulą 125 tysięcy. Skoro jednak udało się to wcześniej zrealizować cel, zostało więcej czasu na odpoczynek.
 

W takim razie nie żal pani ponad 200 punktów?
Hmm… nie. Punkty zawsze będzie się tracić, zdobywać, więc nie można się do nich za bardzo przywiązywać. Zdawałam sobie sprawę, że nie uniknę spadku na początku listopada, ale byłam na to gotowa. Ważniejsze jest, żeby dobrze przygotować się do następnego sezonu. To stawiamy sobie za cel – nie ciułanie punktów. Uważam, że jeśli dobrze się przygotuję, mogę mieć fantastyczny rok. Warto odpocząć. Nie wolno być łasym na punkty.

Gdyby miała pani opisać sezon 2015 jednym słowem, jakie by pani wybrała?
Solidny. Tak bym to określiła.

A przełomowy?
Tak, właściwie też. Zaczynaliśmy od „dwudziestek piątek” w Grenoble, a mogłam skończyć w Singapurze turniejem WTA Rising Stars. Można uznać ten sezon za przełomowy, aczkolwiek wolałabym podchodzić do tego nieco inaczej – że pracowałam na taki sukces; na to żeby powoli, mozolnie piąć się w rankingu. Zagrałam naprawdę solidny sezon. Pierwszy raz od początku do końca nie schodziłam poniżej pewnego poziomu.

Który moment z perspektywy kilku miesięcy był najważniejszy?
Wiele było takich momentów, cały rok się na to składa. Od „dwudziestek piątek” w ciężkich warunkach aż do turniejów głównych Wielkiego Szlema. Gra w nich wiązała się z większym stresem, szczególnie w pierwszych meczach. Nie udało się raz, drugi, ale powoli radziłam sobie coraz lepiej. US Open i rozgrywki w Tokio były prawdziwą kopalnią punktów. Zagrałam tam, szczególnie w Tokio, powyżej pewnych oczekiwań. Liczyłam na ćwierćfinał, może półfinał przy dobrych wiatrach, ale finał był miłym zaskoczeniem.

Od czterech lat regularnie kończy pani każdy kolejny sezon wyżej. Miniony w pierwszej „100”. Wygląda to na poważny krok do przodu.
Tak! Można tak rzeczywiście powiedzieć. Spokojnie zapewniłam sobie grę w turnieju głównym Australian Open, jestem w 100 najlepszych tenisistek na świecie. Myślę, że to niezłe otwarcie przyszłego sezonu. Mam nadzieję, iż będę kończyć kolejne sezony wyżej i wyżej – aż do pierwszej „10”.

Po turnieju w Tokio odczuwała pani pełną satysfakcję czy może raczej niedosyt, że skończyło się na finale, a nie tytule?
Oczywiście, pozostał niedosyt. Prowadziłam, mogłam zagrać trochę lepiej. Staram się o tym nie myśleć. Co było, to było. Nie zmienię już tego, więc staram się wyciągnąć wnioski przed następnymi meczami. To jedyne, co mogę zrobić. Wnioski przychodzą też po kolejnych turniejach. Niektóre mogłam odpuścić, bo po Tokio czułam się bardzo zmęczona, ale tak nie zrobiłam. To dobra lekcja na przyszłość i właśnie tak staram się to traktować.

Ten turniej dodał pani pewności siebie?
Tak, zdecydowanie. Później byłam dużo pewniejsza. Przez cały turniej grałam świetnie. Może to nie był taki „super super” tenis, ale sposób, w jaki grałam, bardzo mi się podobał. Gdybym mogła, chciałabym się tak prezentować cały czas. Nie zawsze wszystko wychodzi nam tak, jak byśmy chcieli. Na grę składa się wiele czynników. W Tokio korty należą do szybkich, co akurat mi pasuje. Byłam bardzo odważna, z meczu na mecz stawałam się pewniejsza, a w najważniejszych momentach grałam agresywnie. Dzięki temu wygrywałam niektóre spotkania, np. to z Christiną McHale.

Czyli Tokio oazą polskiego tenisa? Agnieszce Radwańskiej też się tam dobrze gra.
(śmiech) To chyba kwestia klimatu, który nie jest tak uciążliwy dla nas, jedzenie jest naprawdę niezłe, a korty bardzo szybkie. Piłka odbija się dość nisko, płasko, więc chyba nam po prostu pasują.

""Za panią pełny, jak sama powiedziała solidny, sezon. Ma pani już jakieś typy, który turniej będzie tym ulubionym w następnych latach?
Lubię wiele turniejów. Uwielbiam tę część sezonu, kiedy gra się na trawie, nawet jeśli korty są średnio zadbane. Oprócz tego Indian Wells, w którym nie udało mi się wystąpić w tym sezonie. To rewelacyjna impreza. Bardzo lubię Kuala Lumpur, gdzie warunki są ekstremalne. Trudno się zdecydować. Gdybym jednak miała wybierać, to chyba Australian Open, Indian Wells, korty trawiaste i Tokio.

Współpracuje pani z trenerem od przygotowania fizycznego. Jest pani zadowolona z efektów czy jeszcze zostało coś do poprawy? W trzecich setach nie zawsze radziła sobie pani dobrze.
Bardzo często nie była to kwestia przygotowania fizycznego. Składało się na to wiele czynników. Na Wimbledonie pojawił się stres, doszedł do tego pech, bo poślizgnęłam się i upadłam. Porażka nie była spowodowana tym, że łapały mnie skurcze, że czułam się zmęczona. To bardziej leżało w sferze psychicznej. Jeśli chodzi o moją kondycję, jest naprawdę dużo lepiej i wciąż się to poprawia. Serwuję też coraz lepiej. Wzmacniam się i to przynosi efekty, ale przede mną jeszcze mnóstwo pracy. Niemniej cieszy mnie kierunek, w jakim wszystko zmierza.

Planuje pani zmieniać styl gry na bardziej siłowy?
Jeśli chcę się rozwijać, to muszę być trochę bardziej agresywna, silniejsza. Nie jestem zawodniczką z czuciem Agnieszki Radwańskiej, drobniutką i grającą tak ładnie. Niestety, bo bardzo mi się to podoba. Muszę grać mocno, żeby mierzyć się z silniejszymi tenisistkami. Moja gra na pewno będzie szła w kierunku agresywniejszej. Staram się wzmocnić, żeby wytrzymywać jak najdłuższe i jak najintensywniejsze wymiany. Ale też żeby chronić się przed kontuzjami.

Turnieje wielkoszlemowe zdają się odzwierciedlać postęp. Na Rolandzie Garrosie w trzecim secie przegrała pani dość wyraźnie, na Wimbledonie przeszkodził pech, ale już w Nowym Jorku była druga runda.
Nigdy nie należałam do zawodniczek, które przyjeżdżały na pierwszy turniej wielkoszlemowy i od razu dochodziły do trzeciej rundy. Nie jestem taką osobą. Muszę zaznajomić się z otoczeniem, przyzwyczaić się, zobaczyć, jak wszystko wygląda, i dopiero wtedy zaczynam funkcjonować w danym miejscu, znajdować swoje ścieżki. Zawsze tak się dzieje przynajmniej w moim przypadku. Zabrało mi to trochę czasu i mam nadzieję na progres w turniejach wielkoszlemowych. Wiem, co mnie czeka. I jestem podekscytowana.

Czuje pani satysfakcję, że w Paryżu zmusiła Flavię Pennettę, późniejszą triumfatorkę US Open, do trzysetowej walki?
Tak, tym bardziej, że zagrałam średnio. Byłam bardzo zdenerwowana na początku, zresztą pod koniec też. Cieszę się, że grałyśmy trzy sety, że pokazałam się z niezłej strony mimo ogromnego stresu. Zawsze mogę powiedzieć, że urwałam seta triumfatorce turnieju wielkoszlemowego. Niestety, z wieloma jeszcze nie grałam.

Co przychodzi pani na myśl, kiedy dowiaduje się, że zagra z Lauren Davis?
(śmiech) Pierwszy raz po turnieju w Nottingham cieszyłam się. Bardzo chciałam się jej zrewanżować. Ale potem to było coś w stylu „ehh znowu?”. Teraz trochę czasu minęło od naszych meczów, więc mogę z nią znowu zagrać. (śmiech) Im częściej spotykam się z jakąś zawodniczką, tym lepiej ją znam. Wiem, co muszę robić, jakie rozwiązania wybrać, żeby nie zrobiła mi krzywdy. To działa w dwie strony. Trzeba więc być czujnym i trudniej coś ukryć. Wzajemnie poznawanie się jest częścią życia w tourze. Powiedziałabym, że jest to niezwykle ciekawe.

Długo rozpamiętywała pani tamten mecz w Nottingham?
Bardzo długo. Nie mogłam tego przeżyć. Przez jeden dzień niczego nie jadłam, nie wychodziłam z pokoju. Było ciężko. W następnym turnieju doświadczyłam podobnej sytuacji. Przegrywałam 1:5 w trzecim secie i wyszłam z tego. Nie raz trzeba przejść przez trudne momenty. Mam nadzieję, że już więcej nie przytrafi mi się osiem niewykorzystanych piłek meczowych. Będzie ich mniej. (śmiech)

Szybko się pani pozbierała. Już tydzień później w Ilkley był finał.
W tenisie nie ma innego wyjścia. Jest jeden-dwa dni, żeby popłakać nad meczem, a potem trzeba już wrócić do ciężkiej pracy. Zostawiłam sobie dzień, a następnego po południu powiedziałam sobie: „dobra, koniec płakania, zabieram się do roboty”.

Czyli nie ma wyjścia i czasem trzeba oddzielić coś grubą kreską?
Tak. Czasami po takim meczu zamawiam sobie ciasto, płaczę, użalam się nad sobą, ale budzę się następnego dnia i idę na trening. To ta nieprzyjemna część życia tenisistki. Trzeba to przeżyć i nauczyć się walczyć z porażkami, z rozczarowaniem.

Uważa pani psychikę za swoją mocną stronę?
Zawsze walczę, nigdy nie odpuszczam i to faktycznie mój atut. Czasami sama obarczam się zbyt dużą presją. Jestem perfekcjonistką. Niejednokrotnie, grając średnio, można wygrać mecz, a ja chciałabym zrobić coś więcej i to mnie gubi. Wiele od siebie wymagam. Powiedziałabym więc, że jestem silna mentalnie, ale potrafię być zbyt krytyczna wobec samej siebie. To dwie strony mojej osobowości. Zależy, która danego dnia przeważy.

""

Przed meczem z Agnieszką Radwańską w US Open nakładała pani na siebie presję? Czy uznała, że to ona musi wygrać, a pani może?
Spotkanie z Agnieszką było o tyle trudne, że to idolka, pionierka żeńskiego tenisa w Polsce. Gdzie się człowiek nie obejrzy, widzi coś związanego z Agnieszką. To pozostaje w głowie – gram z Agnieszką Radwańską. Niby nic, ale kiedy wychodzi się na kort i ona stoi po drugiej stronie siatki; kiedy oglądało się jej ruchy w telewizji, a teraz ma się ją na wyciągnięcie ręki, pojawia się dziwne uczucie.

Dziwne, czyli jakie?
Chciałam się zaprezentować na US Open jak najlepiej, zagrać jak najlepszy mecz, ale nie bardzo wiedziałam, czego się spodziewać. Nigdy wcześniej z nią nie grałam. To było dla mnie zderzenie z rzeczywistością. Zobaczyłam, jak wygląda mój tenis na tle najlepszego. Właśnie to mnie stresowało. Nie wiedziałam, czy nagle zacznie grać tak, że nie będę w stanie nic zrobić, czy to ja będę psuć piłki, czy może dobrze się spisywać. Przed meczem koncentrowałam się na sobie. Chciałam się uspokoić i grać regularnie. Agnieszka lubi, jeśli w kogoś poczynania wkrada się nerwowość i próbuje szybko skończyć akcje. Cały czas starałam sobie to wbić do głowy, a na początku i tak byłam zestresowana.

Podziela pani opinie Belindy Bencic i Danki Kovinić, że Agnieszkę Radwańską ogląda się miło, ale gra przeciwko niej już tak przyjemna nie jest?
Tak, ale to dotyczy chyba każdej dobrej zawodniczki. Przed spotkaniem z Agnieszką można pomyśleć, że nie będzie wcale tak źle, jednak na korcie jest całkiem inaczej. Jak skończyć akcję? Nie da się! Bardzo lubię oglądać Agnieszkę, aczkolwiek gra przeciwko niej też była dla mnie przyjemnością, ciekawym doświadczeniem. Nie było krótkich wymian, tylko mądry tenis. Mam nadzieję, że uda mi się jeszcze parę razy z nią zagrać i czegoś nauczyć.

Wcześniej grała pani z Urszulą Radwańską. Myślała pani o tym, że to nie tylko mecz o drugą rundę, ale też o miano drugiej rakiety w Polsce?
Nie, nie odczuwałam z tego powodu żadnej presji. Za tydzień mogłyśmy zagrać ze sobą ponownie i ona zostałaby drugą rakietą kraju. Bardziej myślałam o przejściu pierwszej rundy i raczej to mnie stresowało. Ula zawsze była wyżej ode mnie, osiągała lepsze wyniki. Kiedyś, jak byłam młoda, pokonanie którejkolwiek z sióstr Radwańskich byłoby dla mnie niesamowitym sukcesem. Mimo że trenowałam już z Ulą, wiedziałam jak gra, czułam presję. Chciałam udowodnić, że stać mnie na zwycięstwo. Udowodnić przede wszystkim sobie. Dodało mi to sporo pewności.

Jak postrzega pani szansę na występ w Singapurze, która pojawiła się pod koniec sezonu? Jako porażkę, bo zabrakło niewiele, czy jako osobiste zwycięstwo, bo przekonała się pani, jak wiele kibiców ją wspiera?
Nie traktuję tego w kategorii porażki. Nie było to w ogóle zależne ode mnie i nie mogłam w żaden sposób wpłynąć na wyniki. Nie spodziewałam się nawet, że wywołam tym aż takie zamieszenie wokół siebie. Cieszę się, że tyle osób, nawet tych, po których się tego nie spodziewałam, oddało na mnie głos. Ja sama czasem już nie dawałam rady, a ludzie wciąż głosowali. Było mi bardzo miło.

Miała pani wraz z teamem szansę monitorować sytuację, zanim opublikowano wyniki końcowe?
Nie do końca. Tylko raz, po drugim tygodniu głosowania, otrzymaliśmy różnicę procentową pomiędzy zawodniczkami. Później pojawiła się informacja, że zajmuję drugie miejsce, ale już bez żadnych danych. A po zakończeniu głosowania nie dowiedziałam się niczego. Byłam trochę zawiedziona. Wysłałam maila do WTA z prośbą przynajmniej o procentowe różnice. Ciekawiło mnie, jak wyglądały wyniki. Odpowiedzi nie dostałam i zrobiło mi się przykro, że potraktowano mnie w ten sposób.

Powinna być pani podwójnie zmotywowana, żeby za rok pojechać do Singapuru.
Za rok to już raczej niemożliwe. To turniej do 23 lat.

Nie mam na myśli tego turnieju.
Uczynię, co w mojej mocy, żeby zakwalifikować się do WTA Finals!