Bercy na korcie i poza nim…

Greta Schonknecht , foto: AFP

Greta Schonknecht

Czy można przyjechać do Paryża bez zamiaru zwiedzania tego miasta? Żadnych zabytków, parków, uroczych miejsc? Tak. Na pewno na przełomie października i listopada, kiedy to widowiskowo-sportowa hala Bercy wypełnia się miłośnikami tenisa.

Relacja z Paryża: Greta Schonknecht

Odbywa się wtedy ATP Masters 1000 – przedostatni turniej w roku, tuż przed wieńczacym sezon turniejem mistrzów w Lodnie. W 2013 roku do Paryża przyjechała cała śmietanka tenisowa, wyłączając tylko Andy’ego Murraya, który dochodził do siebie po operacji pleców. Nadal, Federer, Djokovic, Ferrer, Wawrinka, Berdych, Almagro, Isner, Gasquet, Tsonga, i wielu innych zapewnili wysoki poziom tego wydarzenia.

My Polacy mamy bardzo dobre wspomnienia związane z tym turniejem. To tutaj w 2012 roku Jerzy Janowicz dotarł do finału, pokonując po drodze miedzy innymi Andy’ego Murraya. Chociaż przegrał najważniejszy mecz o zwycięstwo z Davidem Ferrerem, to i tak został wielkim bohaterem, nie tylko w Polsce. A jak to było w 2013 roku?

 

Atmosfera…

Po wyjściu z podziemi stacji metra Bercy od razu słychać było oferty „koników”: „sprzedam bilety na tenis”, „chcecie kupić bilety do Bercy?” – atakowały aż po same wejście do hali. A po przekroczeniu progów tego przybytku, napięcie rosło z każdą minutą, bo przecież to już za chwilę na żywo mieli wystąpić topowi tenisiści świata. Ale po kolei.

Najpierw, w holu głównym ochrona sprawdzała plecaki, torebki, a zapominalscy naprędce wypijali przyniesione napoje, gdyż w innym wypadku były zabierane. Następnie, na schodach sprawdzano (skanowano) bilety. Natomiast trochę dalej, przy wejściu na korytarze ciągnące się wzdłuż całej hali, zakładano opaski różnego koloru, w zależności od tego czy dana osoba uczestniczyła tylko w sesji dziennej czy również w wieczornej. Po tej odprawie pozostawało poszukać swojego sektora. Przed każdym z wielu wejść na halę główną stał przedstawiciel ochrony, który miał za zadanie wpuszczać widzów tylko i wyłącznie w przerwach miedzy gemami. Po takiej pierwszej przeprawie człowiek czuł się zakręcony, ale po kilkukrotnym przejściu przez całą procedurę, wszystko zaczynało być płynne i niemal niezauważalne.

I w końcu dostajemy się do środka! Wystarczyło znaleźć swoje siedzenia – tu też były odpowiednie osoby, wskazujące rząd oraz miejsce – i zaczynamy nasze uczestnictwo w tym wyjątkowym wydarzeniu. Schodzący się fani tenisa, nie mogli się nudzić. Muzyka i światła w przerwach pomiędzy meczami, na telebimach krótkie wywiady i filmy o bohaterach, którzy zaraz mieli wyjść na kort, umilały im czas, wzbogacając dodatkowo wiedzę o uczestnikach pojedynków. Każdego dnia konferansjer podkręcał atmosferę wybierając ze zgromadzonych osób te, które oglądały spotkania w najdalszych rzędach, oferując szczęśliwcom miejsce w lożach dla Vipow. Wielki reflektor przeczesywał trybuny, a wszyscy krzyczeli, wywijając szalikami i machając rękami po to, aby zostać zauważonym i wybranym.

""

Przed samym meczem, gasły światła, rozbrzmiewała dynamiczna muzyka, a ruchliwe lasery oświetlały kort i zaczynało się odliczanie: dix, neuf, huit, sept, six, cinq, quatre, trois, deux, un, zero… i padały nazwiska tenisistów. Szał, okrzyki, brawa… a totalne szaleństwo następowało, gdy pojawiali się Rafa, Novak, czy też Roger – ulubieniec Francuzów.

 


Coś na podniebienie…

W pierwszych fazach turnieju przebywało się w Bercy od rana do wieczora, toteż trzeba było zadbać o żołądek. Niestety nie można było liczyć na gorące posiłki. Królowały kanapki z bagietki oraz pieczywa tostowego, słodycze i przekąski słone – chipsy, paluszki. Żadnej herbaty, tylko kawa, woda lub napoje gazowane. Na szczęście na zewnątrz, dookoła hali Bercy mieściły się liczne restauracje, które zwykle po południu natychmiast wypełniały się czekającymi na mecze wieczorne. Spożywając posiłek można było dookoła zauważyć rzucające się w oczy kolorowe opaski na nadgarstkach – które czyniły ze wszystkich tenisową wspólnotę.


Kort nr 1

Oprócz kortu głównego, gdzie od wejścia czuło się świetną zabawę i oczekiwało na największe tenisowe nazwiska, przygotowany był również kort nr 1. Schodziło się na niego skomplikowaną drogą, pokonując niezliczoną ilość schodów. Tu także ochrona przestrzegała przerw miedzy gemami. Kort nr 1 to kontrast w stosunku do głównego kortu. Nie puszczano muzyki, było zdecydowanie mniej miejsca. Jakoś tak smętnie. Jedyny plus to niemal bezpośredni kontakt z tenisistami. Byli oni na tyle blisko, że siedząc za ich ławeczkami, po skończonym meczu bez trudu można było złowić autograf, a nawet zrobić zdjęcie. Nie skąpili swoich podpisów między innymi Isner, Delpo, bracia Bryan.

To tutaj rozegrał swój mecz drugiej rundy Michał Przysiężny z Johnem Isnerem. Mocno stawiał opór amerykańskiemu tenisiście. Chociaż w tie breaku przegrał pierwszego seta do trzech, w drugim potrafił się wykaraskać z opałów i odeprzeć silny serwis rozstawionego z 13 zawodnika; przełamując go i wygrywając drugą partię 6:4. Dla niewielkiej liczby zgromadzonych Polaków był to niezwykły wyczyn. Narodziła się nadzieja i szansa na zwycięstwo, która jednak została zmarnowana. Mecz ten mógł zakończyć się inaczej. Wystarczyło tylko utrzymać koncentrację. I właśnie tego zabrakło Michałowi w ostatniej partii. Gra posypała się. Podwójne błędy serwisowe oraz auty spowodowały utratę podania i w konsekwencji przegrania pojedynku. Spotkania, które, jak to się mówi, było “do wygrania”.

Tu także o ćwierćfinał walczyli nasi najlepsi debliści Marcin Matkowski i Mariusz Fyrstenberg. Mecz był trudny, bo z samymi braćmi Bobem i Mike’em Bryanami. Zepsute akcje przy siatce zadecydowały o przegraniu pierwszego seta, w drugim nasi chłopcy wnieśli się na wyżyny i wygrali 7:5. Niestety ulegli w super tie breaku 8-10. Wsparcie mieli nieliczne, ale za to żywiołowe. Oni również pożegnali się z turniejem.


Nadal-Janowicz…

Przed meczem z Jurkiem, Rafa odbył trening z Keim Nishikorim na korcie głównym. Tylko garstka widzów miała możliwość to zobaczyć. Ci, którym się to udało, nie marnowali okazji, aby robić zdjęcia Rafie i jego trenerowi/wujkowi Toniemu.

Mecz odbywał się na korcie centralnym w sesji wieczornej. Chociaż JJ go przegrał, to pojedynek ten był bardzo emocjonującym widowiskiem. Francuskie „allle Dżanowicz”, „Dżano”, słychać było w całej sali. Zawód przy jego nieudanych skrótach i zachwyt przy niesamowitych passing shotach. Niedowierzanie i uznanie, kiedy w 40-kilka sekund, czteroma asami zdobył gema. Janowicz wie, jak podkręcić atmosferę, uwielbia publiczność a ona jego, tylko… tylko szkoda, że w tej glorii i chwale nie potrafi zamknąć meczu na swoją korzyść. Nadal był do ogrania, jednak decyzje Jerzego nie zawsze trafne. Wykorzystał to Hiszpan, który przystosował się do jego bomb serwisowych. Zaczął sobie z nimi radzić i karał nonszalanckie zagrania JJ, kończącymi piłkami. Spotkanie było wielkim widowiskiem, nasyconym prawdziwymi emocjami. 7:5, 6:4 dla Rafy Nadala.

""


Papapappa…oleee

To ulubiona przyśpiewka w Bercy. Ktoś odważny zaczynał głośnym zaśpiew „papapapa” a kilka tysięcy gardeł odpowiadało „Oleee”. Sędziowie musieli nie raz przyprowadzać do porządku nieposłusznych kibiców, którzy przeszkadzali zawodnikom w rozpoczęciu gry. Czasami sami kibice uciszali innych „ciii iii”. Zgromadzeni w Bercy nie lubili się nudzić – w przerwach miedzy setami grupa ball boyów rozpoczynała falę. Szło powoli, niechętnie, żeby już za chwilę cała sala miała radość z uczestniczenia w zabawie. Pomiędzy ludźmi wywiązywały się tajemnicze nici, gdy ulubiony zawodnik przegrywał… porozumiewawcze spojrzenia były wymowniejsze od słów… to budowało niezwykłość turnieju.


Wszystko, co dobre, szybko się kończy…

Niedzielne finały w singlu i deblu. Wygrana braci Bryanów nikogo chyba nie zdziwiła, podobnie Djokovicia. Chociaż Ferrer miał swoje szanse, to nie wykorzystał ich. Serbski tenisista triumfował w Bercy po raz drugi, pierwszy w 2009 roku. Szczęśliwy po meczu wycałował swoich najbliższych, odebrał gratulacje od piłkarza Ibrahimowicza, który oglądał jego mecz w loży dla Vipów, jemu zaś wręczył rakietę i czarując Francuzów w ich rodzimym języku wyrażał wdzięczność za wsparcie. Zdjęcia, autografy i… koniec. Konferansjer podziękował za udział i wsparcie zawodników, pożegnał wszystkich zapraszając na turniej za rok. Bercy powoli pustoszała…

""