Brakujące ogniwo Rafaela Nadala
Rafael Nadal doprowadzał rywali do łez na wiele sposobów: rewelacyjnymi minięciami, wybuchowym forhendem, tytaniczną wytrzymałością i nieludzką odpornością psychiczną. Niedawno wzbogacił swój repertuar o jeszcze jedno narzędzie tortur. Serwis.
Nad każdym wielkim tenisistą ciąży jakieś piętno. Ivan Lendl nigdy nie wygrał Wimbledonu, Pete Sampras nie odniósł triumfu w Paryżu, Roger Federer truchleje, kiedy przychodzi mu się mierzyć z Nadalem. W grze każdego z herosów można wskazać przynajmniej jeden feler, który rzutuje na ich graniczącą z perfekcją postawę: nieskuteczność przy siatce, przeciętną grę w defensywie, nieregularny bekhend. Skaza latami ciągnęła się również za Nadalem. Największym mankamentem w grze niezmordowanego atlety przez długi czas było podanie – oryginalne, niezwykle rotowane, często zaskakujące, lecz zatrważająco ubogie w moc, co zawodnikowi obdarzonemu jednym najokrąglejszych bicepsów w stawce mogło urągać.
O swojej skazie najboleśniej przekonał się podczas zmagań na kortach All England Clubu w 2006 i 2007 r. Nadal, któremu przez długi czas zarzucano, że nie wypłynie poza korty ziemne – jednocześnie wytykano Hiszpanowi techniczne przywary, jakoby nie potrafił grać ofensywnie, operować wolejem, posługiwać się bekhendowym slajsem – dwa razy doszedł do finału Wimbledonu, lecz dwukrotnie oberwał w nim od Federera. Za pierwszym razem wyrwał Szwajcarowi seta, za drugim ugrał aż dwie partie, ale w obu przypadkach finezja ówczesnego lidera światowego rankingu wzięła górę nad barbarzyńskim stylem Nadala.
W ciągu kilku sezonów Nadal zmodernizował swoją grę, wzbogacając ją o płaskie strzały forhendowe, nieprzyjemne slajsy, którymi szczególnie chętnie posługuje się na szybkich nawierzchniach, i silniejszy, bardziej efektywny serwis. Na rezultaty nie musiał długo czekać, albowiem w trzy lata sięgnął po triumfy we wszystkich turniejach wielkoszlemowych. Wydawało się, że Hiszpan jest bliski tenisowej perfekcji, lecz tę utopijną koncepcję brutalnie zburzył Novak Djoković, który także usprawnił swoją grę. Serb w niewytłumaczalny sposób wydobył niezwykłą agresję z uderzeń z głębi kortu przy jednoczesnym utrzymaniu minimalnej ilości niewymuszonych błędów, a w kwestii wytrzymałości fizycznej dogonił Nadala. Dla nowego króla męskich rozgrywek serwis Hiszpana nie stanowił żadnego wyzwania. Wykorzystując niezwykły refleks i jeden z najlepszych bekhendów w historii dyscypliny, tłamsił slajsowane podania, które zamiast uciekać poza kort, lądowały centralnie na jego rakiecie.
Pochodzący z Manacor tenisista długo szukał przepisu na powstrzymanie bajecznej gry bałkańskiego rywala. Przez blisko rok sukcesywnie spłaszczał i przyspieszał swoje uderzenia, lecz wciąż nie potrafił rozprawić się z Djokoviciem. W końcu – po zakończeniu tegorocznego Australian Open – postawił na usprawnienie innych elementów, kładąc szczególny nacisk na podanie. Wyniki osiągane przez Nadala na ziemi pokazują, że podjął słuszną decyzję.
Sześciokrotny triumfator Rolanda Garrosa w tym roku w paryskiej imprezie nie stracił jeszcze seta. Wszystkich rywali – Bolellego, Istomina, Schwanka, Monaco, Almagro i Ferrera – zdominował totalnie. Żadnemu nie pozwolił nawet pomyśleć o możliwości wygrania choćby jednej partii, przegrał zaledwie 35 gemów, co daje niesamowitą średnią niespełna sześciu na mecz. Co więcej, tylko raz stracił swoje podanie – w pierwszym pojedynku, który już tradycyjnie okazał się jego najsłabszym występem w turnieju. Od drugiej rundy podanie Nadala, czyli najmniej stabilny element jego tenisowego rzemiosła, funkcjonuje rewelacyjnie.
Hiszpan wprawdzie nie zaserwował nawet asa w starciu z Denisem Istominem, a Eduardo Schwankowi zafundował tylko jednego, ale obu nękał wystarczająco wymownie, żeby ci nie potrafili dobrać mu się do skóry. Poważniej potęgę jego podań odczuł już Juan Monaco. Argentyńczyka kąsał pierwszym serwisem nader chętnie (69% celności), a przy tym zaskakująco silnie, bowiem ze średnią prędkością 186 km/h. Jeszcze przykrzej odbierało się jego podania Nicolasowi Almagro. Swojemu rodakowi sprezentował 10 asów, ustanawiając najprawdopodobniej osobisty rekord. Z serwisem Nadala nie poradził sobie także David Ferrer. Szósty zawodnik świata wygrał zaledwie 15% punktów, gdy jego rywal lokował pierwsze podanie w korcie.
Ostatnim tenisistą, któremu w tegorocznym Rolandzie Garrosie przyjdzie się zmierzyć z Nadalem, jest Djoković. W piątek lider światowego rankingu z zadziwiającą łatwością rozprawił się z Federerem – trafił na dzień, w którym 30-letni Szwajcar momentami postępował na korcie jak uczniak. Serb w ostatnich miesiącach dwukrotnie mierzył się z Hiszpanem na mączce i oba spotkania nie mogą go napawać optymizmem. W Monte Carlo przegrał z kretesem, wyrywając rywalowi zaledwie 4 gemy, a w Rzymie poległ, nie ugrawszy nawet seta. W obu meczach Hiszpan imponował skutecznością podania. Rzadko korzystał ze slajsowanego serwisu, na który Djoković już wiele miesięcy temu wypracował receptę, a zamiast niego regularnie raził płaskimi strzałami, często przekraczającymi 190 km/h. Dzięki nim w Monte Carlo i Rzymie Serb tylko raz zdołał przełamać Nadala.
Zastanawiając się nad rozstrzygnięciem niedzielnego finału, nie potrafię wyobrazić sobie innego rozwiązania od zwycięstwa Hiszpana. Co więcej, Nadal staje się dla mnie także automatycznym faworytem Wimbledonu oraz Igrzysk Olimpijskich w Londynie – na trawiastych kortach jego usprawniony serwis będzie siał jeszcze większe spustoszenie niż na nawierzchni ziemnej.
Jeśli Hiszpan ponownie przejmie stery w męskim tenisie – a wszystko na to wskazuje – nie powinno to być dla nikogo szczególnym zaskoczeniem. Tak się bowiem składa, że w latach parzystych Nadal ma w zwyczaju wznosić swoją grę na poziom nieosiągalny dla innych. Było tak w 2008 r., kiedy wygrał w Paryżu, Londynie oraz Pekinie, jak i przed dwoma laty, gdy okazał się bezkonkurencyjny w Rolandzie Garrosie, Wimbledonie i US Open. Różnica polega na tym, że pomimo ówczesnej hegemonii, wskazanie rzężących elementów w mechanizmie Nadala było stosunkowo proste. Obecnie jest to praktycznie niemożliwe.



