Co zrobić, żeby zobaczyć Radwańską

Krzysztof Domaradzki , foto: AFP

Krzysztof Domaradzki

Rodzima rakieta numer jeden wdrapała się na międzynarodowy piedestał, przez co znacznie łatwiej spotkać ją zagranicą niż w Polsce. W nadwiślańskim kraju bywa jedynie odświętnie – dosłownie.

Umiędzynarodowienie Radwańskiej nie jest oczywiście powodem do zmartwień. Miło, że mamy tenisistkę, która w kraju odartym z tenisowych imprez dużego formatu nie bywa, albowiem niezbicie dowodzi to tego, iż siłuje się na kortach wyłącznie elitarnych, pośród tenisistek tkwiących na postumencie albo odważnie drapiących w jego podstawę. A jednak miło byłoby kiedyś Radwańską zobaczyć z perspektywy innej, nie przedtelewizorowej. Zamienić kanapę na trybuny, woń zatęchłego pokoju na świeże powietrze, pozwolić odpocząć oczom stale utkwionym w ekranie telewizora bądź komputera.

Tenis w Polsce wywindował na poziom dotychczas w tym kraju niewidziany, za co odpowiadają zwłaszcza wyczyny indywidualne: wystarczy wspomnieć finał Wimbledonu z udziałem Radwańskiej, paryski popis Jerzego Janowicza, szlagierowe występy Marcina Matkowskiego i Klaudii Jans-Ignacik w wielkoszlemowych mikstach; takiego polskiego zatrzęsienia na szczycie nie mieliśmy nigdy. Tenisowa eksplozja nabrała jednak charakteru masowego. Rewolucja zakrojona jest na szeroką skalę: reprezentacje ewidentnie rozkwitły międzynarodowo (kobiety zagrają z Belgią o awans do rozgrywek II Grupy Światowej Pucharu Federacji, a mężczyźni mają całkiem niezłe szanse na wkroczenie do daviscupowej wyższej sfery), wielkoszlemowe zmagania możemy śledzić wielopłaszczyznowo, albowiem we wszystkich rodzajach zmagań pojawiają się nasi, a do Polski wrócił turniej z cyklu WTA. Brakuje tylko jednego – pewnej krakowianki w Krakowie (lub innym polskim mieście), a nie poza granicami kraju.

Na pewno nie zobaczymy Radwańskiej w Katowicach. Choć turniej zadowalającego formatu wrócił do Polski (WTA International to nie organizatorskie opus magnum, ale skutecznie tuszuje kilkuletnią imprezową posuchę), to wraz z nim nie wróci najlepsza tenisistka. Wprawdzie wyraziła chęć występu, ale w udziale przeszkodziły jej i wcześniejsze zobowiązania (sprzedała duszę włodarzom turnieju w Auckland, a reguły mówią, że zawodniczka formatu Radwańskiej może pozwolić sobie na jeden występ w półroczu w zawodach tej rangi), i koleżanki z kortu (Rada Zawodniczek WTA nie zgodziła się, by Polka – w drodze wyjątku – wystąpiła na Śląsku). W Spodku gwiazdorzyć będzie więc jedynie Petra Kvitova (nie najgorzej, w końcu to mistrzyni Wimbledonu), którą wesprze cały zastęp młodych tenisistek (w tym parę Polek) oraz kilka doświadczonych – Roberta Vinci, Klara Zakopalova. Julia Goerges czy Sabine Lisicki.

Na pewno nie zobaczymy Radwańskiej na mistrzostwach Polski, zarówno zimowych, jak i letnich. Te pierwsze mamy już za sobą. Kiedy Grzegorz Panfil i Katarzyna Kawa rozbijali konkurencję, krakowianka zasadzała się – po raz kolejny nieskutecznie, niestety – na obalenie Wiktorii Azarenki w Dosze. Lecz nawet gdyby nie wojowała na Bliskim Wschodzie, do Polski z pewnością by nie zawitała. Tytuł halowej mistrzyni kraju niewątpliwie wygrałaby w cuglach, gdyby tylko zgodziła się spędzić w Sopocie tydzień, by codziennie okładać znacznie niżej notowane rodaczki za nędzne dwa tysiące złotych złotych, jakie w tym roku przeznaczono dla najlepszych singlistów w kraju. Nie zwróciłyby się jej nawet koszty podróży z krainy szejków. Także Panfil i Kawa, którzy krajową konkurencję ostatnimi czasy łoją regularnie (w ciągu ostatnich 12 miesięcy dodali do kolekcji po dwa złote krążki), kpią z wynagrodzenia za mistrzostwo Polski i mierzą w cele znacznie wartościowsze: on wojuje zagranicą (właśnie wygrał pierwszy turniej na obczyźnie, w ukraińskich Czerkasach), ona myślami wybiega do Katowic i marzy o wielkoszlemowym debiucie. Czołowej polskiej tenisistki nie należy spodziewać się w kraju również latem. Żeby przyjechać do Wrocławia na czerwcowe mistrzostwa Polski, w przededniu Wimbledonu, musiałaby postradać zmysły.

Na pewno nie zobaczymy Radwańskiej w meczu Pucharu Federacji rozgrywanym w Polsce. Z prostego powodu: takowego na razie nie będzie, z Belgią podopieczne Tomasza Wiktorowskiego wojować będą na terenie wroga. Ale nawet gdyby był, krakowianka, która niedawno silnie wsparła drużynę, niemal w pojedynkę przeprowadzając skuteczną kampanię w izraelskim Eljacie, wcale nie musiałaby dać się skusić na rywalizowanie z Kirsten Flipkens czy Yaniną Wickmayer. W Izraelu straciła sporo nerwów i energii, nie inkasując za swój trud nawet połowy tego, co mogłaby otrzymać za mniejszy wkład podczas pierwszego lepszego turnieju WTA. W dodatku druga połowa kwietnia nie powala atrakcyjnością terminu: wszystkie poważne tenisistki sposobią się wtedy do Rolanda Garrosa, dbając o formę i zdrowie, a nie o dobro reprezentacji. Gdybym kilkunastoma latami wytężonej pracy dotarł do czwartego miejsca na świecie, wolałbym nie ryzykować kariery dla Pucharu Federacji, któremu z każdym sezonem coraz silniej zagląda w oczy widmo wyginięcia. Ani dla niewdzięcznych rodaków, mających skłonność do wyolbrzymiania i czynienia z igieł wideł.

Niemal na pewno nie zobaczymy w tym roku Radwańskiej na rodzimych kortach. I nie jest powiedziane, że ujrzymy ją za rok. Turniej w Katowicach kusi jedynie lokalizacją; Puchar Federacji – wzbudza patriotyczne uczucia, ale poza tym głównie odpycha; w sens szamotaniny na krajowym podwórku coraz silniej powątpiewają tenisiści rozkwitający głównie na gruncie lokalnym, głupotą byłoby liczyć, że zainteresuje się nimi finalistka Wimbledonu. Ostatni raz w oficjalnym polskim turnieju Radwańska grała w 2007 roku. Kolejne jej podejście do rodzimych zmagań zakończyło się skandalem – przed czterema laty Radwańscy (z silnym naciskiem na Roberta, ojca tenisistek) pokłócili się ze Stefanem Makarczykiem, dyrektorem Warsaw Open, wygrażając potem, że na polskiej ziemi nie zagrają, jeżeli ci sami ludzie będą odpowiedzialni za organizację zawodów.

Wychodzi więc na to, że by zobaczyć Radwańską, trzeba się udać na lotnisko, a następnie pomknąć w jeden z rejonów świata, które ta zwykła odwiedzać. Nie musi wiązać się z tym wyprawa za Ocean, na Bliski lub Daleki Wschód czy antypody; krakowianka regularnie rozgrywa ponad 20 turniejów w roku (ze ścisłej czołówki grywa najczęściej), więc można ją spotkać np. we Francji albo w Niemczech. A jak ktoś wykaże się cierpliwością, to i tuż za granicą Polski natrafi na Radwańską – np. w czeskim Prościejowie podczas zmagań lokalnej ligi tenisowej (w minionym roku ta grudniowa zabawa obstawiona była wyjątkowo silnie, pomysł krakowianki powielili Petra Kvitova, Tomas Berdych czy Andreas Seppi).

Coraz więcej faktorów wskazuje na to, że niebawem podobne zabiegi trzeba będzie przeprowadzać z innymi czołowymi Polakami. Dla Urszuli Radwańskiej już teraz lokalizacyjny atut katowickiej imprezy nie jest wystarczający – próżno szukać jej nazwiska na oficjalnej liście tenisistek zgłoszonych do turnieju. Janowicz jeszcze przed rokiem bywał w Polsce regularnie, do niedawna chętnie promował się w Łodzi albo Częstochowie (m.in. biorąc udział w charytatywnym meczu siatkarskim), ale o poważnej grze na rodzimej ziemi powoli zaczyna zapominać. On, debliści (Mariusz Fyrstenberg i Matkowski) oraz Łukasz Kubot pojawiają się w kraju tylko podczas Pucharu Davisa. Polska nie ma jednak monopolu na organizowanie wszystkich bojów u siebie. A jak czołowy łodzianin jeszcze odrobinę zmężnieje i podskoczy w rankingu o kilka pozycji, zapewne pójdzie w ślady innych możnych tenisa, którzy w drużynowych zmaganiach biorą udział jedynie okazjonalnie, nieustannie wykręcając się wyimaginowanymi urazami.

Nie ulega wątpliwości, że najlepsi rodzimi zawodnicy nieuchronnie nam się wymykają, coraz odważniej elitaryzując się i śmielej wychylając poza granice kraju. Nie będzie niczym dziwnym, jeżeli w niedalekiej przyszłości z perspektywy trybun będziemy ekscytować się wyłącznie bojami zdolnych juniorów albo zawodników stanowiących drugi garnitur. Polska Polakom robi się odległa. Całe szczęście, że świat jest cholernie blisko.

Krzysztof Domaradzki