Człowiek, który ukradł „show” Nadalowi

Anna Niemiec , foto: AFP

Anna Niemiec

Przed tegorocznym French Open nie było zbyt wielu problemów ze wskazaniem głównych faworytek i faworytów do zwycięstwa. W większości scenariuszy to Serena Williams i Rafael Nadal mieli, tak jak rok temu, wznieść trofeum nad głową.

Hiszpan jest bezdyskusyjnym królem paryskiej mączki, ale pozycja liderki światowego rankingu wydawała się jeszcze mocniejsza. Amerykanka jeśli przegrywała to najczęściej sama ze sobą, a Nadalowi wyrósł groźny konkurent – Novak Djoković. Serb wygrał z „Rafą” cztery ostatnie spotkania, w tym tuż przed Roland Garros na mączce w Rzymie, co na pewno było sporym zastrzykiem pewności siebie. U kobiet faworytką numer dwa do końcowego zwycięstwa była Maria Szarapowa. Kłopot Rosjanki polegał na tym, że z Sereną nie udało jej się wygrać od bardzo, bardzo dawna.

Tak wyglądała sytuacja przed turniejem. Pierwsze piłki na paryskich kortach pokazały, że jeśli chodzi o panie, trudno przewidzieć co się wydarzy. Turniej kobiet od początku przypominał popularny serial „Gra o Tron”. Główne bohaterki „padały” jedna za drugą w najmniej oczekiwanych momentach. Żadna nie mogła czuć się bezpiecznie. Fabuła turnieju mężczyzn, jeśli trzymać się porównań serialowych, bardziej przypominała serię filmów pt. „Oszukać przeznaczenie”. Bohaterowie walczyli dzielnie, ale od początku było wiadomo, że tylko jedno zakończenie jest możliwe.

Królowa została wyeliminowana już w drugim odcinku. Pojawiła się szansa dla księżniczek i dam dworu na zajęcie jej miejsca. Większość, w tym niestety i Agnieszka Radwańska, nie skorzystała z panującego chwilowo bezkrólewia.

Maria Szarapowa dawno już zapomniała o swoich problemach ze ślizganiem na mączce i z „krowy na lodzie” wyrosła na specjalistkę od gry na kortach ziemnych. Od kilku lat na tej nawierzchni praktycznie nie przegrywa. Oczywiście jeśli nie stoi jej na drodze Serena Williams. Amerykance, gdy jest w dobrej dyspozycji, nie robi wielkiej różnicy, na jakim korcie przyjdzie rywalizować.

W Paryżu liderce rankingu WTA trafił się jeden z tych dni, kiedy kort jest o wiele za mały, a siatka o pól metra za wysoka. Wcześniej z imprezą pożegnała się również wiceliderka rankingu i była mistrzyni Roland Garros, Li Na. Zagadką było, która z tenisistek najlepiej wykorzysta nadarzającą się okazję.

""

Kandydatek było wiele, ale ponownie mistrzynią w spełnianiu swoich szans okazała się Maria Szarapowa. Tak jak w 2012 roku nie przepuściła okazji, która nadarzyła się po wczesnej porażce Sereny. „Masza” przypomina pod pewnymi względami serialową królową Cersei. Obie to „zimne” blondynki, które mają wszystko – urodę, bogactwo i władzę. Jednak nie spoczywają na laurach. Gdy widzą na horyzoncie upatrzony cel, nie spoczną dopóki go nie osiągną i na pewno nie zawahają się użyć wszelkich, dostępnych środków.

Najgroźniejsza rywalka odpadła, ale to nie znaczy, że droga po tytuł była usłana różami. Pretendentki naciskały mocno, ale Rosjanka nie odpuściła nawet na chwilę i odparła wszystkie ataki. W półfinale pokonała Eugenie Bouchard, która od pewnego czasu jest typowana na jej następczynię. Kanadyjka już nie tylko gra w strojach sygnowanych nazwiskiem Szarapowej, ale zaczyna również naśladować zachowania swojej starszej koleżanki. „Genie” stwierdziła ostatnio, że tour to nie miejsce na nawiązywanie przyjaźni, bo stawka jest tu zbyt wysoka. Gdzie my to już słyszeliśmy?

""

Wszyscy eksperci jednogłośnie zachwycali się tegorocznym finałem pań, i słusznie. Biorąc pod uwagę stawkę i to, że w wielkoszlemowym finale mieliśmy debiutantkę, było to najlepsze spotkanie tegorocznej edycji paryskiej imprezy. Simona Halep jeśli była na początku stremowana, to w trakcie pojedynku nie dawała tego po sobie poznać. Przez cały mecz twardo walczyła z bardziej doświadczoną Marią Szarapową i za to należą jej się wielkie brawa. Dopiero osiem ostatnich punktów przechyliło szalę na korzyść Rosjanki. „Masza” potwierdziła, że jest nie tylko gwiazdą pop kultury, ale również niesamowicie ambitną sportsmenką. Simona przegrała swój pierwszy wielkoszlemowy finał, ale i tak uwiodła paryską publiczność. Dała się poznać jako sympatyczna dziewczyna, którą od rówieśniczek odróżnia tylko to, że świetnie gra w tenisa.

""

Panowie w Paryżu również pokazali sporo dobrego tenisa, ale jeśli chodzi o niespodziewane rozstrzygnięcia i zwroty akcji, to nie ma co porównywać z koleżankami z kortu. Ich rywalizacja przypominała bardziej filmy z serii „Oszukać przeznaczenie”. W roli nieuchronnego przeznaczenia na paryskich kortach występuje oczywiście Rafael Nadal. W imprezie co roku startuje 128 tenisistów, ale zwycięzca o dłuższego już czasu jest ciągle ten sam. W 2009 wydarzył się „cud”. Robin Soderling dokonał czegoś, co z dzisiejszej perspektywy wydaje się niewykonalne – pokonał hiszpańskiego mistrza na paryskiej mączce. Później skrzętnie wykorzystał to Roger Federer i zdobył swój jedyny tytuł na kortach Roland Garros. Szwed dla wszystkich tenisistów pozostaje uosobieniem nadziei, że w Paryżu walczy się nie tylko o drugie miejsce. Niestety człowieka, który oszukał przeznaczenie i ograł Nadala na najważniejszym turnieju na kortach ziemnych, od kilku lat eliminuje z rozgrywek choroba.

Pokonanie „Rafy” w Paryżu staje się powoli jednym z największych wyzwań nie tylko w tenisie, ale w ogóle w sporcie. Od kilku lat tego arcytrudnego zadania próbuje podjąć się Novak Djoković. Dla Serba wygrana w stolicy Francji stała się nadrzędnym celem. To jedyny Wielki Szlem, którego jeszcze brakuje mu w kolekcji. „Nole” nawet w niesamowitym sezonie 2011 nie zdołał podbić Paryża. W tym roku Djoković wypełnił plan minimum, doszedł do finału. W decydującym o tytule spotkaniu przez 2 sety grał tak dobrze, że optymiści zaczęli po cichu wspominać nawet o detronizacji „króla mączki”. W końcówce drugiego seta minimalnie lepszy okazał się jednak Nadal. W tym momencie Serb jakby stracił wiarę w to, że jest w stanie pokonać swojego rywala. „Rafa” od razu wyczuł słabość tenisisty urodzonego w Belgradzie i po raz dziewiąty został mistrzem Roland Garros.

""

Wyczyn Hiszpana jest niesamowity. Nie sposób uwierzyć, że znajdzie się w przyszłości jeszcze ktoś kto dziewięciokrotnie zwycięży w tej samej imprezie wielkoszlemowej i powtórzy jego wynik. Seria zwycięstw niezwykła, ale czy ten turniej i ta wygrana zapadnie nam jakoś mocniej w pamięci? Nie wiem, czy za kilka lat będziemy pamiętać, czym szósta, siódma, czy ósma wygrana różniła się od dziewiątej. Sam finał stał oczywiście na wysokim poziomie, ale widzieliśmy już lepsze w wykonaniu tych dwóch tenisistów. Żadnej rewolucji nie było, status quo zostało zachowane. Na szczęście pojawiła się postać, która sprawiła, że turniej panów Roland Garros 2014 zostanie jednak zapamiętany.

W tym roku na paryskich kortach, szerszej publiczności postanowił przedstawić się bliżej Ernest Gulbis. Łotysz od dawna uważany był za duży talent i jedną z barwniejszych postaci męskiego touru. Tym razem ukradł „show” nawet największym gwiazdom. Wybuchowy temperament na korcie, niespotykana szczerość lub jak kto woli zupełny brak ogłady w wywiadach, to jego znaki rozpoznawcze. W tym roku Gulbis dodał do tego również fantastyczną grę w tenisa. Właśnie dlatego jego nazwisko, najczęściej gościło na ustach kibiców.

""

Moim zdaniem to właśnie spotkanie Łotysza z Rogerem Federerem było najlepszym meczem tegorocznego French Open. „Maestro” jak zwykle mógł liczyć na niesamowite wsparcie francuskiej publiczności. Muszę przyznać, że nie jestem pewna czy nawet reprezentant gospodarzy mógłby liczyć na przychylność zgromadzonych kibiców stając naprzeciwko byłego lidera rankingu. Gulbis wyczuł, że nie ma co drażnić publiczności i zachowywał się wręcz wzorowo, bo jak sam stwierdził, jedna złamana rakieta, to dla niego tyle co nic. Łotysz na tle zawsze perfekcyjnie prezentującego się Federera, wyglądał dosyć osobliwie – fryzura „prosto z łózka”, strój mocno sfatygowany i dzikie spojrzenie. Osobna historia to uderzenie z forhendu łotewskiego tenisisty. To zjawisko, które koniecznie trzeba zobaczyć na żywo. Łukasz Kubot w pierwszej rundzie przegrał właśnie z Gulbisem. Po meczu Polak powiedział, że w swoim pogromcy widzi czarnego konia turnieju i się nie pomylił. Ernest każdym wygranym meczem, zdobywał serca kibiców. Zatrzymał go dopiero Novak Djoković. Pozostaje tylko pytanie, na ile temu rozrywkowemu zawodnikowi starczy motywacji do ciężkiej pracy. Na szczęście dla fanów jego talentu, Gulbis zdradził, że sukces uzależnia i półfinał Wielkiego Szlema nie zaspokoił jego ambicji, więc świętować nie zamierza. No może zapali cygaro.

Tekst: Anna Niemiec