Człowiek przeciwko maszynom

Krzysztof Domaradzki , foto: AFP

Krzysztof Domaradzki

Ostatnie półroczne niezbicie dowiodło, iż Rafael Nadal wdarł się do globalnej świadomości sportowych fanów na stałe: nie pojawiał się na korcie, ale jego nazwisko odmieniano po tysiąckroć, uporczywie przy tym sondując, kiedy, gdzie i w jakiej kondycji wznowi rywalizację. W końcu wraca do gry – to już pewne – i ciągnie za sobą rozległą smugę niewiadomej.

Do dzisiaj nie mogę nadziwić się temu, jak żarliwie sportowi zapaleńcy dyskutowali na temat Nadala podczas jego nieobecności. Zgadywali, kiedy wróci, wysnuwali spiskowe teorie, doszukując się dopingowego podłoża w jego nieplanowanym urlopie, kwestionowali szanse Hiszpana na powrót do elity albo z utęsknieniem wypatrywali zawodnika, który przez całą karierę zabawiał lud pojedynkami o chronicznie podwyższonym poziomie dramaturgii. Wzmiankowali o nim nieprzerwanie, nie milknąc nawet wtedy, gdy sportowymi arenami trzęśli atleci ponadepokowi: i kiedy na bieżni szalał długonogi koń wyścigowy z Jamajki, a w wodzie płetwami przebierał hiperpływak z Baltimore, i kiedy świat trąbił o popisach pewnego wynaturzeńca z Ameryki Łacińskiej – filigranowego piłkarzyka z Barcelony, który rozhukał się do tego stopnia, że żadnemu z mu współczesnych nie przychodzi nawet do głowy, by z nim konkurować (z wyjątkiem pewnego Portugalczyka). Dziwne. W erze rozległych na szerokość kilku metrów plazm i technologii 3D znajdowali czas na troszczenie się o sterany telewizor kineskopowy, który długo nie wracał z naprawy. W dodatku wielu z nich nie miało wątpliwości, że znajdzie się dla niego miejsce w świecie obrastającym w niezawodne machiny i ekspresowo rozprzestrzeniające się iRzeczy spod znaku jabłka.

Są jednak i tacy, którzy z każdym miesiącem rozbratu ze sportem coraz zuchwalej przekreślali szanse Hiszpana na zwycięski powrót. Zatrważająco długa absencja Nadala uwydatniła bowiem, jak zrobociali sportowcy panoszą się dziś na szczycie. Novak Djoković i Andy Murray od paru sezonów sukcesywnie podkręcają tempo, sposobiąc się do bitew coraz intensywniejszych, coraz dłuższych, coraz częstszych – takich, w jakich do niedawna najlepiej odnajdował się Hiszpan. Roger Federer napoczął drugą dekadę grania z wariacką werwą. Pierwszą przebrnął niemal perfekcyjnie, nie naruszając ani jednego podzespołu w swojej niezniszczalnej machinerii; w tym czasie na ciele młodszego o pięć lat Nadala zdążyło zaroić się od przepastnych szram. Szwajcar może nawet zdążył zapomnieć, jak w towarzystwie wojownika z Majorki zwykł truchleć – minął już ponad rok od jego ostatniej klęski z Hiszpanem, poniesionej w półfinale Australian Open.

Nadal wkroczy do świata maszyn jako jeden z ostatnich przedstawicieli gatunku ludzkiego, który może im się przeciwstawić. Z jego powodu będziemy musieli na nowo uświadomić sobie, że tenis jest dyscypliną urazową, w której nieumiejętne chwytanie rakiety za młodu może wstrzymać karierę zaraz po jej starcie, a niefortunne wygięcie kręgosłupa lub zbyt zamaszyste pociągnięcie barkiem mogą ją jednomyślnie zakończyć. Będziemy przyglądać się każdemu wymagającemu ślizgowi Hiszpana, wszystkim twardym lądowaniom, wydatnie obciążającym lewe kolano, czy nienaturalnym skrętom tułowia przy uderzeniach. Sam zainteresowany będzie – przynajmniej w pierwszych tygodniach – nasłuchiwał trzeszczenia kości, zamiast głowić się nad poprawą efektywności uderzeń.

Wznawia rywalizację w pełni świadomy swoich ułomności. Z kalendarza startów usunął turnieje w Miami, Montrealu i Szanghaju (wszystkie na twardych kortach, wszystkie rangi Masters 1000; nie wyklucza także dalszych cięć). Spasował na długo przed rozpoczęciem szamotaniny w wyjątkowo urazowym Australian Open (ponoć z powodu wirusa żołądka), rezygnując z obrony 1200 punktów, jakie zainkasował za zeszłoroczny finał. Zrzekł się walki o panowanie w męskim tenisie na rzecz bezinwazyjnego przetrwania całosezonowej wymiany ciosów. Do granicy przyzwoitości ograniczył występy na kortach wybitnie niesprzyjających jego kolanom, wypełniając harmonogram startów imprezami organizowanymi głównie na mączce albo trawie. Otwarcie zresztą wyznaje, iż dzielenie i rządzenie nie jest dlań najistotniejsze. Na piedestał ambicji wypycha zdominowanie sezonu kortów ziemnych i sięgnięcie po ósmy triumf w Paryżu, a to przywołuje wspomnienia sprzed 2008 r., kiedy to hucznie zabawiał się wyłącznie na nawierzchniach miękkich. Sportowy regres Nadala jest niepodważalny. Zamiast zastanawiać się, czy w liczbie wielkoszlemowych triumfów dogoni Federera, lepiej rozważać, czy wytrzyma szarżę dorzucającego kolejne trofea Djokovicia.

Umacniająca się hegemonia Djokovicia i Murraya zmusza kibiców do zatęsknienia za Nadalem. Fani podziwiają kortowych Spartan, którzy mają utkane z żelaza stawy i wykute w tytanie mięśnie, ale domagają się pojedynków gladiatorów – śmiertelników, wykazujących okazjonalnie ludzkie słabostki – a nie maszyn. Z rozrzewnieniem wspominają czasy, kiedy bijatyki na topie uskuteczniał kruchokolanny Nadal. Tenisista tyle twardy i skupiony na grze, ile podatny na czynniki zewnętrzne (w 2009 r. storpedowały go w równym stopniu bolączki fizyczne, jak i kłopoty małżeńskie rodziców); każdorazowo katapultujący targające nim emocje: zaciskający pięść i zęby, wspierający się okrzykami, gotowy eksplodować ze szczęścia na długo przed końcem meczu (jak po wygraniu czwartego seta ubiegłorocznego finału w Melbourne); niebywale pracowity i cholernie ambitny – Djoković i Murray dobiegają niemal do wszystkich uderzeń, ale Hiszpan rzuciłby się w ogień, żeby odbić piłkę.

Jeśliby zmierzyć Nadala powszechnie przyjmowanymi kryteriami, należałoby stwierdzić, że ma za sobą dwie trzecie kariery. Hiszpan jednak na długo przed osiągnięciem pełnoletności wyrwał się wszelkim kanonom ewaluacyjnym. Jako dwunastolatek ogrywał szesnastolatków. Poważne okładanie się z najlepszymi rozpoczął jako siedemnastolatek, równo dekadę temu. Jego nogi pamiętają więcej tenisowych mordęg niż kończyny większości aktywnych zawodników. Najbardziej ze wszystkich pracował nad tym, by zmodyfikować swoją grę: zaczął jako specjalista od kortów ziemnych, następnie wyrobił się w bojach na trawie, by w końcu stać się zawodnikiem, który zwycięża wszędzie, niezależnie od nawierzchni. W dodatku ekstremalny styl gry wymaga od niego pełnej mobilizacji wszystkich członków, nawet jeżeli w przeciągu ostatnich lat zdołał znacznie spłaszczyć uderzenia i przyspieszyć rozstrzyganie wymian. Czynny wulkan z Manacor wypluwa lawę częściej od nich, wypruwając z siebie flaki od pierwszej do ostatniej rundy turnieju. Bezpiecznie nazwać go tenisowym wiarusem niż zawodnikiem w kwiecie wieku.

Żeby wrócić na top, podatny na wszelkie ludzkie bolączki Hiszpan musi dokonać niesłychanego – znaleźć sposób na poskromienie maszyn: niezniszczalnego fizycznie i mentalnie Serba, stale usprawniającego swoją nowoczesną aparaturę Szkota i przypominającego perpetuum mobile Szwajcara. Czekają nas zatem sceny rodem z wyjątkowo wymyślnego filmu science fiction. Takiego, w którym to nie maszyny buntują się przeciwko ludziom, lecz człowiek przeciwko maszynom.

Krzysztof Domaradzki