Dziękuję, Ninja!

Mateusz Grabarczyk , foto: własne

Mateusz Grabarczyk

To było pierwsze zdjęcie, jakie zrobiłem Agnieszce Radwańskiej. Oboje mieliśmy wtedy 17 lat. Ona zaliczała właśnie debiut w turnieju rangi WTA, ja dopiero po cichu marzyłem o pracy dziennikarza sportowego. Wszystko działo się na kortach Warszawianki podczas majowego J&S Cup, którego dawno w kalendarzu już nie ma. W archiwum z tamtych zawodów znalazłem fotografie Kim Clijsters, Anastazji Myszkiny, czy Jeleny Diementiewej…

Mnóstwo jest wydarzeń z trzynastoletniej kariery Radwańskiej, do których będę z radością wracał. Dzięki Tenisklubowi nie tylko jako kibic na trybunach czy przed telewizorem, ale także dziennikarz, który mógł być bliżej i przeżywać więcej.

Najpiękniejsze wspomnienia przywiozłem cztery lata temu z Barcelony. Polki wywalczyły wówczas historyczny awans do Grupy Światowej Fed Cupu, a Agnieszka wygrała wszystkie mecze – dwa singlowe i decydujący deblowy z Alicją Rosolską. Bycie jednym z dwóch polskich dziennikarzy na miejscu wydarzeń miało swoje plusy, bo naprawdę czułem, że świętuje ten sukces razem z drużyną a oprócz tego udało mi się skraść Radwańskiej pięć minut na indywidualną rozmowę i wspólne zdjęcie. Czas krótki, ale bezcenny.

Rok później Aga zdobyła prawdopodobnie najważniejszy tytuł w karierze, wygrywając kończący sezon Masters. W okolicznościach, jakie stały się elementem charakterystycznym dla wielu meczów z jej udziałem. W tie breaku seta, którego przegrać nie mogła, Simona Halep prowadziła już przecież 5-1, a po zmianie stron kortu nie było na nią mocnych do końca turnieju. Na wycieczkę do Singapuru, niestety, nie było mnie stać, więc pozostało mi śledzenie przekazu telewizyjnego. Momentami w ekstremalnych warunkach, stojąc nad grobami bliskich ze smartfonem w dłoni podczas święta zmarłych. Mam nadzieję, ze mi wybaczyli, ale właśnie wtedy Radwańska po jednym z najbardziej pamiętnych spotkań wyeliminowała w półfinale Garbine Muguruzę.

Wimbledon 2013 to turniej, który najbardziej kłuje w serce. Pewnie nie tylko mnie i nie tylko znakomitą większość reszty kibiców, ale i samą Radwańską. Przy 3:0 w decydującym secie półfinałowego pojedynku z Sabine Lisicki trudno było nie dać się ponieść emocjom. Ja widziałem Agnieszkę nie tylko w finale, ale już z pucharem, bo przecież w ostatnim meczu czekała Marion Bartoli, z którą Polka wygrała wszystkie siedem meczów, tracąc jednego (pierwszego w historii ich starć) seta. Na Boga, nie mogłaby tego przegrać.

To nie było zaskoczenie. Radwańska nas na tę decyzję przygotowała. Problemy zdrowotne z roku na rok narastały. W minionym sezonie już bardzo silnie zdominowały jej życie a październikowa zapowiedź poważnych decyzji wyraźnie zasugerowała, co się szykuje. Agnieszka jest drugim polskim sportowcem, którego zakończenie kariery wywołuje we mnie taką pustkę. Zaraz po Adamie Małyszu. Nie sposób zliczyć wszystkich nieprzespanych nocy, okrzyków radości, nadziei czy złości, zachwytów, westchnień i zawałów serca, które przez te trzynaście lat przeżywałem. Jak w karierze każdego sportowca, wzloty mieszały się z upadkami, szczęście ze smutkiem, euforia ze złością. Ale zawsze z nią, nigdy przeciwko.

Drugiej takiej tenisistki już od dawna nie ma i pewnie długo nie będzie. Ostatnią podobną, którą też pokochały miliony, była JuJu, Justine Henin. Potem na światowych kortach zaczęła rządzić siła, której za pomocą mądrości i sprytu przeciwstawić umiała się tylko Radwańska. Patrzyłem na jej tenis z uwielbieniem. Nie tylko dlatego, że jest Polką, ale dlatego, że grała dla oka najpiękniej.

Dziewięć sezonów z rzędu Radwańska kończyła wśród piętnastu najlepszych tenisistek świata, zdobyła 20 indywidualnych tytułów, na czele z tak prestiżowymi jak Masters, Indian Wells czy Miami, wspięła się na drugie miejsce rankingu, była w finale Wimbledonu i czterech wielkoszlemowych półfinałach, wygrała prawie sześćset meczów. Poza kortem wcale nie zdobyła mniej. O tym, jak porwała tłumy, niech świadczą wyróżnienia od fanów. Sześć z rzędu dla ulubionej tenisistki i wszystkie pięć w historii tej nagrody za najładniejsze zagranie roku. A to, jak bardzo cenili i lubili ją w tourze, widać, przeglądając dzisiejsze nagrania, posty i komentarze w mediach społecznościowych. Strona WTA jest dziś jej.

Trudno sobie wyobrazić, jakie pokłady pracy, wyrzeczeń i wytrwałości musiała poświęcić Agnieszka Radwańska, żeby osiągnąć tak wiele. Po ponad dekadzie powiedziała pas i ja to szanuję, chociaż będę za nią i jej wyjątkowym, magicznym tenisem bardzo tęsknił. Pozostaje mi powiedzieć: dziękuję, Ninja, i życzyć powodzenia w następnych etapach życia. To było wspaniałe 13 tenisowych lat.