Eksplozja, ale czy kontrolowana?
Jerzy Janowicz przepłynął przez zawody w Paryżu niczym niszczycielska lawa, zatrzymując się dopiero w finale, gdzie poskromił go odporny nawet na siły natury David Ferrer. Być może w Polsce narodził się talent na miarę Wojciecha Fibaka, ale o tym, niestety, dowiemy się dopiero w przyszłym roku.
Przypadek Janowicza nie jest bezprecedensowy. Od zawsze outsiderzy okazjonalnie łoją faworytów, wprawiając tenisowych obserwatorów w zdumienie, by następnie ponownie się kurczyć, tajać, pokornie wracać na swoje miejsce. Często przytrafia się to zawodnikom wysokim, obdarzonym miażdżącą siłą i koszykarskim zasięgiem. Nie trzeba sięgać pamięcią do prehistorii – kilkanaście godzin przed meczem Janowicza z Andym Murrayem sensację sprawił Sam Querrey (198 cm), który w podobnych okolicznościach, także najpierw tracąc pierwszego seta, uporał się z Novakiem Djokoviciem. Pod koniec czerwca Rafaela Nadala z Wimbledonu wyrzucił Lukas Rosol (196 cm). Zdarza się też, że fenomenalna dyspozycja rozciąga się na cały turniej, jak w przypadku Martina Verkerka (195 cm), który przypadkiem niemal nie wygrał Rolanda Garrosa przed dziewięcioma laty.
Łodzianin także zachwycił w ujęciu szerszym niż jednomeczowym. Nadzwyczajna była przede wszystkim wygrana Janowicza z Murrayem, ale Kohlschreiber, Cilić, Tipsarević i Simon także nie pokonali się sami. Gdyby Polak ograł jeszcze Ferrera – a niewiele mu do tego zabrakło, choć wynik sugeruje coś innego – byłby jedynym zawodnikiem w sezonie, który uporałby się w trakcie turnieju z sześcioma zawodnikami z Top 20. Otarł się więc o osiągnięcie monumentalne.
Najważniejsze jednak, że Janowicz zdaje się różnić od wielkoludów, którzy oddawali pojedyncze wystrzały, a potem milkli, ponownie osuwając się w cień, zadowalając się tym, że na stare lata będą mogli pochwalić się potomstwu, iż za młodu pokonali tego i tego. O łodzianinie znawcy tenisa dowiedzieli się już wiele lat temu, kiedy to brylował w rozgrywkach juniorskich (grał w finałach US Open i Rolanda Garrosa). Zanim przed kilkunastoma miesiącami przygasł, rozpierzchły się prognozy, że tli się w nim talent na miarę pierwszej dwudziestki w rankingu. Dlatego gdy w tym roku zaczął wspinać się w górę zestawienia, ludzie nie wytrzeszczali ze zdziwienia oczu, lecz zaznawali ulgi; „nareszcie” było słowem, które większości cisnęło się na usta, gdy łodzianin wdarł się do pierwszej setki rankingu. Prędzej czy później musiało to nastąpić.
Pisałem paręnaście dni temu o milowych krokach Janowicza (nie mając bladego pojęcia, że planuje przeprowadzić rewoltę w Paryżu), który w ciągu kilku miesięcy złamał całą masę barier: zaczął regularnie ogrywać zawodników z pierwszej setki, zadebiutował i to niezwykle owocnie w turnieju wielkoszlemowym (w Wimbledonie otarł się o czwartą rundę), przeskoczył w rankingu Łukasza Kubota, stając się najwyżej notowanym polskim tenisistą. W stolicy Francji milowych kroków nie stawiał, wykonywał co najmniej siedmiomilowe susy – regularnie okładał czołowych graczy globu, przedzierał się przez kolejne rundy imprezy z serii ATP Masters 1000, aż dotarł do finału, praktycznie przypieczętowując miano „odkrycia roku”. Pokonanie Murraya – pozostając w terminologii związanej z przemieszczaniem się – było niczym teleportacja na szczyt. Stercząc na szpicy, dołożył wygrane z Tipsareviciem i Simonem, mimo że wojował z bolącym barkiem, z podekscytowania niemal nie sypiał i nie jadał, a z medialnego szumu dowiedział się o sobie i przebiegu swojej kariery zapewne więcej, niż wiedział dotychczas.
Paryski rajd dał Janowiczowi 26. miejsce w rankingu ATP Tour, choć zewsząd dobiegają głosy, iż jest to jedynie przystanek przed ostatecznym dołączeniem do najściślejszej czołówki. Obecna elita składa się z czterech zawodników od paru sezonów deklasujących resztę (Djokovicia, Federera, Murraya i Nadala) oraz kilkuosobowej grupy pościgowej, która rokrocznie walczy o udział w turnieju mistrzów. Niektórzy uważają, że Polaka stać na to, by niebawem do niej dołączyć. Takiego zdania jest m.in. Brad Gilbert, najsłynniejszy tenisowy pragmatyk, specjalista od szlifowania diamentów. Od starcia z Murrayem ćwierkał pod adresem Janowicza same komplementy, sugerując, że ten lada dzień dobije do Top 10. Odniosłem wrażenie, że były trener Andre Agassiego czy Andy’ego Roddicka wręcz pali się do tego, by osobiście zająć się karierą Janowicza.
Trenerów, którym marzy się praca z Polakiem, znalazłoby się zapewne więcej. Niespełna 22-letni zawodnik dysponuje bowiem atutami, które po przejściu odpowiedniej korekty mogą uczynić go zawodnikiem wybitnym. Posiada jeden z najszybszych serwisów w stawce, a do tego potrafi podawać w sposób niezwykle urozmaicony; punkty zdobywa i po przekraczających 230 km/h wystrzałach, i dzięki sprytnym rogalom stykającym się z kortem pod niezwykłym kątem. Pod grubą warstwą siły skrywa niezwykłą finezję, dzięki której zamiast notorycznie rozrywać powietrze płaskimi forhendami, regularnie zaskakuje zepchniętych do defensywy oponentów skrótami (decyduje się na nie nawet zbyt często). Ma doskonały refleks, co w hali Bercy udowadniał podczas returnów, granych płasko i długo, często wygrywających, a także przy akcjach wolejowych, które w przeważającej większości zamieniał na punkty. A przy tym porusza się lepiej od większości wielkoludów. Może nie tak jak Djoković i Murray, co odważnie sugerował były trener Janowicza (Jakub Ulczyński nie ma wątpliwości, że jego ekspodopiecznego stać na zostanie najlepszym tenisistą globu), ale z pewnością lepiej od innych zawodników, którzy wyrośli na ponad dwa metry. Ludzie o takich rozmiarach rzadko imponują sprawnością. Janowicz potrafi zrobić salto.
Potencjalni szkoleniowcy Polaka mogliby mieć sporo problemów z przebrnięciem bariery natury psychologicznej. Janowicz bowiem nie należy do zawodników pokornych i ugodowych. Na korcie epatuje bezczelnością (Francuzom przypominał Marata Safina, aroganckiego i niezwykle utalentowanego Rosjanina, który spożytkował ledwie ułamek swojego potencjału), otwarcie protestuje, gdy czuje się choćby minimalnie skrzywdzony (przed trzema laty w Ostrawie, nie mogąc pogodzić się z fatalną jakością kortu, ze złości wyrwał linię), nie stroni od popisów, które często przedkłada ponad efektywność (jak w pierwszym secie starcia z Simonem, gdy zamiast zwieńczyć akcję prostym wygrywającym uderzeniem, władował grany z wyskoku forhend w siatkę). Łodzianina okiełznał zimnokrwisty Fin. Kim Tiilikainen nie był wybitnym tenisistą, ale najwyraźniej wie, jak radzić sobie z kandydatem na takiego. Od ponad trzech lat uczy Janowicza cierpliwości, poszanowania dla treningu, tenisowej dojrzałości, a przy tym umiejętnie hamuje wybuchy łodzianina. W kluczowych momentach paryskiej imprezy Janowicz zawsze szukał wyważonego spojrzenia skandynawskiego szkoleniowca.
Sam zawodnik, który od przynajmniej kwartału nękany jest pytaniami o przyczyny nagłego wzrostu formy, każdorazowo wskazuje na zmianę rakiety i trenera do przygotowania fizycznego. Z Piotrem Grabią Janowicz pracuje krótko, ale z piorunującymi efektami. Wystarczy zerknąć na licznik podczas serwisu. W Paryżu Polak długimi momentami utrzymywał średnią pierwszego podania w okolicach 220 km/h. Z taką szybkością i regularnością nie serwował jeszcze nikt, nawet Roddick, który do niedawna wydawał się niedoścignionym bombardierem.
Środowisko tenisowe jest złaknione nowych gwiazd, więc z lubością przyjęło popisy finezyjnego wielkoluda z Polski, którego niezwykłą grą mogli rozkoszować się przez tydzień. W Paryżu Janowicz przyczynił się do pobicia rekordu frekwencji – Francuzi zakochali się w gigancie, który z hucpiarską miną ogrywa faworytów, a po wszystkim rzuca się na kort i płacze jak dziecko. W Polsce dorobił się miejsca na pierwszych stronach gazet, stając się nie tylko sportowcem tygodnia, ale i najbarwniejszą postacią życia publicznego. Zmagania w hali Bercy ledwo dobiegły końca, a tenisowa publika już chciałaby przekonać się, czy Janowicz oddał pojedynczy wystrzał, czy też chowa w zanadrzu cały magazynek.
Najistotniejsze dla kariery Polaka będę najbliższe tygodnie, w trakcie których musi zregenerować siły, wyleczyć urazy i przygotować się do sezonu, nie gubiąc nic z arsenału, który zdołał już zgromadzić. Kolejny start czeka go najprawdopodobniej w Sydney, a następnie zagra w Australian Open – i to jako rozstawiony zawodnik. Żeby oczarować Melbourne, musi być tym samym zręcznym wielkoludem, który wywijał w Paryżu, rozkochując w sobie francuską publiczność. Musi jednak zachwycać w wietrznych warunkach, trzydziestostopniowym upale, w rozciągających się na pięć setów bitwach, oczarowywać w starciach z tenisistami wypoczętymi, w pełni skoncentrowanymi, którzy nie fantazjują o zbliżających się wakacjach, ale o setkach godzin, które przyjdzie im spędzić na korcie.
Dopóki Janowicz nie wróci do rywalizacji, dopóty nie da się jednoznacznie określić, czy w hali Bercy nastąpiła niekontrolowana erupcja formy, czy tez byliśmy świadkami przełomu, który pchnie bajeczną i w końcu ekspresowo kwitnącą karierę łodzianina na wyższy poziom. A to oznacza, że czekają nas, Polaków, ponad dwa miesiące nerwowego oczekiwania na nowy sezon. Pocieszające jest to, że razem z nami z niecierpliwością będzie wyglądał wznowienia rozgrywek cały świat. Janowicz jest bowiem nadzieją globalną. Ma być tym, który skruszy mur czołówki, niedostępny dla młodego pokolenia tenisistów. W tej roli jeszcze żaden Polak nie występował.
Krzysztof Domaradzki



