Historia zatoczyła koło

Krzysztof Domaradzki , foto: AFP

Krzysztof Domaradzki

Kiedy oglądałem pojedynek Rogera Federera z Bernardem Tomicem, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że czas stanął w miejscu. A wrażenie to było tym większe, że miejscowi entuzjaści usilnie wmawiali nam, że w przeciągu dwunastu miesięcy upłynęła cała dekada.

W 2012 roku 19-letni Tomic uzmysłowił szerszej publiczności, iż nie każdy tenisowy młokos musi bezmyślnie wytłukiwać punkty, żeby przebić się przez granicę tenisowej przeciętności. W Melbourne pokazał pasję, namiętność, ogromne pokłady talentu, spryt, waleczność i odporność psychiczną. Najpierw porwał Australijczyków wygraną pięciosetówką z Fernando Verdasco (przegrywał już 0:2), potem w czterech partiach wyeliminował bombardiera Sama Querreya, by następnie pokonać po dreszczowcu Oleksandra Dołgopołowa. W nagrodę dostąpił zaszczytu spotkania się z Federerem.

Podekscytowani jego zwycięskim marszem Australijczycy nawinie wierzyli w cud. Ten jednak się nie wydarzył. Tomic od pierwszej do ostatniej piłki znajdował się w odwrocie, przez większość meczu raczej przyglądając się wyczynom Federera, niż próbując współuczestniczyć w budowaniu widowiska. Kilka razy odważył się ujawnić wirtuozerskie zapędy, chcąc nadać efektowności swojej bezdyskusyjnej porażce, ale wtedy Szwajcar karał go w sposób najbardziej wyrafinowany: bajecznymi skrótami, niedosięgalnymi bekhendami albo kunsztownymi wolejami. A im bardziej się młodzian swawolił, tym dotkliwsze otrzymywał riposty.

W tym roku los ponownie wepchnął Tomica na Federera. Australijczykom zakręciło się w globusach jeszcze poważniej, albowiem ich bohater na chwilę przed startem w Australian Open wygrał pierwszy turniej w karierze, a jeszcze wcześniej pokonał samego Novaka Djokovicia. Z dziesięciu rozegranych w 2013 roku meczów wygrał dziesięć. W dodatku niestroniący od dyskusyjnych wypowiedzi Tomic poczuł się na tyle pewnie, by ośmielić się rzucić Federerowi wyzwanie. Wspominał, że w niedalekiej przyszłości zamierza zgarniać wielkoszlemowe skalpy, że nie jest usatysfakcjonowany tym, co do tej pory zdziałał, że to najlepszy moment, by ograć swojego idola. A wraz z nim atmosferę zagęszczali wszyscy Australijczycy, desperacko złaknieni tenisowych sukcesów.

Stworzona przez Tomica bufonada straciła na wartości już w pierwszym gemie sobotniego meczu, w którym Federer przełamał jego podanie, co, jak się potem okazało, wystarczyło mu do wygrania seta otwarcia. Ale w drugiej partii obaj grali olśniewająco (choć Szwajcar lepiej, stale bowiem stwarzał zagrożenie przy serwisie Australijczyka). Tomic uderzał znacznie silniej i precyzyjniej niż przed rokiem, zrezygnował z nagminnego podcinania bekhendów, a giętki nadgarstek pomagał mu niemal bez wysiłku posyłać forhendowe pociski, do których faworyt niejednokrotnie nie dobiegał. W tiebreaku Australijczyk prowadził już nawet 5-3. Rod Laver Arena gotowa była uwierzyć, że przygląda się narodzinom przyszłego tenisowego mistrza, nowoczesnemu połączeniu błyskotliwości Patricka Raftera z pieczołowitością Lleytona Hewitta, pyskatemu buntownikowi, który nikomu nie zamierza się kłaniać. Ekstatyczna atmosfera uniosła się jednak tylko na chwilę, ponieważ Federer kilkunastoma machnięciami rakietą przywołał normalność: wygrał cztery kolejne piłki, a po kilkudziesięciu minutach zakończył pojedynek, fundując Tomicowi w finałowym secie podręcznikowe lanie. W niecałe dwie godziny zwyciężył 6:4, 7:6(5), 6:1.

W ciągu dwunastu miesięcy, jakie upłynęły od ich ostatniego starcia, powinno zmienić się wiele. Federer powinien tenisowo zdziadzieć, stracić na witalności i szybkości, struchleć w hierarchii, ustępując pola szturmującej młodzieży. Tomic powinien zaś dojrzeć, nabrać krzepy i pewności siebie, nauczyć się techniczne fajerwerki pożytkować tak, by stawały one w gardłach topowych graczy. W sobotnim starciu ujrzałem jednak ledwo dostrzegalne korekty. Tomic obudował swoją grę siłą, minimalnie wzbogacił wachlarz zagrań, uzbroił się w większą butę, co pozwoliło mu urwać Federerowi całe trzy gemy więcej. Szwajcar zaś prześlizgnął się po tych dwunastu miesiącach tak, jak gdyby w jego przypadku czas płyną inaczej, wolniej i bezurazowo, nie skradając żadnego z elementów jego maestrii. Innych w normalności i racjonalności utwierdza, samemu zaś tkwi w nierealnym świecie tenisowej perfekcji.

W następnej rundzie okaże się, czy Federer tylko okazjonalnie zatrzymuje czas, czy w manipulowaniu zegarem – swoim i innych – wyszkolił się nieodwołalnie. Z Milosem Raonicem okładał się dotychczas trzykrotnie i trzykrotnie był górą, lecz zawsze zwycięstwa wyszarpywał, każdorazowo powstając po porażkach w setach otwarcia. Spodziewam się zatem, że może dojść do sytuacji kuriozalnej: jeżeli Federer w pierwszej partii polegnie, będę pewniejszy jego wygranej, niż gdyby w secie otwarcia triumfował.

Krzysztof Domaradzki