Hubert Hurkacz – próba wilka

Natalia Kupsik , foto: AFP

Kiedy w lipcu ubiegłego roku spotkałam Huberta Hurkacza na wrocławskiej hali Redeco, odniosłam wrażenie, że z pandemicznej przerwy wyciska ile się tylko da. Podążał wytyczoną wspólnie z trenerem ścieżką z konsekwencją, której zasadność można było poddawać w wątpliwość. Do czasu.

W połowie sezonu 2020 Hubert Hurkacz był w kraju na chwilę. Zagrał w Mistrzostwach Polski i  odwiedził rodzinę w przerwie pomiędzy przygotowaniami do amerykańskiego tournee. Na koncie miał ostre treningi siłowe i niezliczone kosze piłek odbitych w piekącym korty Saddlebrooke Academy słońcu. Od tygodni nie mógł startować w tourze. Tęsknił za rywalizacją, ale nieśmiało wspominał też o tkwiącym w całym tym hamowaniu potencjale. Tyle tylko, że on majaczył wtedy dopiero na horyzoncie i przez dziurkę od klucza nie sposób go było dostrzec.

Wyboje

Po przełomowym pod wieloma względami sezonie 2019, w którym Hubert Hurkacz pozwolił wierzyć, że na tenisowych salonach może znaleźć się dla niego miejsce, przyszedł czas prawdziwej jazdy bez trzymanki. Najpierw iście koncertowe wejście w rok 2020, a tuż potem zamiast widzianej już oczyma wielu autostrady do błyskawicznych sukcesów, ubite jakby naprędce wertepy. Forma Polaka zaczęła falować. Wpadły porażki z tymi, z którymi „nie wolno” mu już było przegrywać, a wraz z nimi coraz głośniej wyrażane obawy o to, czy jego poczynania idą w tak zwanym właściwym kierunku. Robiło się coraz bardziej nerwowo… i nagle oczom tenisowego świata ukazało się szczere pole.

– Pewnym pozytywem było to, że mieliśmy czas, żeby na spokojnie popracować na korcie nad kilkoma elementami. Zniknęło myślenie, że mamy na przykład tylko trzy dni, bo za chwilę jedziemy na kolejny turniej. Czas przestał nas gonić. Mam nadzieję, że takiej okazji już więcej w życiu nie będę miał (śmiech), ale myślę, że na dłuższą metę pomoże mi to w grze – tak w wywiadzie dla Tenisklubu Hubert Hurkacz mówił mniej więcej w połowie minionego sezonu.

Pandemia zaskoczyła go, jak każdego z nas, do góry nogami wywracając treningowo-meczową karuzelę. Nie oznaczało to jednak, że przyszedł czas na nieplanowane wakacje. Wprost przeciwnie. Polak postawił na wytężoną, mozolną pracę w czterdziestostopniowym florydzkim upale. Z dala od spojrzeń większości śledzących jego tenisowe zmagania. Ale na jej efekty przyszło mu jeszcze poczekać.

Lekcja cierpliwości

Czy można przegrać z obiecującym polskim juniorem, gdy się jest aspirującym do walki z najlepszymi przedstawicielem czołowej trzydziestki rankingu ATP? Wielu odpowie, że nie, a przynajmniej że się nie powinno. Nietrudno więc wyobrazić sobie ciężar, jaki na barki wrocławianina opaść musiał, gdy w walce o ćwierćfinał Mistrzostw Polski pokonał go 17-letni Maks Kaśnikowski.

Można było mówić o gwałtownej zmianie nawierzchni i grze bezpośrednio po czteromiesięcznym siłowym treningu, ale wynik poszedł w świat. Gratulacje i radość z sukcesu nastolatka zmieszały się z pęczniejącą wokół pokonanego krytyką. Wszystko poszłoby pewnie w niepamięć gdyby dobre rezultaty Hubertowi zanotować udało się na otwierającej się na powrót w Stanach Zjednoczonych wielkiej międzynarodowej scenie. Tylko, że nagroda za systematyczny wysiłek nie przyjść miała jeszcze długo.

Polakowi brakowało turniejowej stabilności, a kibice coraz częściej zwracali uwagę na jego zrezygnowaną jakby meczową postawę. Sytuacji nie poprawiły zacięte lecz minimalnie przegrane pojedynki ze Schwartzmanem, Sandgrenem, Sonego czy Albotem. W utrzymaniu niezłej startowej pozycji pomagał jeszcze zamrożony ranking, ale poza zamykającym sezon deblowym triumfem niewiele widać było promyków nadziei na powrót do dyspozycji, na jaką wszyscy czekali. Aż nareszcie gra przeniosła się na „jego podwórko”, czyli w miejsce, gdzie godzinami wylewał z siebie siódme poty.

Rok 2021 Hurkacz rozpoczął w najlepszy możliwy sposób – od turniejowego triumfu w Delray Beach. Zwycięskiej passy kontynuować nie zdołał jednak w Australii, a jego zanotowaną dopiero co serię zwycięstw przykrył komplet mniej lub bardziej zadziwiających porażek. Coś było ciągle nie tak. Trzeba było czekać. Hurkacz zaczął wymykać się radarom, o których w jednym z ostatnich wywiadów wspomniał jego trener. Opadły oczekiwania i wlekąca się za nimi presja. A dla wielu to najlepsze warunki do sięgnięcia po rzeczy wielkie. O ile się na nie wcześniej zapracowało. Craig Boynton wiedział, że do miejsca, w którym Hubert Hurkacz znalazł się obecnie, zaprowadzić może go tylko cierpliwość. Mentalna siła zrodzona z tego, że się nie odpuszcza, mimo że na wyniki nie przekłada się jeszcze to, jak bardzo o nie walczysz. Bo jak ujął to jeden z bohaterów słynnej serii „Star Trek” – „Czasami robisz wszystko dobrze, a i tak przegrywasz. To nie słabość, to życie”.

Dwa wilki

Podczas jednej z prelekcji Ted Talks ciekawą perspektywę ludzkiego zmagania się nakreślił kiedyś Karol Bielecki. Jeden z najlepszych w historii polskich piłkarzy ręcznych opowiedział o tym, jak dojrzewało jego wielkie sportowe marzenie i przeprowadził słuchaczy przez kręte ścieżki swojej wybitnej kariery. Mówił o ciężkiej pracy, chwilach chwały i dramatycznym wypadku, który na zawsze odmienił jego życie, ale poruszył także mniej znany wątek swoich niełatwych początków. Wspominał czasy, gdy jako aspirujący dopiero zawodnik nie dostał się do szkoły mistrzostwa sportowego. Był podobno zbyt chudy, by profesjonalnie uprawiać wybraną przez siebie dyscyplinę. W obliczu tak potężnego rozczarowania w jego głowie zadomowić spróbowały się dwa wilki. Jeden przekonujący go, że daremne są wszelkie podejmowane na poczet walki o marzenia wysiłki. Specjaliści przyjrzeli się przecież jego grze i nie dostrzegli godnego inwestycji potencjału. Na szczęście naprzeciw niego miejsce zrobił sobie także drugi wilk. Typ zadziorny, powtarzający, że przyjdzie pora, gdy świat przekona się jak wielki kryje w sobie talent.

Przytaczany obraz Bielecki zwieńczył pytaniem. Chciał żeby zgromadzeni zastanowili się, który z tych włochatych towarzyszy okaże się silniejszy. Po chwili podzielił się swoją odpowiedzią – w siłę rośnie ten wilk, którego się częściej karmi. Sądzę, że na przestrzeni minionych miesięcy oba one nie odstępowały Huberta Hurkacza na krok. Ale choć uwagi domagał się pierwszy, on karmił tego właściwego.

Natalia Kupsik