Ile waży sukces Radwańskiej?
Postanowiłem zważyć, jak masywny sukces wrzuciła na swoje wątłe barki Agnieszka Radwańska. A gdy policzyłem niewymierne, z zachwytem klasnąłem w dłonie.
Porównywanie osiągnięć rozmaitych sportowców jest z natury niewymierne. Specyfika dyscyplin nie pozwala jednoznacznie stwierdzić, czy większą wirtuozerią wykazuje się genialny snookerzysta, czy niezrównany pływak. W oszacowaniu wartości dokonań ani trochę nie pomagają wynagrodzenia – gdyby one decydowały o randze sukcesu, zwycięzca wielkoszlemowego turnieju golfowego byłby o klasę wybitniejszym sportowcem niż triumfator Tour de France. Popularność medialna także nie rozwiewa wątpliwości, o czym przekonywaliśmy się codziennie w ciągu ostatnich kilku tygodniu; eurodoniesienia zawładnęły sportowymi serwisami telewizji publicznej w takim stopniu, że jedna z siatkarskich chłost wymierzonych Brazylijczykom przeszła zupełnie bez echa. A już praktycznie niewykonalne jest uczciwe zestawie dokonań indywidualnych z zespołowymi.
Nie wyznaję się specjalnie w plebiscytach na najlepszych sportowców, które w zasadzie należałoby przemianować na konkursy popularności, o czym najlepiej świadczy wyróżnienie Roberta Kubicy za rok 2008, ale orientuje się wystarczająco, by stwierdzić, że szczególny urok zyskują dokonania indywidualistów, a ściślej – mistrzyń zmagań solowych. Irena Szewińska i Stanisława Walasiewicz, medalodajne lekkoatletki, w plebiscycie „Przeglądu Sportowego” wygrywały najczęściej, albowiem aż czterokrotnie. Pływaczka Otylia Jędrzejczak i biegaczka narciarska Justyna Kowalczyk – trzykrotnie. Jedynym panem, który wściubił nos między to długowłose towarzystwo, jest Adam Małysz, fenomen niechodliwej dyscypliny, która w Polsce urosła do rangi absolutnie kluczowej.
Jadwiga Jędrzejowska, której sukces Agnieszka Radwańska w czwartek wyrównała, zapewniając sobie udział w finale Wimbledonu, wspomniany konkurs wygrywała dwukrotnie. Jeden reprezentant tenisa ziemnego w siedemdziesięciu siedmiu edycjach plebiscytu – to zatrważająco mało, ale i boleśnie prawdziwie. Nie licząc Jędrzejowskiej, która na sportową bohaterkę wyrosła jeszcze przed wojną, i Wojciecha Fibaka – wysokie pozycje w konkursie okupował w latach 70. i 80. – rodzimi tenisiści nie zrobili niczego, co nakazałoby o nich opowiadać potomkom.
O prestiżu, jaki niesie za sobą tenis – dla niektórych jest grą dla snobów, inni widzą go jako dyscyplinę dla niewiarygodnie odpornych psychicznie atletów – doskonale świadczy doniosłość, jaką w swoich ojczyznach zyskali czołowi zawodnicy. Roger Federer i Novak Djoković są bohaterami narodowymi Szwajcarii i Serbii. Obaj z powodzeniem mogą za kilka lat ubiegać się o najgorętsze stołki w swoich państwach – uwielbieniem, jakie zyskali jako sportowcy, będą cieszyć się jeszcze długo po przejściu na emeryturę. Hiszpańscy dziennikarz uważają Rafaela Nadala za najwybitniejszego sportowca w dziejach, choć przez lata zachwycali się Miguelem Indurainem, pierwszym kolarzem, który pięć razy z rzędu wygrywał Tour de France (do tego dwukrotnie był najlepszy w Giro d’Italia), a teraz pękają z dumy, obserwując popisy całej plejady genialnych piłkarzy. Aż strach pomyśleć, iloma boskimi przymiotami zostanie naznaczony Andy Murray, gdy w końcu uda mu się wygrać Wimbledon. Wyspiarze chyba eksplodują z zachwytu.
Polacy w ostatnich latach rozpływali się nad dokonaniami sportowców niszowych, którzy wyspecjalizowali się w dyscyplinach uskutecznianych wyłącznie w wybranych zakątkach globu, dla niektórych rewirów z klimatycznych powodów nieosiągalnych. Skoki i biegi narciarskie uprawia się niemal wyłącznie w Europie, czasem w czołówce zamarudzi ktoś ze Stanów Zjednoczonych albo Japonii. Robert Korzeniowski był bezspornym królem chodu sportowego, lecz trudno powiedzieć, czy byłby nim nadal, gdyby etiopscy i kenijscy biegacze porzucili genetycznie zakodowaną zdolność długodystansowego pędzenia przed siebie na rzecz nienaturalnego, kanciastego, zupełnie niepobudzającego wyobraźni półbiegu.
W dyscyplinach popularnych biało-czerwoni dryfowali w okolicach piedestału, lecz albo go nie osiągali, albo spadli chwilę po wspięciu się nań. Otylia Jędrzejczak przez parę lat bałamuciła wody wszystkich pływalni globu, aby ostatecznie rąbnąć o dno z mocą kilkutonowej kotwicy. Podobny los spotkał Andrzeja „Ostatnią Nadzieję Białych” Gołotę. Polski pięściarz, który uchodził za jednego z najlepiej wyszkolonych bokserów wagi ciężkiej, przez okrągłą dekadę straszył zdobyciem tytułu, lecz namiętnie wymiękał w kluczowych momentach, gdy pas mistrzowski był w zasięgu wzroku. Najbardziej jednak wymiękł parę lat później, kiedy zamiast zakończyć karierę, udostępnił twarz do obijania za niewielką kasę. Z bokserskiego szczytu spadł za to Dariusz Michalczewski, który stoczył o dwie walki za dużo. Z kolei Tomasz Adamek bije się jak na prawdziwego junaka przystało, lecz od stojącego mu na drodze do chwały Witalija Kliczki zebrał niewiarygodne cięgi. Na wieczną chwałę nie zdołali do końca zapracować również kolarze. Ryszarda Szurkowskiego ograniczył ustrój, Lech Piasecki zadowolił się etapowymi triumfami w najważniejszych wyścigach i mistrzostwem globu, a Zenon Jaskóła wystrzelił tylko raz, sięgając po trzecie miejsce w Tour de France. Na liście zwycięzców Wielkich Tourów polskich nazwisk nie znajdziemy.
W zmaganiach wieloosobowych, na które splendor spływa ze wszystkich stron, Polska doczekała się zespołów wybitnych. Piłkarskie pokolenie lat 70. i 80. wstrząsało całym futbolowym globem – podobnie jak uczniowie Huberta Wagnera, którzy stłukli samych Sowietów, aby dosięgnąć olimpijskiego złota. Współczesne pokolenie siatkarzy także z roku na rok dokłada do pieca, zaspokajając pragnienia nawet największych malkontentów. Drużyna Raula Lozano sięgnęła po wicemistrzostwo świata, pod wodzą Daniela Castellaniego biało-czerwoni zdobyli złoto mistrzostw Europy, a teraz wybrańcy Andrei Anastasiego wyrastają na głównych faworytów Ligi Światowej i Igrzysk Olimpijskich w Londynie. Ale w tych wszystkich zgrajach prym wiedli bohaterowie zbiorowi; soliści piłkarscy (Lubański, Deyna, Lato, Boniek) i siatkarscy (Wójtowicz, Gościniak, Skorek, Winiarski) wyróżniali się w stopniu wystarczającym do tego, aby mianować ich liderami zespołów, lecz do rangi bohaterów narodowych nie urośli. Szansę na to ma Bartosz Kurek, którego już teraz nieliczni eksperci okrzykują najwspanialszym siatkarzem swojego pokolenia, lecz od bezrefleksyjnego wychwalania reprezentacyjnego przyjmującego jesteśmy jeszcze daleko.
Wywalczając finał Wimbledonu i wskakując co najmniej na drugie miejsce w kobiecym rankingu, Radwańska wspięła się na cokół wszystkich kryteriów, które decydują o ubóstwianiu sportowców. Tenis jest jedną z najbardziej znamienitych dyscyplin, uprawianą niemal na całym świecie, a jej wimbledoński rezultat jawi się jako opus magnum dla większości zawodników. Awans do finału zapewnił Polce 3 mln złotych – więcej niż czołowi rodzimi piłkarze potrafią zarobić w ciągu półrocza. I wreszcie w mediach chętniej mówi się o dokonaniu krakowianki niż o Grzegorzu Lacie, który obwieścił, że chce być szefem polskiej piłki przez kolejne cztery lata. Wygranej w plebiscycie „Przeglądu Sportowego” może być niemal pewna.
A jeśli jakimś cudownym sposobem ogra w finale Serenę Williams, najwybitniejszą tenisistkę dekady, dysponującą miażdżącą przewagą fizyczną, osiągnie jeszcze więcej. Zdaje się, że więcej niż ktokolwiek wcześniej.


