Janowicz: niech eksperci włożą spodenki
Z Jerzym Janowiczem rozmawia Jakub Ciastoń („Gazeta Wyborcza”), Łódź
Po pana kłótni z sędziami podczas Australian Open John McEnroe napisał na Twitterze: „Podoba mi się charakter tego chłopaka, kogoś mi przypomina…”.
– John też był wybuchowy i impulsywny, rzeczywiście jestem trochę do niego podobny. Fajnie to słyszeć, choć wolałbym, żeby pochwalił mój tenis, a nie charakter. Opinie są różne, niektórym moje wybuchy się nie podobają. Nikogo nie obraziłem, nie skrzywdziłem, trochę sobie pokrzyczałem. Pracuję nad tym, żeby takich sytuacji było mniej.
Dużo kar zapłacił pan za awantury na korcie?
– Nie, dwa razy do roku to maks. Mam zasady i nie denerwuję się byle czym, tylko jak ewidentnie sędzia mnie krzywdzi albo rywal gra nieczysto.
Rywal?
– Na przykład Radek Sztepanek potrafi przechodząc podczas zmiany stron rzucić coś niemiłego, tak żeby sędzia nie słyszał. Próbuje wytrącić z równowagi, ale mnie to nie rusza. Co najwyżej gram jeszcze lepiej, mam dodatkowego „kopa”.
Innych tenisistów ceni pan za styl czy za charakter?
– Nie mam idoli, nie wzoruję się na nikim. Za styl lubiłem Pete’a Samprasa, a za charakter Marata Safina. Lubię oglądać Rogera Federera, ale tęsknię za Rafaelem Nadalem.
Dlaczego?
– Bo nie ma w nim sztuczności. Na korcie Rafa zachowuje się tak, jak w życiu.
A kto jest sztuczny?
– Novak Dżoković popisuje się, „aktorzy”. Z kolei Federer jest gościem, który chce być ponad wszystko i trudno poczuć, że jest jednym z nas. Gdy tenisiści z niższych miejsc rankingowych protestowali, bo organizatorzy Wielkich Szlemów płacą nam ledwie 14 proc. tego, co zarabiają, to Nadal, Murray i Dżoković byli po naszej stronie, choć są milionerami, a Federer powiedział, że według niego „jest okej”.
Rekord prędkości pana serwisu to 251 km/godz. Do poprawy?
– To zależy od kilku czynników. Piłki muszą być szybkie, odpowiednia wilgotność powietrza, temperatura… Z moim trenerem od przygotowania fizycznego Piotrem Grabią pracujemy ciągle nad serwisem. O kilka km/godz. da się jeszcze poprawić, ale bicie rekordu nie jest moim celem. Chcę się piąć w górę rankingu, wygrywać turnieje.
Jest pan 25. na świecie. Czego brakuje do Top 10?
– Czasu. Spokoju. Trzeba ciężko trenować. Federer nie wygrał 17 Szlemów za ładne oczy, ale dlatego, że ciężko pracuje.
Eksperci mówią, że potrzeba panu więcej regularności, cierpliwości…
– Nie słucham ekspertów. Niech lepiej założą spodenki, wezmą dziecko i wyszkolą je na korcie. Wtedy pokażą, co potrafią. Przecież to takie „proste”!
Federer narzeka, że tenis staje się wolniejszy, trawa na Wimbledonie premiuje dziś defensywnych graczy. To uderza też w pana?
– Potrafię grać na każdej nawierzchni. W poprzednim sezonie pierwsze challengery wygrałem na kortach ziemnych. Ale rzeczywiście tenis zwalnia. Nie tylko korty; piłki też kiedyś były twardsze, szybsze, wytrzymalsze, a rakiety trwalsze. Kiedyś w jednych butach mogłem grać dwa miesiące, a teraz jedna para niszczy się po dwóch meczach.
Dlaczego tak się dzieje?
– Pogoń za kasą. Produkuje się mniej trwałe rzeczy, żeby ludzie musieli częściej je zmieniać.
Czego brakuje, żeby tenis w Polsce był mocniejszy?
– W ogóle nie jesteśmy mentalnie przygotowani do wyczynowego sportu. Pieniędzy też nie ma wcale. Pamiętam, jak jeździłem za granicę na juniorskie turnieje, to najzdolniejsi rywale mieli wokół siebie sztab ludzi, a ja jednego trenera, który zresztą za moje pieniądze pojechał. W Krakowie, gdzie trenuje Agnieszka Radwańska, nie ma kortu twardego. To jest cyrk jakiś. Jak o tym myślę, to ciarki mi przechodzą. Dziwi mnie tylko, że potem ludzie, widząc jak nędzny jest nasz sport, oczekują od nas nie wiem jakich wyników.
Cele na ten sezon?
– Nie złapać kontuzji, a jak da radę, utrzymać się w Top 30.



