Kamil Majchrzak: Trenuje się po to, żeby być najlepszym
Kamil Majchrzak w meczu z Litwą zadebiutował w daviscupowej reprezentacji Polski. W Płocku utalentowany 19-latek znalazł też czas, aby z nami porozmawiać.
Michał Jaśniewicz: Debiutuje pan w roli reprezentanta Polski w Pucharze Davisa. Jakie to uczucie?
Kamil Majchrzak: Czuję się niesamowicie. To dla mnie wielkie przeżycie być w tej „wielkiej” czwórce, a nie tylko w roli sparingpartnera.
Debiutancki mecz nie należał do najbardziej udanych. Trema?
– Taki występ to marzenie każdego młodego tenisisty. Dostałem szansę, za co dziękuję. Chciałem ten mecz wygrać. Nie miało to znaczenia dla drużyny, ale miało dla mnie. Tremy nie było. Dobrze prezentowałem się na treningach, byłem gotowy do gry nawet przy stanie 2-2.
Sparingpartnerem był już pan w 2013 roku przed meczem z Australią. Czy taki tydzień spędzony z kadrą procentuje w dalszych występach?
– Puchar Davisa to świetna sprawa. Szczególnie dla tych młodych, wchodzących do zawodowego tenisa, ale również i dla tych bardziej doświadczonych, mających za sobą liczne występy na szczeblu ATP. Zjeżdżają się w jedno miejsce najlepsi tenisiści w kraju i nie po to, aby rywalizować, ale żeby stanowić jedną drużynę. Tacy młodzi zawodnicy jak ja czy Hubert Hurkacz mają możliwość przez tydzień potrenować z najlepszymi tenisistami w kraju, wręcz z czołowymi na świecie, na przykład z Jerzym Janowiczem i Łukaszem Kubotem. Dzięki temu zdobywamy bardzo wiele doświadczenia i ogrywamy na zupełnie innej piłce. Każdy trening, czy sparing daje nam bardzo wiele.
Problemów z aklimatyzacją w drużynie nie było?
– Żadnych. Chłopcy przywitali nas wspaniale.
Jak postrzega pan rozgrywki Pucharu Davisa? Będzie to istotny punkt w pana kalendarzu startowym?
– Puchar Davisa to ogromny prestiż, możliwość reprezentowania kraju. O ile piłkarze muszą cztery lata czekać na mistrzostwa świata, o tyle my mamy każdego roku przywilej reprezentowania kraju. Jest to świetne uczucie i jeżeli otrzymam powołanie, to zawsze będę się stawiał.
Jak ocenia pan perspektywy naszej drużyny w najbliższych latach w Pucharze Davisa?
– Obecnie naszym najmocniejszym ogniwem, motorem napędowym, jest Jurek. Wielokrotnie pokazywał, jak wielki ma potencjał i jeżeli tylko będzie w stu procentach gotowy fizycznie, to na pierwszej rakiecie może wygrać z każdym. Mamy też znakomitych deblistów – Marcin, Mariusz i Łukasz to klasa światowa. Drugie rakiety też są mocne – Łukasz, Michał, teraz pojawią się też nowi, jak ja czy Hubert. Reprezentacja Polski ma bardzo duży potencjał, żeby wejść do Grupy Światowej. Mamy zarówno doświadczonych tenisistów, jak i młodych, co stwarza perspektywy na przyszłość.
Patrząc na pana karierę, można odnieść wrażenie, że gra w barwach narodowych jest dodatkowym bodźcem. Przykładem są chociażby zeszłoroczne igrzyska olimpijskiej młodzieży w Nankinie, gdzie sięgnął pan po złoto w singlu i brąz w deblu.
– Generalnie rodzaj rozgrywek nie ma wpływu na moją grę. Z drugiej strony w tego typu rozgrywkach ma się świadomość, że walczy się nie tylko o zwycięstwo dla siebie, ale wygrywa dla Polski.
Czy występ na prawdziwych igrzyskach też jest gdzieś na horyzoncie?
– Na pewno chciałbym na nich wystąpić. Ja ogólnie bardzo lubię zawody, w których nie gram tylko dla siebie, ale z dumą reprezentuję kraj. To świetne uczucie. Na Rio może być jeszcze trudno się załapać, ale na kolejne igrzyska – kto wie. Jeżeli ranking pozwoli, to zdecydowanie chciałbym zagrać.
Rok temu zakończył pan rozgrywki na szczeblu juniorskim. Jest jakiś niedosyt z tego okresu kariery?
– Najwyżej w rankingu juniorskim byłem na siódmym miejscu. Gdybym chciał postawić na granie w większej liczbie turniejów i piąć się w rankingu, to zdecydowanie było to osiągalne. Nie czułem jednak takiej potrzeby. Rok temu grałem już tylko w najważniejszych turniejach juniorskich, coraz bardziej koncentrując się na startach seniorskich. W Australian Open osiągnąłem ćwierćfinał, niestety przed Roland Garros złapałem kontuzję i nie byłem gotowy, żeby pograć na mojej ulubionej nawierzchni. To był dla mnie niedosyt. Na Wimbledonie przegrałem z późniejszym zwycięzcą, chociaż miałem w tym spotkaniu sporo szans.
Nie zapominajmy o deblowym triumfie w US Open w 2013 roku.
– W deblu to oczywiście mój największy sukces. Gra podwójna to jednak nie moja specjalność.
Jest pan na początkowym etapie zawodowej kariery. Te pierwsze kroki nie są łatwe, szczególnie w męskim tenisie.
– Seniorskie starty zacząłem dwa lata temu, ale regularne występy mają miejsce dopiero od zeszłego sezonu. Rozegrałem w nim trzynaście turniejów i na koniec 2014 roku byłem 436. w rankingu ATP. Dosyć szybko więc się przebiłem i jestem rozstawiany w „futuresach” oraz łapię się do eliminacji challengerów. Kolejny krok nie jest łatwy. Challengery to zupełnie inny poziom i trzeba nabyć cennego doświadczenia, rozgrywać jak najwięcej spotkań z wyżej notowanymi rywalami, jednak z optymizmem patrzę w przyszłość. Kilkukrotnie zdołałem już ograć tenisistów z drugiej czy trzeciej setki rankingu. Dwukrotnie grałem z zawodnikami z czołowej setki i nie czułem przepaści.
Na pewno pomaga coraz więcej turniejów ITF oraz challengerów rozgrywanych w Polsce. Jak panu gra się przed rodzimą publicznością? Nie każdy sobie z tym radzi.
– Lubię grać przed własną publicznością. Czuje się wówczas ten doping, kibice napędzają do lepszej gry. Ja na pewno nie mam z tym problemów. Im więcej challengerów, tym lepiej dla przyszłości polskiego tenisa. A może kiedyś też turniej ATP Tour…
Jak ocenia pan kondycję polskiego tenisa?
– Zdecydowanie się rozwija, idziemy do przodu. Z jednej strony są doświadczeni Łukasz, Michał, Jerzyk. Do tego jest fala młodych, jak ja, Hubert Hurkacz, Jasiu Zieliński, Piotrek Matuszewski, Kacper Żuk czy Wojtek Marek. Oni w różnych kategoriach wiekowych w Europie i na świecie osiągają świetne wyniki. Podobnie jest z dziewczynami. Mamy świetnie zapowiadającą się Wiktorię Kulik, jest Magda Fręch oraz oczywiście Kasia Piter, Magda Linette, Paula Kania, które także wciąż są młode i mają sporo czasu na osiąganie dobrych wyników. Nie trzeba nawet wspominać o siostrach Radwańskich. Tak więc polski tenis mocno stoi i z optymizmem można spoglądać w przyszłość.
Jakie są pana tenisowe wzory?
– Moja gra jest oparta na defensywie, tak jak Novaka Dżokovicia. On jest po prostu perfekcyjny w obronie, świetnie porusza się po korcie i skutecznie kontratakuje. Staram się go podpatrywać i dążyć do takiej szybkości oraz perfekcji. Drugi taki wzór to David Ferrer, który jest rzemieślnikiem nie do zniszczenia. Ma puca z żelaza. Też chciałbym mieć takie.
Na przygotowanie fizycznie nie możne pan narzekać.
– Kondycyjnie czuję się naprawdę mocny. O to się więc nie martwię. Nie wiem tylko, jak to będzie na dystansie pięciosetowym, ponieważ jeszcze nie miałem okazji zagrać takiego meczu. Każdą trzysetówkę jestem w stanie wytrzymać bez problemów.
Ogląda pan tenis „na żywo” lub w telewizji?
– Rzadko; tylko wtedy, gdy pozwala mi na to czas. Lubię sobie popatrzeć, jak grają ci najlepsi, zobaczyć, co odgrywa największą rolę, kto jak gra. Może kiedyś przyda się ta wiedza.
Dużą wagę przykłada pan do opracowania taktyki przed meczem?
– Do każdego rywala trzeba dobrać inną taktykę. Nie ma na świecie dwóch osób, które grają dokładnie tak samo. Każdy gra z inną siłą i rotacją, ma inne wady oraz zalety. Tak więc na każdy mecz potrzebna jest inna taktyka. Trzeba być na tyle wszechstronnym, żeby móc obraną taktykę wcielać w życie.
Bywa, że puszczają panu nerwy w trakcie spotkania. Czy strona mentalna jest czymś, nad czy jeszcze trzeba popracować?
– Nad głową należy pracować cały czas. Trzeba znaleźć złoty środek, pozwalający zachować spokój. Czasami jednak trzeba się rozładować, gdyż nie można tłumić emocji. Każdy jest człowiekiem, nie ma ludzi-cyborgów. Nawet jak ktoś okazuje nerwy na zewnątrz, to jeszcze o niczym nie świadczy. Ważne, żeby był spokój wewnętrzny, i aby nie ulegać tremie.
Jakie są pana najsłabsze i najmocniejsze strony?
– Generalnie moim największym atutem jest żelazna cierpliwość oraz gra w defensywie i z kontry, a także poruszanie się po korcie. Muszę natomiast zdecydowanie jeszcze poprawić grę w ataku oraz serwis. Cały czas pracujemy nad tym z trenerem i systematycznie idę do przodu.
A co z grą przy siatce?
– Warunki nie pozwalają mi zbyt często atakować, ale gdy jest okazja, to staram się też chodzić do przodu. Może nie zawsze mi to jeszcze wychodzi. Nad tym też staramy się pracować.
Jakie cele na ten rok?
– Jednym z celów jest zdać maturę.
Jak wiadomo, nie jest to takie łatwe zadanie.
– Dam radę!
Z czego pan zdaje?
– Podstawową matematykę i język polski, a także podstawowy i rozszerzony język angielski.
Wróćmy do tych celów sportowych.
– Celem na pewno jest zdobycie skalpu w postaci zwycięstwa nad tenisistą z czołowej setki świata. Oczywiście chciałbym także przesuwać się w rankingu – jeżeli skończę sezon z „dwójką” z przodu, to będę bardzo zadowolony, a jeżeli będzie „trójka”, to również ok.
A jakie ambicje na całą karierę?
– Zdecydowanie być pierwszym na świecie. Trenuje się po to, żeby być najlepszym.
Czyli „jedynka” ważniejsza od wielkoszlemowego tytułu?
– Chyba jednak wolałbym być numerem jeden. Według mnie, aby ktoś miał zostać liderem rankingu, to i tak musi ten wielkoszlemowy tytuł zdobyć. Tak więc jedno z drugim się wiąże.
Jak udaje się panu łączyć karierę sportową z życiem osobistym i edukacją?
– Znajomi są w tej chwili rozrzuceni są po całym świecie. Jeżeli mam czas wolny, to spotykam się z kolegami, oczywiście także z dziewczynami. Uczę się w Sopockiej Akademii Tenisowej na zasadzie e-learningu. Dostaję od nauczycieli materiały, opracowuję je i odsyłam również mejlem. Kilka razy w semestrze jadę też do Sopot, zaliczyć ten materiał.
W Sopocie na co dzień jednak pan nie trenuje.
– Dom i rodzinę mam w Piotrkowie Trybunalskim. W tej chwili mieszkam już jednak głównie w Łodzi, gdzie trenuję na kortach MKT. Tam moim trenerem jest Kuba Ulczyński, a przygotowaniem fizycznym zajmuje się Piotrek Grabia. Jak jest tylko okazja i „Jerzyk” chce ze mną potrenować, to oczywiście korzystam. Daje mi to bardzo dużo. Grywam też z innymi zawodnikami z MKT Łódź.
Wspomniał pan, że najlepiej czuje się na kortach ziemnych.
– W tej chwili najwięcej turniejów ATP rozgrywanych jest na kortach twardych, więc docelowo chciałbym, aby to była moja nawierzchnia numer jeden. Na dziś jest to jednak mączka, gdyż w Piotrkowie Trybunalskim była tylko taka nawierzchnia i praktycznie się na niej wychowałem. Tak więc automatycznie mój tenis najbardziej pasuje pod korty ziemne. Ostatnie kilka miesięcy spędziłem jednak na betonie i z każdym kolejnym występem czuję się na nim coraz pewniej.
A korty trawiaste?
– Też mi się na nich przyjemnie gra.
Kariera juniorska, jak i początki w zawodowym tourze, to kosztowna sprawa. Czy ma pan jakieś na wsparcie?
– W tej chwili zdecydowanie mogę liczyć na pomoc Polskiego Związku Tenisowego. Wspierali mnie przez całą karierę juniorską, jak i teraz finansując różnego rodzaju wyjazdy. Mam też umowę z Siemensem. Wcześniej miałem stypendium z Piotrkowa Trybunalskiego. Odżywki i izotoniki dostarcza mi z kolei firma Agisco. Tak więc wszystko jest ok.
Angażuje się pan w tenis w rodzinnym mieście, np. poprzez organizację czy promocję turniejów?
– Na razie nie jestem taką gwiazdą, żeby robić turnieje swojego imienia. W przyszłości na pewno chciałbym się zaangażować i to robić. Mój młodszy brat ma dziesięć lat i trenuje w Piotrkowie. Dobrze się zapowiada. Na pewno będę pilnował, żeby jemu też niczego nie brakowało.
Życie tenisisty to życie na walizkach. Pasuje to panu?
– Oczywiście. Zdążyłem się już do tego przyzwyczaić. Od kilku lat jestem non-stop na wyjazdach. W domu praktycznie nie siedzę.
Kiedy były ostatnie wakacje?
– We wrześniu ubiegłego roku.


