Kania: nie uważam się za starą tenisistkę

Michał Jaśniewicz , foto: Artur Rolak

Michał Jaśniewicz

Rozmowa z Paulą Kanią przeprowadzona podczas turnieju WTA w Katowicach.

Tomasz Krasoń: Rozgrywki WTA w końcu wróciły do Polski. Jak ocenia Pani turniej w Katowicach?
Paula Kania: Wydaje mi się, że w początkowej fazie mógłby być trochę lepiej zorganizowany. Korty treningowe powinny powstać nieco wcześniej. Wiem, że to trudne zadanie, ale dużo zawodniczek przyjechało do Katowic z wyprzedzeniem i każda chciałaby potrenować na turniejowej nawierzchni. Pierwszy kort był gotowy dopiero w piątek, w dniu, w którym odbywała się weryfikacja uczestniczek turnieju – to trochę późno. Cała reszta była w porządku, organizacyjnie bez zarzutu. Trochę problemów pojawiło się przy akredytacjach dla członków rodziny, ale w końcu i tę sprawę udało się rozwiązać. Ogólnie turniej na plus.

Jak wyglądała sprawa dzikiej karty? Spekulowano, że jest Pani faworytką do jej otrzymania. Tak się jednak nie stało. Czuje Pani zawód?
Tak, oczywiście. To bardzo duże rozczarowanie. Wiadomo, że dopóki nie ma się stu procentowanej pewności, to nie należy się łudzić, ale wszyscy przypuszczali, że jestem drugą osobą w kolejce po dziką kartę. Wydawało mi się, że zasłużyłam na nią swoimi wynikami. Okazało się jednak, że nie wszyscy tak uważali.. To duży zawód, szczególnie, że turniej odbywał się na Śląsku, a ja stąd właśnie pochodzę. Sandra Zaniewska zasłużyła na dziką kartę, ale ja po cichu liczyłam na drugą.

Ale trzeba było grać w eliminacjach. Jak podsumowałaby Pani te dwa mecze?
Z Renatą Voracovą dwukrotnie już przegrywałam. Wychodziłam na kort bez presji, bo wiedziałam, że to niewygodna rywalka. Z pozoru jej gra wygląda ślamazarnie, ale jej zagrania są płaskie, ma duże doświadczenie i dobrze serwuje. Nie gra się z nią łatwo. Było trochę nerwów, ale po konsultacjach z trenerem w drugim secie znalazłam na nią sposób.

Następny mecz z Peer był słaby w moim wykonaniu. Shahar zagrała równo, na swoim poziomie przez całe spotkanie. Mnie niestety zabrakło spokoju – wychodziły mi super uderzenia, a po chwili popełniałam proste błędy. Mówi się trudno – zabrakło niewiele, gdybym zagrała chociaż ciut lepiej, wynik mógłby być inny.

Obecność na trybunach znajomych i rodziny pomagała Pani czy może była deprymująca?
Oczywiście, że pomagała! Zawsze jeżdżę na turnieje sama, a tutaj, gdy miałam za sobą taką wspaniałą publiczność, to czułam się niesamowicie. Należy tylko dziękować, że jest szansa gry przed swoimi kibicami. Zwłaszcza, że doping stał na wysokim poziomie.

W jakiej roli chciałaby Pani zagrać w Katowicach za rok?
Na pewno nie chciałabym się prosić o dziką kartą. Mam nadzieję, że mój ranking będzie na tyle wysoki, aby spokojnie zagrać w turnieju głównym.

W deblu wystąpiła Pani w parze z Sandrą Zaniewską. Czy w przeszłości często grałyście po jednej stronie siatki?
Gdy byłyśmy małe, tworzyłyśmy team „Kaniek i Zaniek”. Do lat 14 grałyśmy cały czas razem, wyróżniało nas nieco szalone zachowanie na korcie. Później współpraca się urwała, każda z nas poszła w swoją stronę i nasze drogi się rozeszły. W Katowicach zdecydowałyśmy, że warto zapytać o dziką kartą i po 6 latach przerwy znów zagrałyśmy razem.

Czy planuje Pani kolejne starty deblowe z Poliną Pechową? Razem wygrałyście turniej WTA w Taszkiencie.
Cały czas jesteśmy w kontakcie. Nawet planowałyśmy wspólny start w Katowicach, ale Polina miała zobowiązania wobec klubu i kraju, przez co musiała zostać na Białorusi. Mam nadzieję, że w niedługiej przyszłości uda nam się stworzyć stałą parę i zagrać wspólnie w większej liczbie turniejów.

Czy istnieje szansa, że Paula Kania zostanie kiedyś specjalistką od gry podwójnej?
Biorę pod uwagę taką opcję. Różnie przecież bywa – zdarzają się kontuzję, może mi się nie udać w singlu. W deblu zawsze byłam o krok do przodu, dlatego zawsze go gram. Ale w tej chwili wydaje mi się, że zawsze będę próbować walczyć w grze pojedynczej.

Na początku sezonu wybrała się Pani na turnieje do Ameryki Południowej i Meksyku? Co wpłynęło na taką decyzją?
Kalendarz ITF o tej porze roku jest bardzo ubogi. Dziewczyny, tak samo ja, szukają więc turniejów WTA. Od początku sezonu niewiele mi brakuje – małe auty, przegrane trzysetówki. Wydaje mi się jednak, że jestem na dobrej drodze. W końcu musi wszystko zaskoczyć i szczęście będzie mi sprzyjać.

Kolejne starty również planuje Pani w eliminacjach WTA?
Teraz wybieram się do Maroka na eliminacje turnieju WTA, później może jakaś „dwudziestka piątką” w Niemczech i mam nadzieję, że eliminacje Roland Garros.

Pani obecny ranking (w dniu rozmowy Paula Kania była 214. w rankingu WTA – przyp. red.) balansuje na granicy awansu do turnieju eliminacyjnego.
Dokładnie, dlatego szukamy teraz punktów. Jeśli się nie uda, to trudno, w Wimbledonie nie powinno już być problemów (śmiech).

Wbrew początkowym zapowiedziom nie znalazła się Pani w składzie polskiej reprezentacji na mecz Pucharu Federacji z Belgią. Tę decyzję podjęła Pani czy Tomasz Wiktorowski?
To była moja decyzja. Powiedziałam Tomkowi, że zależy mi na zbieraniu punktów przed eliminacjami Roland Garros. Oczywiście gra w barwach kraju to zupełnie coś innego – szczególne emocje, satysfakcja. Ale szanse, że zagrałabym jakikolwiek mecz w Belgii i tak były niewielkie.

Głośno było o Pani problemach z brakiem sponsorów. Czy aktualnie ktoś Pani pomaga?
Cały czas szukam sponsora, a jest to niestety coraz trudniejsze. Nie uważam się za starą tenisistkę, ale niektórzy uważają, ze jeżeli w wieku 18 lat nie jest się w pierwszej setce, to powinno się kończyć karierę. Chciałabym mieć po prostu czystą głową – wybierać turnieje, w których chcę grać, jeździć na nie z trenerem i skupiać się tylko na grze. Koniec z końcem wiążę, ale marzę o tym, aby moje decyzje zależały tylko od względów sportowych, a nie ekonomicznych.

Gdzie i z kim Pani obecnie trenuje?
Moim trenerem tenisowym jest Michał Piękoś, a przygotowaniem fizycznym zajmuje się Jacek Świat. Trenuję w Górniku Bytom, który zapewnia mi naprawdę dobre warunki do przygotowań i wydaje mi się, że zmiana klubu była właściwą decyzją.

Jak wygląda Pani typowy dzień treningowy?
Średnio gram w tenisa przez 4 godziny dziennie. Do tego dochodzi trening ogólnorozwojowy, dzięki któremu ostatnio zrobiłam postępy. Ciągle nadrabiam zaległości z wcześniejszych etapów kariery i wierzę, że systematyczność i ciężka praca, mogą dać sukces.

Z Paulą Kanią rozmawiał Tomasz Krasoń