Kibice wściekli na Dżokovicia. A gdyby tak stanąć w jego obronie…

, foto: AFP

Ignorant, idiota, bezmózg, no i oczywiście foliarz. Imię: Novak. Nazwisko: Dżoković. Nie wiadomo jednak, jak długo będzie można używać pełnej formy nazwiska, bo kibice oskarżają i skazują w trybie natychmiastowym.

Na kibicowskiej wolności Dżoković był po raz ostatni pod koniec lutego. Wtedy wygrał turniej w Dubaju i nikt nie wypowiadał o nim epitetów przytoczonych na wstępie. A co do tego, że idiotą czy bezmózgiem nie zostaje się w trzy i pół miesiąca, nikogo przekonywać nie trzeba. Na takie miana pracuje się dłużej, często sumiennie przez całe życie. Albo zapracowuje się takimi tekstami jak ten. Niezależnie czy będziecie przytakiwać, czy stawiać znak równości między głupotą moją a głupotą Dżokovicia, miejcie na uwadze, że jest to opinia niżej podpisanego, a nie całego Tenisklubu. W redakcji zdania są podzielone.

Podpałka

Ustaliliśmy już, że ignorant Dżoković jeszcze w lutym ignorantem nie był. Co takiego się zatem wydarzyło? Po pierwsze, Serb miał wiele okazji do wypowiedzenia się na tematy, na które lubi się wypowiadać, a niewielu lubi go słuchać. Bo o ile nikt nie miałby do Dżokovicia pretensji, gdyby udzielał porad dotyczących bekhendu i forhendu, o tyle porady dotyczące szczepionek są przez wielu niemile widziane. – Jako jeden z najbardziej lojalnych kibiców Novaka chciałbym mieć możliwość przybliżenia mu znaczenia i ogromnego wkładu szczepień ochronnych w zdrowie ludzkości. Niestety jest już za późno, swoimi słowami wywołał nieporozumienie i nic z tym nie można zrobić – powiedział serbski epidemiolog Predrag Kon.

Trudno się z profesorem nie zgodzić. W przeciwieństwie do Dżokovicia nie powiedział nic kontrowersyjnego. Rzeczywiście szczepionki przydawały się w przeszłości (i najprawdopodobniej w przyszłości też będą przydatne) i rzeczywiście Dżoković wywołał poruszenie. Choć wśród czytających na pewno są wirusolodzy, którzy zdobyli ten tytuł na przyspieszonym kursie przed tv przez ostatnie trzy miesiące, w dalszej części skupimy się na Dżokoviciu, a nie historii szczepień. Serb szczepić się nie chce – w związku z tym ogromna grupa kibiców błędnie założyła, że na pewno już nigdy na nic się nie zaszczepi. Tak jakby sami nigdy nie zrobili nic wbrew własnej woli. Pędzili 200 km/h po drodze ekspresowej, rozkoszując się wiatrem we włosach i jednocześnie doskonale wiedząc, że jest to zabronione. A kiedy mijali policjantów, jeszcze dociskali pedał gazu. No nie, nie oszukujmy się. W tym kluczowym momencie, grożącym zabraniem prawa jazdy / utratą możliwości uczestnictwa w turniejach, niemal wszyscy się podporządkują. Dżoković też, choć może to być kolejne z błędnych założeń.

– Podobnie jak cała reszta świata, jestem trochę zdezorientowany. Pomimo dostępu do wielu informacji i źródeł mam mnóstwo wątpliwości co do tego, co najlepszego moglibyśmy w tej sytuacji zrobić – mówił Dżoković. Nie brzmi to jak zdanie najbardziej radykalnego antyszczepionkowca. Z drugiej strony Nole nie ukrywał, do której opcji mu bliżej i musiał wiedzieć, że jest to opcja niepopularna. Mimo to powiedział, co myślał, a następnie zrobił, co uważał za stosowne, czyli zorganizował Adria Tour.

Naiwność czy potrzebny eksperyment?

Dżoković wyczuł, że do wspomnianego, kluczowego momentu zostało dużo czasu i postanowił zagrać wielu osobom na nosie. Zorganizował więc cykl turniejów, a może po prostu jedną wielką imprezę. Do meczów dochodziło w weekendy, ale w środku tygodnia też dużo się działo. Najważniejsza była dobra zabawa zawodników i tysięcy kibiców. Przypominane jest nagranie z jednej z imprez, na którym Dżoković tańczy do piosenki ,,A little party never killed nobody”. Jeśli kibice chcący ze wściekłości ukrzyżować Serba wykażą się poczuciem humoru, to właśnie ta piosenka powinna przygrywać na pogrzebie.

Kiedy zaczynałem pisać ten tekst zakażony był tylko Dimitrow. W trakcie pracy okazało się, że również Borna Czorić i Marco Panichi (osoba odpowiedzialna za przygotowanie kondycyjne Dżokovicia) pozytywnie przeszli test na obecność koronawirusa. Pozostaje pytanie, co z osobami, które nie ogłoszą swojego wyniku całemu światu za pomocą mediów społecznościowych. Mowa tu o sędziach liniowych, obsłudze turnieju, a przede wszystkim kibicach. To oni są w post-pandemicznej układance najważniejszym, a może też niepasującym elementem.

Od początku maja rozegrano już wiele turniejów, w których udział wymienionych grup był zakazany lub ograniczony. Nie dochodziły z nich niepokojące sygnały. Najwięcej będzie się jednak dyskutować o tym jednym, który na koronawirusa założył pelerynę niewidkę znaną z Harry’ego Pottera. To co sprawdzało się w świecie magii, okazało się nieskuteczne w rzeczywistości. Niby oczywistość, ale czy nie warto było powiedzieć: sprawdzam?

Może to naiwność i igranie z ludzkim zdrowiem, a może tylko nieudany eksperyment. Może ktoś pokroju Novaka Dżokovicia był potrzebny, żeby uzyskać pełen obraz sytuacji. Wyobraźcie sobie, co by się stało, gdyby cykl Adria Tour zakończył się sukcesem i wszyscy zdrowi rozjechaliby się do własnych krajów i domów. Serb chciał być jak Henry Fonda w filmie Dwunastu gniewnych ludzi. Chciał pokazać, że można inaczej i że większość nie zawsze ma rację. Dziś wiemy, że się pomylił, ale czy tylko on jest winny zaistniałej sytuacji?

Winny jest tylko jeden. Dżoković.

W pewnych okolicznościach wyjątkowo głupia i oklepana jest formuła, że organizator imprezy bierze odpowiedzialność za uczestników. W przypadku Adria Tour wygląda to tak, jakby Dimitrow, Zverev czy Czorić byli przedszkolakami, a tatuś Novak nakazał im naśladować siebie. Czy Dimitrow i Czorić nie wiedzieli na co się piszą? Nikt im nie proponował występu, tylko Dżoković zadzwonił z ofertą? Nie słyszeli wcześniej o koronawirusie i związanych z nim zagrożeniach? A może akceptowali wszystkie wymysły Dżokovicia i równie ochoczo podśpiewywali ,,A little party never killed nobody”…

Przy okazji tego obarczania winą organizatorów, co swoją drogą jest bardzo wygodne, przypomniał mi się wywiad, jakiego kilka dni temu udzielił RMF FM autor słynnego już ,,menelowe plus”, czyli Stanisław Żółtek. – Jeśli dzisiaj zdecyduje się nie ubezpieczać w ZUS-ie ani KRUS-ie, a za 30 lat nie będę miał pracy i nie będę miał z czego żyć, to rozumiem, że będę sam sobie winien – napoczął wątek dziennikarz. – Jeśli pan przeje i przepije, to pańska sprawa – odpowiedział polityk. – A czyja to będzie sprawa za 30 lat? – Na pewno nie moja ani państwa. Od tego są instytucje dobroczynne – przedstawił swój pogląd Żółtek. Dziennikarz wyraźnie nie był usatysfakcjonowany i stwierdził, że jego to nie przekonuje.

Dimitrow i Czorić właśnie ,,przejedli i przepili” swoje zdrowie, a głos dziennikarza stał się głosem większości tenisowych kibiców. Sami sobie winni? Nic z tych rzeczy. W końcu ktoś im na to pozwolił. Mało tego, pewnie nawet zachęcał do takiego rozwiązania. Nie oczekujmy od 23-letniego Borny i 29-letniego Grigora, że przewidzą zagrożenie. Ukrzyżujmy Dżokovicia.

Jak potężna nie byłaby pozycja Dżokovicia w świecie tenisa, sam nie jest w stanie zorganizować turnieju. Chciałbym móc napisać, że to oczywiste, ale niestety wielu może się zdziwić. Do zorganizowania turnieju, który nazywa się Adria Tour, potrzebował jeszcze kilkunastu tenisistów (w tym kilku ze znanymi nazwiskami), którzy z nim zagrają i pobawią się pomiędzy meczami oraz kilku tysięcy kibiców, którzy zapewnią dodatkowy rozgłos. Wszystko po to, żeby granie na nosie w Belgradzie czy Zadarze było dobrze słyszane nawet w Nowym Jorku. Współpracownicy dopisali, ale uniknęli odpowiedzialności.

Dżoković naraził wiele osób na niebezpieczeństwo, ale ten sam Dżoković nie jest winny temu, że to niebezpieczeństwo się ziściło. Trzeba te dwie rzeczy wyraźnie rozgraniczyć.

Jeszcze w piątek spotykałem się z opiniami, wyrażającymi szacunek dla Dżokovicia. Jak pięknie idzie pod prąd. Jak w przyjemny sposób pozwala ludziom zapomnieć o zmartwieniach z ostatnich miesięcy i daje im radość. Niepokorność i brawura były nagradzane szeregiem komplementów. W niedzielny wieczór przestały stanowić usprawiedliwienie dla zagrożenia i stały się argumentami przemawiającymi za głupotą. Tu jednak muszę sprecyzować, że część kibiców od samego początku narzekała na tłumy kibiców na trybunach. Tej grupie eksperyment od początku się nie podobał i oczywiście nie ma w tym nic złego. Wręcz przeciwnie, jest to chyba oznaka wyższości rozsądku nad nieodpowiedzialnym dążeniem do własnych oczekiwań. Dżoković stanął jednak po drugiej stronie barykady i dzięki jego nieudanej próbie łatwiej będzie ustalić ścieżkę, jaką światowy tenis powinien podążać przez najbliższe miesiące.

Paradoksalnie, właśnie ze względu na taki efekt, przeprowadzony w taki a nie inny sposób cykl Adria Tour, był wydarzeniem potrzebnym. Dżokoviciowi nie udało się odegrać roli Henry’ego Fondy do końca, z zaplanowanym na koniec sukcesem, ale głowy w piasek nie powinien chować. Tym bardziej nie powinna ona zawisnąć na szubienicy.

Szymon Adamski