Krok po kroku. Rozmowa z Hubertem Hurkaczem

, foto: AFP

Ostatnie miesiące były niezwykle wymagające dla tenisistów pod względem utrzymywania formy i motywacji. Hubert Hurkacz opowiada m.in. za czym tęsknił najbardziej podczas pandemii, a także o współpracy z Craigiem Boyntonem i dążeniu do perfekcji. 

 

Z Hubertem Hurkaczem rozmawia Natalia Kupsik. 

Trafiła się jedna z nieczęstych okazji, by odwiedzić rodzinny Wrocław. Wróciłeś tutaj stęskniony?

– Na pewno tak. Sporo czasu spędziłem na Florydzie, byłem tam przez kilka miesięcy, więc powrót do Wrocławia był dla mnie mega fajny. Cieszę się, że tu jestem.

Zawodowy tenis wymusza długą rozłąkę z najbliższymi. Doskwiera ci ona czasami czy jesteś raczej typem samotnego wilka?

– Nie. Dla mnie to ważne, że mogę wrócić i spotkać się z rodziną. Będąc tenisistą, większą część roku spędza się za granicą, cały czas w podróży, ale teraz nagle sytuacja zrobiła się na tyle nietypowa, że kilka miesięcy przesiedziałem w jednym miejscu. To było coś zupełnie innego.

Tenis uczy działania w pojedynkę. Czy dzięki temu coraz lepiej rozumiesz samego siebie?

– Kiedy stajesz do rywalizacji na korcie, bardzo ważne jest to, jak radzisz sobie ze swoimi emocjami. Funkcjonowanie w takich warunkach na pewno sprawia, że człowiek staje się bardziej świadomy.

Czy rosnąca popularność sprawia ci radość, czy zaczyna męczyć?

– To naturalne, że kiedy zaczynasz osiągać dobre rezultaty, wygrywasz kilka ważnych meczów, stajesz się bardziej popularny. Na pewno to miłe, gdy ludzie ci kibicują, mówią o tobie miłe słowa albo nawet uda ci się kogoś czymś zainspirować.

Rodzice zaszczepili w tobie miłość do tenisa, a mama osiągała nawet sukcesy na poziomie krajowym. Czy czułeś się dzięki temu, jakbyś miał tenis we krwi?

– Przykład mamy bardzo mi pomagał, pozwalał jeszcze mocniej wierzyć w siebie. Pamiętałem o nim i robiłem, co w mojej mocy, by pewnego dnia osiągnąć jeszcze więcej. Ostatni raz grałem z mamą chyba kilkanaście lat temu, ale na pewno bardzo przyczyniła się do tego, gdzie dziś jestem.

Teraz twoim drugim domem stały się Stany Zjednoczone. Czy zyskujesz dzięki temu lepsze perspektywy rozwoju?

– Mam tam naprawdę świetne warunki. Zwłaszcza w Saddlebrook, gdzie sporo trenowałem. To tam przebywa też mój trener. Dobrze się tam czuję i zawsze znajdę kilku zawodników, z którymi mogę pograć. Treningom sprzyja też pogoda, która jest wymagająca. Jest bardzo ciepło, temperatura odczuwalna wynosi tam teraz codziennie około 40 stopni. Jeżeli jest się gotowym na grę w takich warunkach, to praktycznie w każdych się jest.

Twoje życie zawsze było trochę inne niż rówieśników. Jak wspominasz lata szkolne?

– Od piątej klasy miałem indywidualny tok nauczania. Sporo czasu poświęcałem na treningi, więc nie mogłem chodzić na wszystkie zajęcia. Później uczyłem się już zdalnie i tak też zdawałem egzaminy. Nigdy nie mogłem spędzać czasu tak, jak inni znajomi, ale też mnie do tego nie ciągnęło.

Czy nigdy nie było momentu, gdy pomyślałeś, że może to wcale nie tenis jest twoją drogą?

– Nie. Oczywiście zdarzały się słabsze momenty, ale starałem się zawsze pozytywnie przez nie przebrnąć. Na dłuższą metę pomagały mi one.

Co sprawia, że tak dobrze dogadujesz się z Craigiem Boyntonem?

– Mamy chyba trochę podobne charaktery. Przede wszystkim Craig stara się jednak zrozumieć moje podejście i mnie jako człowieka. Nie oczekuje, że to ja zaadaptuję się do jego wizji.

Boynton powiedział kiedyś, że wszyscy jego zawodnicy są jak odciski palców – każdy ze swoją specyfiką, która wymaga indywidualnego podejścia. Rzeczywiście czujesz się w ten sposób traktowany?

– Craig zawsze bardzo indywidualnie traktuje swoich zawodników. Tak samo podchodził do tych, z którymi współpracował wcześniej. Wydaje mi się, że to go wyróżnia. Każdy zawodnik trenuje trochę inaczej i czego innego potrzebuje przed meczami i po meczach.

Czy zdarza się, że sam jesteś dla siebie bardziej surowy i wymagający niż trener?

–  Ja jestem dla siebie bardzo surowy, ale Craig także wiele ode mnie wymaga.

Co najbardziej w nim cenisz?

–  Przede wszystkim to, jakim jest człowiekiem. To, że jest bardzo ambitny i niesamowicie przykłada się do tego, co robi. Stara się cały czas coś poprawiać, abyśmy wspólnie osiągali jeszcze lepsze rezultaty.

Trzeba być perfekcjonistą, żeby w sporcie osiągać najwyższe cele?

– Perfekcji nigdy się nie osiągnie, ale trzeba do niej dążyć. Tylko zbliżanie się do niej pomaga w coraz lepszej grze i osiąganiu coraz lepszych rezultatów.

Nigdy nie paraliżowało cię takie podejście?

– Na początku trochę tak. Myślałem wtedy ciągle o tym, by znaleźć się wyżej niż byłem. Dopiero potem zrozumiałem, że trzeba zaakceptować miejsce, w którym się teraz znajdujesz. Dać sobie trochę czasu na rozwój. Przestać ciągle myśleć, że chciałoby się osiągać jeszcze lepsze wyniki. Czasami po prostu potrzeba czasu, żeby się ułożyło.

Dla wielu początkujących polskich zawodników stałeś się inspiracją, a nawet wzorem. To duża odpowiedzialność?

– Próbuję pokazywać dobre rzeczy, które robię i nieustannie poprawiać swoją grę. Nie zawsze mi to wychodzi, ale myślę, że dążenie do bycia jeszcze lepszym zawodnikiem i człowiekiem jest ważne. Zdarza się, że w Polsce ktoś daje mi do zrozumienia, że się mną w pewien sposób inspiruje. To bardzo miłe. Staram się wtedy zawsze powiedzieć takiej osobie kilka pozytywnych słów.

Czy pomyślałeś, że twój czas jest blisko, gdy rok temu Dominic Thiem podczas Miami Open ze łzami w oczach opuszczał kort?

– Pokonanie kilku dobrych zawodników dodaje zawsze dużo pewności siebie i pokazuje, że jest się w stanie rywalizować na najwyższym poziomie. Wykonanie tego kroku było dla mnie na pewno ważne. Pozwoliło mi wierzyć, że w przyszłości uda mi się zrobić jeszcze większe.

Jak zmienił się twój tryb życia, gdy było już jasne, że przez kilka miesięcy nie będziesz mógł grać o stawkę?

– To było coś zupełnie innego. Cztery miesiące spędziłem na Florydzie. Pewnym pozytywem było to, że mieliśmy czas, żeby na spokojnie popracować nad kilkoma elementami. Zniknęło myślenie, że mamy na przykład tylko trzy dni, bo za chwilę jedziemy na kolejny turniej. Czas przestał nas gonić. Mam nadzieję, że takiej okazji już więcej w życiu nie będę miał (śmiech), ale myślę, że na dłuższą metę pomoże mi to w grze.

Za czym podczas przymusowego urlopu stęskniłeś się najbardziej?

– Za rywalizacją. Uwielbiam ją. Wyjazdy, granie na turniejach. Naprawdę mi tego brakuje.

Wielu zawodnikom od lat funkcjonującym w treningowo-meczowym reżimie bardzo trudno było psychicznie odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Czułeś się w tym czasie trochę rozbity?

– Kiedy przebywałem w Saddlebrook Academy, nie sądziłem, że spędzę tam aż cztery miesiące. To wszystko rozstrzygało się stopniowo. Po miesiącu przerwy okazywało się, że czeka nas kolejny. Dzięki temu tak mocno tej zmiany nie odczułem.

Czy nie obawiasz się o swoją formę po wznowieniu rozgrywek?

– Nie. Patrząc przez pryzmat tego, ile trenowałem i nad czym pracowaliśmy, powinienem być w dobrej formie. Niekoniecznie musi to przełożyć się na rezultaty w pierwszych turniejach, ale myślę, że w przyszłości pozytywnie wpłynie to na moją grę.

Niektórzy twierdzą, że skutki pandemii mogą doprowadzić nawet do przetasowania sił w ATP. Myślisz, że taki scenariusz jest realny?

– Być może pojawi się kilku nowych zawodników, a niektórzy będą grali trochę słabiej, ale myślę, że ci najbardziej doświadczeni, od lat występujący w tourze, nie będą mieli problemów z wejściem na wysoki poziom.

Niedługo czeka cię amerykańskie tournee, a pandemia w Stanach Zjednoczonych nadal sieje spustoszenie. Myślisz, że odbędą się zaplanowane turnieje?

– Mam nadzieję, że tak. Komunikuję się z trenerem oraz z innymi zawodnikami i wydaje się, że plany są takie, żeby te turnieje się odbyły. Jesteśmy więc pozytywnie do tego nastawieni i liczymy na to, że tam zagramy.

Jakie będziesz miał oczekiwania, jeśli te starty dojdą do skutku?

– Przede wszystkim będę chciał jak najlepiej grać i zobaczyć, co ten okres mi dał. To będzie powrót do rywalizacji po długiej przerwie, ale liczymy, że wszystko będzie się odbywało.

Niektórzy zawodnicy obawiają się ryzyka związanego z długimi podróżami. Dopuszczasz do siebie myśl o wycofaniu się ze względów bezpieczeństwa z któregoś z turniejów?

– Zdecydowanie nie. Jestem sportowcem, dbam o siebie, o swoje zdrowie, o żywienie. To daje mi dużo większe szanse bycia zdrowym. Jeśli więc o to chodzi, to się nie obawiam i nie widzę tutaj ryzyka.

Mówimy o przyszłości, która na razie gra z nami w pokera. Może spójrzmy jeszcze na chwilę wstecz. Jakie jest twoje najpiękniejsze tenisowe wspomnienie?

– Mam dużo fajnych wspomnień z tego, jak grałem w Indian Wells. Bardzo budujące było też oczywiście zdobycie w Winston-Salem pierwszego tytułu. Teraz mam ambicje, żeby wygrać trochę większe turnieje, ale cieszę się, że krok po kroku udawało mi się osiągać coraz lepsze rezultaty.

Po Winston-Salem na US Open przyszło rok temu zmęczenie?

– To był pierwszy wygrany turniej. Nie miałem wcześniej takiej sytuacji. Psychicznie nie wiedzieliśmy wtedy jeszcze z trenerem, jak do tego podjeść. Teraz mamy już to doświadczenie i na pewno lepiej byśmy się przygotowali wiedząc to, co teraz wiemy.

Jaki jest teraz twój najważniejszy cel?

– Turniejowo trudno to określić, bo nie wiadomo jak się wszystko potoczy, ale na pewno poprawa mojej gry. Jeśli go zrealizuję, kiedy wszystko już wróci do normy, będę miał większe szanse na wygrywanie turniejów.

Jak zmienił się Hubert Hurkacz w ostatnich dwóch latach?

– Jestem na korcie trochę spokojniejszy i bardziej świadomy tego, co się na nim dzieje. Potrafię lepiej rozumieć grę. Myślę, że w tym elemencie bardzo się poprawiłem. Craig bardzo mi w tym pomógł, ale jest jeszcze sporo do poprawy i do nauczenia się.