Kroniki kortowe: zaklinacz piłek

Andrzej Fąfara , foto: AFP

Andrzej Fąfara

Dyskusje, kto był najlepszym tenisistą w historii, będą trwały do końca świata. Powiedzmy sobie szczerze, że wybór tego jednego jedynego gracza staje się z biegiem lat, w miarę pojawiania się kolejnych wybitnych postaci, coraz trudniejszy, ale to nie znaczy, że trzeba rezygnować z zabawy.

Tekst Andrzej Fąfara 

Mocnym kandydatem na liście pretendentów zawsze będzie Bill Tilden, wielki mistrz okresu międzywojennego. Urodził się w 1893 roku w Filadelfii, w zamożnej rodzinie, ale jego młodość trudno uznać za szczęśliwą. Gdy miał 18 lat, stracił matkę. Od tej pory mieszkał z ciotką, starą panną. Cztery lata później pochował ojca i starszego brata Herberta. Nieszczęścia wpędziły go w ciężką depresję, z której wyszedł dzięki tenisowi.

Zima w Newport
Grał od piątego roku życia, ale nie można go nazywać cudownym dzieckiem. Studiując w college’u William Tatem Tilden II nie mieścił się w składzie uczelnianej drużyny. Miał słaby bekhend, co bezlitośnie wykorzystywali rywale. Startował w turniejach w USA i Kanadzie, odnosił drobne sukcesy, nic jednak nie wskazywało na to, że ten wysoki chłopak (190 cm wzrostu) będzie kiedyś najlepszym tenisistą świata.
Przyszedł moment, w którym Bill postanowił coś zrobić ze swoim tenisem. Podjął tę decyzję dość późno, bo w wieku 26 lat. Pod koniec 1919 roku przeniósł się do Newport, gdzie w hali przez całą zimę doskonalił bekhend. Wiosną 1920 roku na amerykańskich kortach pojawił się zupełnie inny Tilden. Wszechstronny, już bez słabych punktów. I od razu odniósł wielki sukces – wygrał mistrzostwa USA (turniej znany dziś jako US Open), pokonując w finale Williama Johnsona w pięciu setach.

Od tamtej pory już rzadko ponosił porażki, zwłaszcza w Ameryce. Wspomniane mistrzostwa USA wygrał sześć razy z rzędu. Został pierwszym Amerykaninem, który odniósł zwycięstwo na Wimbledonie. Najpierw zdobył Londyn w przełomowym dla siebie 1920 roku, powtarzając sukces rok później. Potem przez lata nie pojawiał się z rozmaitych powodów na londyńskich trawnikach. Pożegnał się z Wimbledonem zwycięstwem w 1930 roku, odniesionym pod koniec amatorskiej kariery. Miał 37 lat, gdy postanowił w bardziej wymierny sposób wykorzystać swój talent. Od 1931 roku świat podziwiał już go jako zawodowca.

Jak grał Bill Tilden, który podczas amatorskiej kariery wygrał aż 138 turniejów spośród 192, w których startował? „Zdawał się być czarodziejem zaklinającym piłkę i kierunek jej lotu”, pisał o nim jeden z wielkich rywali, Rene Lacoste. Mimo wysokiego wzrostu poruszał się po korcie z lekkością baletmistrza. Wszystkie uderzenia wykonywał z ogromną łatwością i nawet jeśli nie zdołał odbić jakiejś piłki, publiczność odnosiła wrażenie, że gdyby chciał, to by to zrobił. „Nawet pokonany pozostawał dla widzów graczem lepszym niż zwycięzca”, wspominał Francuz.
Akerykanina zapamiętano jako zawodnika, który potrafi przegrywać. Nigdy nie szukał łatwych wymówek, zawsze chwalił zwycięskiego rywala. Choć, bądźmy szczerzy, zbyt często nie miał ku temu okazji. Statystycy obliczyli, że zwyciężył w aż 907 spośród 969 meczów, które rozegrał.

Certyfikat wielkości
Jako zawodowiec nadal budził podziw i przyciągał tysiące ludzi na trybuny, choć musiał się mierzyć ze znacznie młodszymi rywalami. Byli nimi między innymi Don Budge, Bobby Riggs i Fred Parker, wielokrotni zwycięzcy turniejów wielkoszlemowych. A Tilden nawet po czterdziestce potrafił z nimi wygrywać.

Wspomniany Bobby Riggs tak oto wspomina mecz z Tildenem rozegrany jesienią 1946 roku: „Zdobyłem właśnie tytuł mistrza świata zawodowców i byłem u szczytu sportowej kariery. W ćwierćfinale turnieju zmierzyłem się z Tildenem. Po dwóch setach było 1:1, w trzecim prowadził 5:2, ale widać było po nim pierwsze oznaki zmęczenia. Wygrałem swój serwis i było 5:3. Teraz Tilden ruszył do ataku przy siatce, był jednak wyczerpany i nie był w stanie po moich lobach wracać na koniec kortu. Mecz ten wygrałem, ale proszę wziąć pod uwagę, że ja byłem w szczytowej formie, a on miał 53 lata! Jeśli tak grał w tym wieku, to jak musiał grać, mając dwadzieścia parę lat? Muszę stwierdzić, że był on największym tenisistą wszystkich czasów. Wielkimi byli Cochet, Vines, Perry, Budge, ale Tilden był największy”.
Mimo upływu czasu „Big Bill” wciąż dobrze się trzymał, co dla ludzi, którzy go dobrze znali, było zadziwiające. Tilden wprawdzie nie pił nigdy alkoholu, ale był za to namiętnym palaczem. Nie stosował sportowej diety, jadł zawsze to, na co miał ochotę. Dzień bez olbrzymiego steka z ziemniakami uważał za stracony…

Szkoda, że tak niewiele wiadomo o krótkim pobycie Tildena w Polsce. Czy został poczęstowany schabowym z kapustą? Amerykanin przyjechał do Warszawy w 1933 roku, już jako zawodowiec. Rozegrał pokazowy mecz z najlepszym wówczas polskim tenisistą, Ignacym Tłoczyńskim. Polak musiał otrzymać specjalne pozwolenie na grę z profesjonalistą. Urwał Tildenowi seta, co uznano za ogromny sukces. Zaplanowany na następny dzień drugi występ Amerykanina został odwołany. Gość otrzymał wiadomość o chorobie kogoś bliskiego i w pośpiechu opuścił Warszawę.

Tilden dużo podróżował po świecie, ale po sezonie zawsze wracał do ciotki, tej samej starej panny, z którą zamieszkał po stracie matki. Dzięki pieniądzom zarabianym na korcie był bez wątpienia człowiekiem bardzo zamożnym. Wszystko jednak przepuszczał na Broadwayu, gdzie wystawiał swoje sztuki, w których grywał główne role. Miał artystyczną duszę i ciągnęło go do artystów. Przyjaźnił się między innymi z Charliem Chaplinem, któremu udzielał przez pewien czas lekcji tenisa. Słynny aktor uważał, że ćwiczenia z rakietą procentują później na planie filmowym.

Została tylko sława…
Życie prywatne Tildena trudno nazwać typowym, skoro wielki mistrz tenisa aż przez 30 lat mieszkał ze starą ciotką i nigdy nie założył rodziny. Bliscy mu ludzie wiedzieli, z czego to wynika, ale publiczność specjalnie się tym nie interesowała. To nie był jeszcze czas tabloidów, które dziś zaglądają do łóżek gwiazd sportu i rozrywki.

Sprawa po raz pierwszy wyszła na jaw w 1946 roku, kiedy tenisista został przyłapany na Bulwarze Zachodzącego Słońca w Beverly Hills na uprawianiu seksu w samochodzie z 14-letnim chłopcem. Sąd skazał go na rok więzienia, z czego Tilden odsiedział siedem i pół miesiąca. Sytuacja powtórzyła się dwa lata później, tym razem ofiarą tenisisty był 16-latek. Mimo recydywy wydano niższy wyrok – 10 miesięcy. Pomogli przyjaciele artyści, z Chaplinem na czele. Dla jasności: powodem obu kar nie był homoseksualizm Tildena, lecz młody wiek partnerów.
Po pięćdziesiątce Tilden wciąż sporadycznie grywał w turniejach. Żył głównie z udzielania lekcji bogatym amatorom tenisa. Oszczędności nie miał, z pięciuset tysięcy dolarów, które zarobił jako zawodowiec (w tamtych czasach była to znaczna suma), nie zostało nic. Chcąc podreperować budżet, w 1953 roku postanowił wystartować w krajowych mistrzostwach zawodowców w Cleveland. Pożyczył od jednego ze swoich tenisowych uczniów 200 dolarów, by pokryć koszty wyjazdu. Nie zdążył wyruszyć w drogę – zmarł na atak serca w wieku 60 lat.
W 1959 roku Wielki Bill Tilden został wpisany do Tenisowej Galerii Sławy. Znajduje się ona w Newport – w tym samym miejscu, gdzie zimą 1919 roku 26-letni tenisista z Filadelfii ćwiczył pracowicie bekhend i wzniósł swoją grę w tenisa na niedostępne dla rywali wyżyny.