Krzysztof Rawa: wiara w Amerykę

Maciej Weber , foto:

Maciej Weber

 


O tym, że za Atlantykiem jest potęga tenisowa, w wieku pacholęcym wiedziałem bardzo niewiele. Czasy w Polsce były takie, że tenis (nie tylko amerykański) żył sobie cicho w cieniu innych ważnych dyscyplin, a jeśli już miał swoich zagranicznych bohaterów, to nazywali się zwykle Olga Morozowa, Aleksander Metreweli albo inżynier Jan Kodesz.


Felieton Krzysztofa Rawy


Wyniosłem z tamtych odległych lat pobieżne przekonanie, że najważniejszymi zawodami tenisowymi świata są mistrzostwa Europy amatorów, w których naszym szło średnio, za to tenisistom radzieckim świetnie. Z tej wiedzy nie robiłem żadnego użytku, bo i jak.
Pierwszy raz dotarło do mnie, że tam daleko coś może się jednak dzieje, gdy zobaczyłem u rodziny w kącie starą, ale elegancką i mało używaną drewnianą rakietę z białą główką i niepokojąco czerwonym napisem „Jack Kramer”. Na pytanie, kto to jest Kramer, nikt mi nie umiał udzielić odpowiedzi. Właściciel rakiety dostał ją w prezencie, internetu naprawdę wtedy nie było, więc zostawały książki, które wyjaśniły z grubsza, że to jakiś dawny amerykański tenisista, który z burżuazyjnej rozrywki zrobił rzecz jeszcze gorszą, mianowicie źródło utrzymania siebie i rodziny.
Ziarno ciekawości zostało jednak zasiane, tylko trzeba było czekać na lepsze możliwości poznania. Jak przyszła era Wojciecha Fibaka, szybko dowiedzieliśmy się znacznie więcej. Magiczne skróty WTC, ATP i WTA stały się nagle jasne, odróżnienie Forest Hills od Flushing Meadows oczywiste. Od Masters 1976 w Houston z Kirkiem Douglasem w pierwszym rzędzie widzów oraz Fibakiem i Orantesem na korcie, których telewizja państwowa pokazała na żywo, nawet nad Wisłą stało się jasne, że w Ameryce tenis musi być ważny jak cholera.
W życiu młodego człowieka nagle pojawiły się legendarne turnieje i postaci: Jimmy Connors, Vitas Gerulaitis, Roscoe Tanner, potem John McEnroe i inni amerykańscy gwiazdorzy, których naśladowanie stało się obowiązkiem. Nie chciało się już wierzyć, że to, co produkuje Ameryka, może być złe, choć było niesłuszne. Uwierzyłem w tę tenisową Amerykę. Nabyłem w czasie pierwszego wyjazdu na Zachód rakietę, którą grał Connors, kultowy model Wilsona T2000. Metalową, z małą okrągłą główką przedziwnie owiniętą drutem i rączką skrzypiącą przy każdym uderzeniu. Czysto trafić tym cudem w piłkę było trudno, ale skoro mistrz trafiał, i to jak!, to moje nieudolne próby wykazywały tylko, że nie mam odpowiedniego talentu.
Kiedy po nieudanych zmianach rakiety Connors szukał u kibiców swego starego T2000 (fabryka zaprzestała produkcji), długo zastanawiałem się, czy wysłać mu swój egzemplarz. Przekonywałem siebie, że takiego z ukruszonym w bojach kawałkiem rękojeści to nie wypada, ale tak naprawdę było mi szkoda rakiety-symbolu. Wyrzuty sumienia uspokoił po pewnym czasie fakt, że tenisista dostał tych rakiet ponoć ładnych parę tysięcy.
Tak, w tenisie amerykańskim widziałem rozmach i przygodę, doceniałem jego wielkość historyczną, technologiczne przewagi i bieżące sukcesy. Łatwo szło mi usprawiedliwianie amerykańskich porażek na Roland Garros. Sławy akademii tenisowej Nicka Bollettieriego nie zmniejszyły opowieści Wojciecha Kowalskiego, który, gdy wrócił z Bradenton, opowiadał nie o zapierających dech w piersiach treningowym odbijaniu piłek z gwiazdami, tylko o porannej zaprawie, setkach pompek, surowych warunkach bytowych i dyscyplinie pracy.
Nie stworzyła dystansu do amerykańskich metod szkolenia wiedza, że najsławniejsze tenisistki USA to wciąż dwie siostry, które zawiózł na kort ich ojciec, właściciel przedsiębiorstwa oczyszczania miasta, pan Richard Williams, i że uczył je z podręcznika kupionego w supermarkecie (na pewno był to podręcznik amerykański). Nie przekonywały opowieści nieżyjącego od czterech lat Walta Landersa, Polaka, który poprawiał kondycję Pete’owi Samprasowi i Andre Agassiemu oraz twierdził, że wszystko co dobre w tenisie amerykańskim Ameryka zawdzięcza przyjezdnym (tak grzecznie tego nie ujmował, ale sens był właśnie taki).
Walt podarował mi kiedyś zdjęcie, na którym jest on, narzeczona Samprasa, dziś pani Bridget Samprasowa, oraz Paul Annacone, trener. Wszyscy na pokładzie prywatnego odrzutowca wielkiego Pete’a. Przypomniałem sobie swoje dawne amerykańskie zauroczenie i dotarło do mnie, że nie ja jeden tak mam. Irracjonalna wiara w wielką tenisową Amerykę, jej metody i możliwości jest powszechna i wciąż zaraźliwa. Przypomniałem sobie zdjęcie od Walta, bo Paul Annacone został trenerem Rogera Federera, choć nic nie zrobił z formą brytyjskiego tenisa, a pracował dla tamtejszego związku od 2006 roku. Przypomniałem sobie także dlatego, że po raz pierwszy w historii rankingu ATP w pierwszej dziesiątce świata w sierpniu 2010 roku nie było Amerykanina…