Kwestionariusz Andrzeja Suprona

Maciej Weber , foto:

Maciej Weber

Opowiada Andrzej Supron 

Notowała Iga Czenskowska 

Czym jest dla pana tenis?
– W tej chwili to dla mnie bardzo sympatyczny temat, który jest w moim aktywnym życiu bardzo aktualny. Nie ukrywam, że przedłużam w ten sposób swoją sprawność fizyczną. Zapasy to piękna dyscyplina, ale w późniejszym wieku już trudna do uprawiania. Dlatego musiałem znaleźć coś, co będzie mi dawało satysfakcję, przyjemność, ale będzie też budziło emocje i tworzyło pole do rywalizacji. Tenis jest wręcz idealny do podtrzymania sprawności fizycznej w każdym wieku. Skupia fantastycznych ludzi: niezawistnych, na poziomie i bez kompleksów.

Pana znajomi też podzielają tę pasję?
– Jasne. Generalnie, kiedy wyjeżdżamy, zawsze dobieramy się taką paczką, żebyśmy mogli grać. Nawet sylwester jest tak zorganizowany, że robimy krótki turniej w starym roku, potem rozgrywki w nowym i na koniec rozdajemy sobie drobne nagrody. Na wczasach jest tenisowe szaleństwo; pamiętam, że w Kenii potrafiliśmy do dwunastej w nocy być na korcie. Tenis jest super.

Ale nie był konkurencją dla zapasów?
– No nie. Od najmłodszych lat byłem wojownikiem. Tenis wtedy był dla mnie z jednej strony czymś elitarnym, ale z drugiej strony zbyt lalusiowatym. To było takie dziecięce spojrzenie, ale potem zorientowałem się też, że do każdego sportu trzeba mieć warunki. Ja nie miałbym szans na korcie.

Od kiedy pan gra?
– Z tenisem zetknąłem się jeszcze podczas kariery zapaśniczej. Ale było to na tej zasadzie, że jeśli ktoś gdzieś zostawił rakietę, to z kolegami wpadaliśmy na kort i przez chwilę odbijaliśmy. Jestem samoukiem, więc wszystkie sukcesy ogromnie mnie cieszą.

Dużo ich pan ma?
– Większość trofeów, które stoją w moim klubie, to puchary zdobyte na korcie.

A jakie są pana pierwsze wspomnienia z kortu?
– Pamiętam, że było to bardzo trudne, a najtrudniejszy serwis. Trafienie w karo graniczyło praktycznie z cudem. Na szczęście nigdy nie brakowało mi szybkości. Biegałem po całym korcie, ale bardzo trudno było mi posłać piłkę tam, gdzie chciałem. Większość uderzeń było jednak dziełem przypadku. Dopiero gdy troszeczkę złapałem o co chodzi w tej grze, zaczęła mi sprawiać przyjemność. Poza tym super był ten element rywalizacji między kolegami. Bo nasze gry odbywały się na początku na zgrupowaniach. Zapaśnicy wbrew pozorom mają bardzo urozmaicony trening. U nas pracuje całe ciało, toteż pewne ćwiczenia, również na korcie, robimy z dużą łatwością.

W jaki sposób zapasy pomagają na korcie?
– Przede wszystkim przydaje się refleks, a poza tym nieustępliwość, koncentracja, szybkość, instynktowne zagrania, które wykorzystuję bezwzględnie w grze przy siatce.

Jakie widzi pan podobieństwa pomiędzy tenisem a zapasami?
– Kort to w pewnym sensie też arena. Naprzeciwko staje przeciwnik, którego trzeba pokonać.

A kogo chciałby pan pokonać?
– Najlepszego oczywiście – Federera. I myślę, że byłoby to możliwe, gdybyśmy… się umówili.

Z kim chciałby pan zagrać debla?
– Z kimś, kto dobrze serwuje, bo to jest szansa dla mnie. Bo generalnie innej szansy nie ma.

A z którą z zawodniczek chciałby pan zagrać miksta?

– Z każdą, ale najbardziej z Williams. Z jedną albo drugą, bo mają dobry serwis, a po mocnym serwisie łapię każdy return. Moglibyśmy stworzyć fajny duet. Po groźnym pierwszym podaniu, kiedy return nie jest najmocniejszy, jak szatan czekam przy siatce i kończę.

Której Polce pan kibicuje?

– Lubię wszystkie. Agnieszka Radwańska ma taką rączkę, którą może dużo zdziałać. Marta Domachowska ma natomiast bardzo mocne uderzenie. Tylko żeby jeszcze trafiała… W sportach walki psychika jest bardzo ważna. Mogą wygrać ci z gorszą techniką, ale mocniejszą głową.

Jako „profesor zapasów” może pan mianować „Profesora tenisa”. Kto najbardziej zasługuje na taką nominację?
– Federer. Pozostali zawodnicy to rzemieślnicy, nawet bardzo dobrzy rzemieślnicy, ale on to wirtuoz. Oglądałem go, kiedy dopiero zaczynał i już wtedy bardzo mi się podobał. Jego zagrania tworzą widowisko, można zachwycać się techniką.

Czy może pan wytłumaczyć fanom tenisa, co to takiego jest biodro Suprona?

– W każdej dyscyplinie jest tzw. technika szkoleniowa, ale z upływem czasu każdy zawodnik nabiera specyficznego ułożenia ciała, typowego dla siebie. W tenisie też to widać. Na przykład Henin i jej bekhend. Biodro Suprona polega na tym, że dzięki bardzo ruchliwym barkom wchodziłem głęboko pod rękę przeciwnika, sprawiałem wrażenie, że już mnie przechwycił i za chwilę mnie położy, a ja wtedy mogłem po prostu wybić go z biodra.

Co jest pana biodrem na korcie? Jakie ma pan autorskie uderzenia?

– Czasami jestem szybszy od piłki. Przebiegnę, a jeszcze zostawiam rakietę za głową i stamtąd jakoś piłkę wyjmuję. Nazywają to nawet uderzeniem Suprona albo czasami, kiedy ktoś zrobi podobną sztuczkę, mówią: „O, w Suprona lecisz”.  

Którym uderzeniem najczęściej pogrąża pan rywali?

– Wolejem. Mówią, że mam zwierzęcy instynkt i potrafię wszystko wyczuć przy siatce. Uwielbiam też wszystkie techniczne zagrania. Lubię, kiedy uda mi się jakiś lob, dropszot. Zawsze podkreślam, że nie gram na siłę, bo to, że jestem silny, wszyscy wiedzą.

A co jest pana piętą achillesową?
– W singla, paradoksalnie, brakuje mi szybkości. Mam dużą masę mięśniową. Jestem więc szybki w zasięgu ręki, ale gorzej dobiegam do piłki. Poza tym mój największy błąd polega na tym, że na korcie zachowuję się jak totalny amator. Poodbijam kilka minut i mówię: „Dobra, gramy” i rezygnuję z rozgrzewki.


Andrzej Supron

Urodził się 22 października 1952 r. w Warszawie.
Jeden z najwybitniejszych zawodników w historii polskich zapasów. Był wicemistrzem olimpijskim (1980), mistrzem świata (1979) oraz Europy (1975 i 1982).
Jest kawalerem Krzyża Oficerskiego Orderu Odrodzenia Polski.