Leszek Malinowski: Wschód – zachód
Felieton Leszka Malinowskiego z cyklu Tenis (przy)ziemny
Z radością stwierdzam, że naszym kraju zaczyna funkcjonować rynek usług tenisowych. Mam na myśli obiekty przeznaczone do gry w tenisa amatorskiego. Pamiętam, kiedy przed trzydziestu paru laty wraz z kolegą odkryliśmy zasypany liśćmi asfaltowy kort na zapleczu klubu garnizonowego. Wysprzątaliśmy go, powiesiliśmy starą, porwaną siatkę do siatkówki z dziurami większymi od piłki. Zainwestowaliśmy w „supernowoczesne” rakiety Polonez, odbijające piłkę za każdym razem inaczej, i w ten sposób zafundowaliśmy sobie pierwszą przygodę z tenisem. Oczywiście do czasu, kiedy jakiś kapitan nie wyszedł z piwem na zaplecze i przegonił nas stamtąd.
Podczas jednej z tras z kabaretem Koń Polski, gdzie jak niektórzy wiedzą udaję wredną babę, w jednym z miast na południu kraju wraz z naszym muzykiem postanowiliśmy rozejrzeć się za kortami. Jeżdżąc od lat po kraju wiemy, że korty i boiska mieszczą się zwykle w pobliżu rzeki, bo tam rajcy miejscy znajdowali zwykle najwięcej płaskiego i zielonego terenu. Jadąc „na nosa” w kierunku centrum zauważyliśmy tabliczkę z napisem „Kort – już otwarte”. Po strzałkach trafiliśmy na prywatną posesję, na której wybudowano kort. Przy korcie stało jeszcze sporo narzędzi i, jak się po chwili okazało, mieliśmy być jednymi z pierwszych klientów nowego biznesu. Właściciel przejęty opowiadał, jak to postanowił ulokować trochę gotówki i wpadł na taki pomysł.
No cóż, rozejrzeliśmy się i grzecznie zapytaliśmy: – Ile za godzinę?
– Czterdzieści.
– Ile? – pytam jeszcze raz.
– Bo wiecie panowie, to jest tylko jeden kort, sporo zainwestowałem, później jakby dobrze szło… Popatrzcie na nawierzchnię. To mój znajomy inżynier wymyślił. Specjalny rodzaj kruszywa.
Byliśmy w tym dniu wyjątkowo głodni tenisa. Dobra, niech będzie te czterdzieści. Po chwili jednak stwierdziłem, że coś jest nie tak, bo słońce, które było całkiem nisko, „waliło” jednemu z grających prosto w oczy. Pytam: – Na jakiej osi jest usytuowany kort?
– Mniej więcej wschód–zachód, bo tak mam usytuowany ogródek.
Odpalam w miarę spokojnie: – Szanowny panie, jak wszyscy wiedzą, kort powinien być usytuowany na osi północ–południe.
Potem pytam jeszcze inwestora o nawierzchnię.
– Bo wie pan, tu niedaleko są kamieniołomy i mój znajomy wymyślił, żeby wykorzystać taki żwir… To wychodzi znacznie taniej niż za mączkę ceglaną.
Wybiegam na kort. Nogi grzęzną mi do kostek w drobnych kamykach. – No cóż – mówię – nie zarobi pan u nas czterdziestu złotych. Co więcej, obawiam się, że inwestycja może się nie zwrócić.
Właściciel posmutniał: – Tak czułem, że z tym żwirem to jakaś mina.
Żal gościa, bo wziął się za coś, o czym nie miał zielonego pojęcia. Parę przecznic dalej trafiliśmy na normalne korty. Piękny domek klubowy z szatnią, prysznicami. Kawiarenka z miłą obsługą z bardzo zimnymi napojami. Można nawet nabyć ostatni numer „Tenisklubu”. Czego więcej mężczyzna pod „pięćdziesiątkę” może chcieć? Rynek jest bezwzględny. I tak trzymać!



