Matkowski: atuty są po naszej stronie, trzeba to tylko wykorzystać
– Wakacje udane?
Tak. Tydzień po turnieju w Paryżu pojechaliśmy z żoną na Malediwy. Pierwszy raz tam byłem i bardzo mi się podobało. Mieszkaliśmy w fajnym ośrodku, spotkaliśmy też Djokovicia, który akurat przyjechał.
– Jak ocenia Pan miniony sezon?
Słabo. Nie da się ukryć, że mieliśmy kilka celów, których nie udało się zrealizować. Przede wszystkim Igrzyska Olimpijskie. Ale także w turniejach wielkoszlemowych ani razu nie osiągnęliśmy półfinału. Oczywiście minusem jest także brak awansu do turnieju Masters. Po dobrych występach na kortach ziemnych byliśmy jedną z par, która bez problemu powinna ten awans wywalczyć. Niestety, słaba końcówka sezonu – lato, US Open i występy w Azji – spowodowała, że zdobyliśmy mało punktów i wreszcie przegraliśmy decydujący mecz o wejście do ósemki. Zasłużenie nie awansowaliśmy, bo aby dostać się do tego turnieju, trzeba grać równo przez cały sezon, a my nie graliśmy równo.
– Wspomniał Pan o decydującym o awansie do Masters pojedynku z Maheshem Bhupathim i Rohanem Bopanną. Jak bolesna jest taka porażka w sytuacji, kiedy wszystko rozstrzyga jeden pojedynek?
Gdybyśmy walczyli o nasz pierwszy występ w turnieju mistrzów, to na pewno byłoby to bardzo bolesne, ale my graliśmy tam cztery ostatnie lata bez przerwy. Zagraliśmy dobre spotkanie. W ogóle nie potraktowaliśmy tego w ten sposób, że to był jeden mecz, który musimy wygrać. Wiedzieliśmy, że wcześniej przegraliśmy szansę na awans – w US Open, Szanghaju, Pekinie.
– Jak przebiegają przygotowania do nowego sezonu? Wprowadzali Panowie jakieś zmiany?
Tak, jest kilka zmian. Przede wszystkim Mariusz miał zabieg kolana. Rehabilitacja przebiega bardzo dobrze, ale wystąpi dopiero w Australian Open. W Sydney zagram z Juanem Sebastianem Cabalem. Będziemy mieli nowego trenera. Zmieniliśmy formę współpracy z Radkiem Szymanikiem, który nam bardzo pomógł przez te cztery lata. Teraz będziemy z nim pracować na miejscu i przy Pucharze Davisa, a my będziemy jeździli na zawody z Johnem de Jagerem, który jest też trenerem reprezentacji RPA w Pucharze Davisa.
– Skąd ta zmiana?
Potrzebowaliśmy nowego impulsu do naszej współpracy. Gramy z Mariuszem już dziewięć lat. Czuliśmy, że trzeba wprowadzić coś nowego, aby nie dopadła nas stagnacja. Uważam, że to dobry krok i zobaczymy, jak będzie.
– Jak wygląda Panów kalendarz na pierwsze miesiące?
Po Australian Open mamy pierwszą rundę Pucharu Davisa, a potem, jak co roku, zagramy w Rotterdamie, Dubaju i Miami.
– Za Panami pierwszy wielkoszlemowy finał, czekamy na pierwszy wielkoszlemowy triumf. Gdzie czują się Panowie najlepiej i w którym turnieju dają sobie największe szanse na sukces?
Tak naprawdę w każdym poza Wimbledonem. Wydawało się, że najlepiej nam idzie na kortach twardych, ale nasze wyniki z minionego sezonu z kortów ziemnych pokazały, że na tej nawierzchni też możemy z każdym wygrywać. Jeśli będziemy grali na 100% swoich możliwości i pomoże nam trochę szczęście, to sądzę, że w tych trzech turniejach jesteśmy w stanie to osiągnąć.
– Co jest przyczyną trawiastego fatum… ?
Chodzi o nawierzchnię. Piłka na trawie się dość nisko odbija, a my wolimy wyższy kozioł. Lepiej też gramy z tyłu kortu. Może przyczyna leży też trochę w naszej psychice. Cieszymy się, że będziemy trenować z de Jagerem, bo on zawsze dobrze grał na trawie, osiągnął półfinał Wimbledonu. Mamy nadzieję, że nam coś podpowie.
– Co jest najtrudniejszego w deblu, czego nie ma w singlu albo nie odgrywa tak ważnej roli w singlu?
Przede wszystkim zgranie. A oprócz tego bardzo ważny jest serwis i schematy gry.
– A jak przygotować się do pojedynku z tenisistami, którzy pierwszy raz występują razem i nic o nich Panowie nie wiedzą?
Większość rywali znamy i wiemy, jakie mają słabe punkty. Oczywiście, w deblu wygląda to trochę inaczej. Jeżeli gramy z taką parą w drugiej rundzie, to nasz trener ogląda pierwszy pojedynek i wyłapuje najważniejsze elementy. A jeżeli nie ma takiej możliwości, to musimy na korcie się zorientować, jak się sytuacja układa i co zrobić, żeby wygrać.
– Był Pan w wielkoszlemowym finale miksta. Jaki prestiż ma taki turniej w porównaniu z singlem albo deblem?
Może sam finał sukcesem nie jest, ale zwycięstwo już na pewno tak. W Polsce niewiele było takich osiągnięć, więc wygranie zarówno singla czy debla jak i miksta i tak jest dużym sukcesem. To w końcu turniej wielkoszlemowy. Mikst jest trochę traktowany jako turniej pocieszenia, ale gra się o duże pieniądze i zwycięstwo daje dużą satysfakcję.
– Jak ocenia Pan wprowadzone już dawno zmiany w deblu – brak przewag i super tiebreak?
Przyzwyczailiśmy się już. Na nas to dobrze podziałało, bo wtedy, kiedy wprowadzono te zmiany, my awansowaliśmy po raz pierwszy do turnieju Masters. Dodaje to trochę więcej niepewności, zdarza się więcej niespodzianek.
– Miał Pan okazję oglądać Jerzego Janowicza w Paryżu?
Tak, oglądałem.
– Jak Pan reagował na to, co robił Jerzyk z kolejnymi rywalami?
Czegoś takiego, że pokona Murraya, broniąc meczbola, a potem jeszcze wygra z Tipsareviciem i Simonem i dotrze do finału, na pewno się nie spodziewałem. Z drugiej strony nie było to jedno zwycięstwo, tylko kilka wygranych, które potwierdzały, że to, co się dzieje, nie jest przypadkiem.
– 2012 rok był bogaty w sukcesy dla polskiego tenisa. Czy sądzi Pan, że w kolejnych latach o takich wynikach będziemy mówili już nie w kontekście sensacji, a zaczniemy się powoli przyzwyczajać, że polski tenis to po prostu porządna marka?
Uważam, że tak. Nawet na naszym przykładzie można to zauważyć. Kiedy po raz pierwszy awansowaliśmy do turnieju Masters, była to sensacja, a potem pojawialiśmy się kilka lat z rzędu. Ludzie chcą więcej i dzisiaj też nikt nie pyta, kiedy na przykład Agnieszka dojdzie do półfinału turnieju wielkoszlemowego, a pyta, kiedy go wygra. Teraz i od Jurka wszyscy będą wymagać więcej, ale taki jest tenis.
– Przed Panami kolejna walka o Grupę Światową Pucharu Davisa. Patrząc na ostatnie wyniki, chciałoby się powiedzieć: jak nie teraz, to kiedy?
Zdecydowanie. Po pierwsze, mamy teraz najlepszą drużynę. Bardzo dobrze spisują się singliści, my też prezentujemy dobry poziom. Ponadto gramy u siebie. Najpierw ze Słowenią, a potem, jeśli wygramy, to z RPA. Ale o RPA na razie nie myślimy, bo nie zagramy z nimi, jeśli nie pokonamy Słowenii. Jednak to my wybieramy nawierzchnię, gramy przed własną publicznością, więc atuty mamy po swojej stronie. Trzeba to tylko wykorzystać.
Rozmawiał Mateusz Grabarczyk.



