Matkowski: życie pokaże, co się wydarzy

Antoni Cichy , foto: AFP

Antoni Cichy

Marcin Matkowski na sportową emeryturę na razie się nie wybiera. Chce jeszcze wygrać turniej wielkoszlemowy i zdobyć medal olimpijski. Popularny „Matka” o grze z Nenadem Zimonjiciem, marzeniach, planach i Pucharze Davisa.

Z Marcinem Matkowskim rozmawia Antoni Cichy

Jak doszło do tego, że postanowiliście zagrać razem z Nenadem Zimonjiciem? Plan awaryjny na wypadek, gdyby nie wyszło z Robertem Lindstedtem?
Nie, nie miałem żadnego planu awaryjnego. Zacząłem grać z Robertem od Australii. Pierwszy turniej w Brisbane – nie poszło nam. W Zagrzebiu na małym turnieju także, choć wydawało się, że powinno być dużo lepiej. Nasza współpraca poza kortem układała się bardzo dobrze, ale już na korcie nie iskrzyło. Powiem szczerze, występując z nowym partnerem, od razu czuje się, czy jest chemia czy nie. Z Robertem zacząłem grać, bo rok temu podczas wspólnego występu w Cincinnati doszliśmy do ćwierćfinału. Wydawało mi się, że to dobrze funkcjonuje, ale jest różnica, kiedy gra się z kimś z doskoku, a kiedy tworzy się parę na stałe.

Kiedy pojawiły się wątpliwości?
Po rozgrywkach w Zagrzebiu pojechaliśmy do Rotterdamu. Nie grając za dobrze, odpadliśmy w pierwszej rundzie po meczu z duetem Tecau/Rojer. Wyświetlił mi się wtedy znak zapytania: czy to idzie w dobrym kierunku? Nastawiałem się z Robertem, że gramy do Miami. Gdyby wciąż nie szło nam dobrze, zamierzałem zaproponować zmianę partnerów. Przyspieszyłem ten ruch o dwa turnieje.

A kiedy pojawił się temat Nenada?
Właśnie po Rotterdamie zadzwonił do mnie Nenad i zapytał, czy byłbym zainteresowany wspólnymi występami. Grał wtedy z Qureshim i także szukał nowych rozwiązań. Nie byłbym zainteresowany, gdyby współpraca z Lindstedtem przynosiła dobre rezultaty, ale tak się nie działo. Powiedziałem: pewnie, ale chciałbym najpierw porozmawiać z Robertem. Skontaktowaliśmy się telefonicznie. Podjęcie decyzji o rozstaniu ułatwił też fakt, że w Indian Wells nie dostalibyśmy się do turnieju. Nenad użył jednego ważnego argumentu: w perspektywie Mastersa lepiej wystąpić wspólnie na dwóch dużych turniejach, niż czekać i dopiero potem zmienić partnera. Punkty, które zdobyliśmy w Miami i Indian Wells, gdzie doszliśmy do półfinału, być może pomogą zakwalifikować się do Mistrzostw ATP.

Mówi pan o Mastersie. To chyba oznacza, że planujecie pograć razem trochę dłużej.
Na pewno wystąpimy razem na kortach trawiastych. Dobrze nam idzie. W Madrycie najsłabiej zagraliśmy w finale, ale cieszy to, że dwukrotnie uciekaliśmy spod noża, walczyliśmy do samego końca w każdym z dwóch tie breaków. Przegraliśmy tytuł o centymetry, a tak naprawdę nie powinno dojść do sytuacji, w której mogliśmy zwyciężyć. Sami sprawiliśmy, że niewiele brakowało do wygranej. Nenad to bardzo doświadczony zawodnik. Powiedział mi po tym meczu, że taki powrót jest dużo ważniejszy niż wygrana. Zgadzam się z nim – najważniejsza jest walka. To, że chce ze mną grać, jest bardzo przyjemne. Uzyskujemy dobre wyniki. Nie wygraliśmy wprawdzie żądnego turnieju, ale było blisko.

Zmieniacie co jakiś czas partnerów. Trzeba przejść przyspieszony kurs przyjaźni?
Tu nie chodzi nawet o przyjaźń. Szczerze mówiąc, podchodzimy do tego jak do typowego biznesu, jak do zawodu. Każdy z nas wie, co ma robić na korcie, żeby dobrze grać. Nenad jest w tym biznesie od kilkudziesięciu lat, ja przynajmniej od kilkunastu. Znamy nasze mocne i słabe strony. Potrzeba kogoś, kto z boku potrafi zwrócić uwagę – tak jak Nenad. Korzysta z doświadczenia i czasem mi podpowiada. Ważne, żeby tego nie brać do siebie, tylko potraktować jako wskazówkę, która może pomóc. W końcu mamy wspólny cel: chcemy wygrać.

W sporcie krąży maksyma „rozszyfrować przeciwnika”. Czy w deblu da się jeszcze rozpracować jakiegoś rywala? Po tylu latach musicie się znać jak łyse konie.
Oczywiście, wiemy mniej więcej, jak kto gra, jakie lub zagrania. Tak naprawdę w ostatecznym rozrachunku decyduje, kto lepiej wykona na korcie założony plan taktyczny.

Spędził pan już trochę lat w tourze. Nie ma problemów z motywacją? Roger Federer po porażce z Nickiem Kyrgiosem w Madrycie cieszył się, że pojedzie do domu i zobaczy rodzinę.
Nie, nie mam problemów z motywacją. Pomaga to, że pojawiają się nowi partnerzy. Z Mariuszem graliśmy już tyle lat razem, że czasami czuliśmy się tak samo, kiedy wygrywaliśmy i przegrywaliśmy. To najgorsze, co może być dla zawodnika. Grając z nowym partnerem, chce się mu pokazać z jak najlepszej strony. Dlatego uzyskujemy lepsze wyniki. Rozstaliśmy się z Mariuszem w zeszłym roku. Podjęliśmy dobrą decyzję. Potrzebowaliśmy powiewu świeżości. Z Nenadem wszystko idzie w dobrym kierunku. W poprzednim sezonie nie dostałem się do Mastersa, więc mam motywację i cel.

Mówił pan, że w Barcelonie na kort wyszliście prawie prosto z samolotu. Jeden trening i mecz. Zawodniczkom zdarza się grać dzień po finale na innym kontynencie… Życie w tourze staje się coraz trudniejsze?
WTA ma dziwne zasady, które pozwalają na rozgrywanie meczów dzień po dniu. Zresztą w Madrycie doszło do absurdu, kiedy Murray grał o trzeciej rano. Takie newralgiczne sytuacje nie zdarzają się jednak co tydzień. Trzeba wtedy zagryźć zęby i grać.

Porażka boli teraz równie mocno jak na początku kariery?
Zawsze boli, ale nabrałem do tego dystansu. Kiedyś podchodziłem bardziej emocjonalnie. W dzisiejszym deblu decydują jeden-dwa punkty. W ćwierćfinale w Madrycie obroniliśmy cztery meczbole, więc w niedzielę, kiedy rozgrywano finał, mogło nas w ogóle nie być. Jeśli tenis coś zabiera, to w następnym turnieju może zwrócić. Trzeba dawać z siebie wszystko i czekać na szansę.

Nie ma się co oszukiwać, nie jest pan nowicjuszem w tourze. Postawił pan sobie jakiś cel, po realizacji którego zastanowi się nad odłożeniem rakiety?
Zamierzam grać tak długo, jak długo będę czerpał przyjemność z gry i będzie mnie stać na wygrywanie w najważniejszych imprezach. Oczywiście, chciałbym zwyciężyć w turnieju wielkoszlemowym. Z Mariuszem byliśmy bardzo blisko, ale nie udało się. Uważam, że z Nenadem też mam wielką szansę. Czy się uda? Pokaże tenis. Trzeba być możliwie najlepiej przygotowanym i czekać na okazję. Nigdy nie wiesz, kiedy to się zdarzy. Może na Rolandzie Garrosie, może na Wimbledonie. Zawsze szło mi tam najsłabiej, ale z kolei Nenad zdobył tam kilka tytułów. Chciałbym po zakończeniu kariery mieć wygrany turniej Wielkiego Szlema w swoim dorobku. Jeśli tak się nie stanie, na pewno nie będę płakał. Ale trzeba o to walczyć.

Młodzi tenisiści, kiedy zaczynają grać i mówią o marzeniach, wymieniają cztery Szlemy…
…jeden, jeden wystarczy w zupełności. (śmiech) Jeśli nie wygrało się żadnego, to zbyt dalekosiężny plan, więc zacznę od jednego.

W takim razie jakie sukcesy sprawiłyby, że czułby się pan spełnionym tenisistą?
Na pewno turniej wielkoszlemowy, bo od zawsze o tym marzyłem. Wygranie Mastersa to nie to samo. Oczywiście, także medal olimpijski. Igrzyska w Rio będą moimi czwartymi. Gdybym kończył karierę z wygranym turniejem wielkoszlemowym i medalem olimpijskiego, obojętnie jakiego koloru, niewątpliwie czułbym się spełnionym zawodnikiem.

Igrzyska to niejedyny moment, kiedy gra się z Orzełkiem na piersi. Przydałaby się nam ta Grupa Światowa w Pucharze Davisa…
Oczywiście, to już kolejny rok prób. Uważam, że mamy zespół, którą stać na awans do elity. Kiedy patrzę na drużyny z tej grupy takie jak Kazachstan czy Brazylia, nie mają dużo lepszych zawodników od nas. A jednak są w Grupie Śiatowej. Nie ulega wątpliwości, że potrzeba trochę szczęścia w losowaniu. Trzeba też zaprezentować w odpowiednim momencie najlepszy tenis. Jesteśmy w stanie to osiągnąć. W lipcu zagramy z Ukrainą. Nie wiadomo, w jakim składzie przyjadą, bo mają naprawdę dobrych tenisistów, ale są w naszym zasięgu. Potem play-offy, a o rywalu zadecyduje los. Musimy po prostu próbować.

Na pana zawsze można było liczyć w kontekście reprezentacji. Debel często ratował nam skórę.
Debel w Pucharze Davisa zawsze jest ważny. Może przesądzić o prowadzeniu 2-1, albo przedłużyć szansę, kiedy po meczach singlowych przegrywa się 0-2. Uważam, że debel odgrywa tu dużo większą rolę niż w Fed Cupie, gdzie czasami o niczym nie decyduje. Zawsze bardzo lubiłem grać w Pucharze Davisa. Ta atmosfera, gra z Orzełkiem na piersi, dla kibiców – to coś całkiem innego, odejście od turniejowego reżimu. Tworzymy jedną drużynę, bardzo dobrze się dogadujemy, panuje przyjemna atmosfera. Myślę, że każdy z chłopaków czeka na ten daviscupowy tydzień.

To chyba jedyna okazja, żebyście mogli się poczuć jak siatkarze czy piłkarze.
Tak. Nie gramy wtedy dla siebie. Każdy walczy z dodatkową motywacją, walczy dla innych zawodników. Nie ma czegoś takiego, że jeśli wyjdę na kort i nie będzie mi się chciało grać, to tylko ja przegram. Cała drużyna wspiera wraz z kibicami, którzy potrafią przesądzić nawet o zwycięstwie.

Przykro panu, że dochodzi do takich sytuacji jak w Płocku, kiedy hala świeci pustkami?
Moim zdaniem to wypadek przy pracy. Przez ostatnie trzy lata zawsze była dobra frekwencja. Albo wybrano złą lokację, albo zawiodła promocja. Z Ukrainą zagramy już w dużo lepszym miejscu i na pewno kibice dopiszą. Szczecin zawsze był tenisowym miastem.

Doświadcza pan presji przy okazji meczów Pucharu Davisa czy to już zamknięty temat?
Tak, oczywiście. Pojawia się presja, nawet przed meczem z Litwą. Byliśmy faworytem. Przy stanie 1-1 walczyliśmy o bardzo ważny punkt. Tak jak mówiłem, mamy dodatkową motywację, ale to oznacza także presję, bo nie gra się tylko dla siebie. Ale to też jest miłe; po zwycięstwie dzieli się radość z innymi. Na turnieju ATP, czy wygrałem, czy przegrałem, siedzę sam i albo się cieszę, albo smucę.

Jakie ma pan plany najbliższe miesiące?
Roland Garros, następnie sezon na kortach trawiastych. Po raz pierwszy czekam na to z dużą niecierpliwością. Będę grał z Nenadem, który wielokrotnie wygrywał Wimbledon. Być może osiągnę nowy pułap. Potem od razu Puchar Davisa. Mam bardzo napięty grafik. Na dłuższy odpoczynek przyjdzie pora chyba dopiero po meczu z Ukrainą.

To mogą być przyjemne wakacje, jeśli wszystko ułoży się po pana myśli.
Jeśli się ułoży, to na pewno będą miłe. Życie pokaże, co się wydarzy.

Część sportowców uważa, że chcąc zwiedzić miejsca, w których rywalizują, muszą przyjechać tam na wakacje. Przeglądając oferty przed urlopem, spogląda pan na miasta z touru?
Nie, wybieram inne miejsca. W większości miast gram już po raz kolejny. Dla przykładu w Madrycie kilka lat temu byłem w muzeum Prado, na znanych placach czy w Pałacu Królewskim. Przez rok czy dwa lata to się nie zmieni. Rzym akurat bardzo lubię. Mam kilka miejsc, w których można przyjemnie spędzić czas. Jeśli coś już widziałem, niekoniecznie muszę to oglądać po raz kolejny. Turniejowe miasta zdążyłem już zwiedzić.

Dziękuję za wywiad i życzę realizacji planów.