Mecz stulecia z początku stulecia

Maciej Weber , foto: AFP

Maciej Weber

Dwie najlepsze tenisistki okresu międzywojennego, Francuzka Suzanne Lenglen i Amerykanka Helen Wills, zmierzyły się jeden jedyny raz. To był najprawdziwszy mecz stulecia. Wiedzieli o tym nawet ludzie, których sport cokolwiek brzydził.

Tekst Andrzej Fąfara

Doskonale też wiedzieli, kim jest Lenglen. Była pierwszą sportsmenką, którą dziś nazwalibyśmy celebrytką. Ludzie, a zwłaszcza Francuzi, interesowali się, co panna Suzanne robi poza kortem, z kim się spotyka, co jada, jak się ubiera i na co choruje. Na jej mecze przychodziły tłumy. Nic dziwnego. W latach dwudziestych ubiegłego wieku była niepokonana, wygrywała (w sumie 12 razy) wielkoszlemowe turnieje w Paryżu i w Londynie, zdobyła złote medale olimpijskie (w singlu i w mikście) w Antwerpii w 1920 roku.

Gdy była u szczytu wspaniałej kariery, na amerykańskich kortach pojawiła się Helen Wills, córka chirurga z Kalifornii. Amerykanka była młodsza od Francuzki o sześć lat. Jej zwycięstwa w mistrzostwach USA nie robiły w Europie większego wrażenia (jeśli w ogóle ktoś o nich wtedy słyszał), ale już awans do wimbledońskiego finału w 1924 roku nie pozostał bez echa. Wills przegrała wtedy z Brytyjką Kitty McKane 6:4, 4:6, 4:6. W tym samym roku okazała się bezkonkurencyjna podczas igrzysk olimpijskich w Paryżu, zdobywając złote medale w singlu i w deblu.

Tajemnica butelki
Traf chciał, że w tym szczęśliwym dla Wills 1924 roku Lenglen chorowała i nie mogła wystartować zarówno na Wimbledonie, jak i w paryskich igrzyskach. Tym bardziej więc oczekiwano na pierwszy pojedynek dwóch wybitnych tenisistek. Doszło do niego na początku 1926 roku w finale turnieju w Cannes. W kronikach jest mowa o wczesnej wiośnie, choć prawdę powiedziawszy, była jeszcze zima. Mecz stulecia, jak nazwano to spotkanie, odbył się 16 lutego na korcie ziemnym Carlton Clubu. Był wtorek, bo turniej, który wedle planu miał się zakończyć w niedzielę, został przedłużony z powodu złej pogody.

Gdy o godzinie 11 tenisistki pojawiły się na korcie, na trybunach znajdowało się 4000 osób. W rzeczywistości publiczność była znacznie liczniejsza. Ludzie siedzieli bowiem na balkonach i dachach sąsiadujących z kortem budynków. Helen Wills w opublikowanej kilka lat później relacji pod tytułem „Mój mecz przeciwko pannie Lenglen” pisała: „Na końcu kortu rosło drzewo eukaliptusowe, na gałęziach którego siedziało mnóstwo małych chłopców. Był to niesamowity widok. W przerwach między gemami mali kibice zeskakiwali na ziemię albo byli ściągani na dół przez żandarmów. Stróże porządku robili znacznie więcej zamieszania niż ci chłopcy”.

Od początku meczu widoczne było zdenerwowanie obu rywalek. Jak się później okazało, Lenglen prawie nie spała w noc poprzedzającą pojedynek. Amerykanka już w trzecim gemie przełamała serwis Francuzki i objęła prowadzenie 2:1. Lenglen błyskawicznie odrobiła stratę i do końca zwycięskiego seta (6:3) już kontrolowała sytuację.

Znacznie większe emocje towarzyszyły wydarzeniom na korcie w drugiej partii. Wills przełamała serwis rywalki w czwartym gemie i prowadziła 3:1. Ale i tym razem nie zdołała utrzymać przewagi. W przerwie między gemami Francuzka pociągnęła kilka łyków z butelki, w której ponoć znajdował się koniak rozcieńczony wodą, i podkręciła tempo. Opisał to w swojej relacji wysłannik agencji Associated Press w tekście zamieszczonym w amerykańskim tygodniku „Time”. Informację o cudownych właściwościach alkoholu można by wziąć za dobrą monetę, gdyby nie inna historia zawarta w tym samym sprawozdaniu. Ta już prawdziwa na pewno nie była.

Opis ładny, ale…
Wspomniany reporter AP relacjonował: „Francuska dziewczyna wyrównała, po czym Helen objęła prowadzenie 5:4. Potrzebowała jednego gema, by wygrać seta. Przy 40-15 dzieliła ją od tego tylko jedna piłka. Wtedy nieobliczalna decyzja sędziego liniowego (był nim Cyrill Tolley, mistrz Wielkiej Brytanii w golfie – przyp. AF) kompletnie ją załamała. Return Suzanne o kilka cali wyleciał poza kort, a jednak arbiter przyznał punkt Francuzce. Helen po raz pierwszy pokazała emocje (miała przydomek „Panna Pokerowa Twarz” – przyp. AF). ‘Jak pan ocenił tę piłkę?’ – krzyknęła w kierunku sędziego. ‘W korcie’ – odparł Tolley. ‘Aut, aut!’ – wrzeszczała publiczność”.

Relacja jest nieprawdziwa, bo dziesiątego gema Lenglen wygrała do zera. Świadczą o tym meczowe statystyki zamieszczone na łamach „New York Timesa”. Nie mogło więc być setbola dla Amerykanki. O incydencie nie wspomina też ani słowem sama Helen Wills w cytowanej wcześniej relacji „Mój mecz przeciwko pannie Lenglen”.

Tenisistka USA opisała za to epizod, który wydarzył się w jedenastym gemie, gdy Francuzka prowadziła 6:5 i 40-15. Przy pierwszej piłce meczowej, po returnie Wills, rozległ się okrzyk „aut” i obie tenisistki skierowały się w stronę siatki, by podziękować sobie za walkę. Na kort wbiegli widzowie, którzy chcieli z bliska popatrzeć na bohaterki meczu stulecia. W tym czasie jeden z arbitrów liniowych, lord Charles Hope, przedzierał się przez tłum w stronę sędziego głównego, którym był komandor George Hillyard, były tenisista, mąż sześciokrotnej mistrzyni Wimbledonu Blanche Bingley. „To nie ja krzyknąłem ‘aut’, to któryś z widzów. Piłka była dobra” – wystękał lord Hope.

Kibiców spędzono z kortu i komandor Hillyard wznowił pojedynek. Wills wygrała dwunastego gema i wyrównała na 6:6. Spodziewano się, że Lenglen, zdenerwowana nagłym zwrotem wydarzeń, może nawet przegrać seta. W trudnym momencie Francuzka pokazała jednak mistrzowską klasę. Natychmiast przełamała serwis rywalki, wygrała swoje podanie i seta 8:6. Tenisowy mecz stulecia trwał godzinę.

Uznanie pana Moody’ego
Helen Wills pisała: „Tuż po meczu nie czułam smutku, który chyba powinnam czuć. Nagle zobaczyłam, jak młody mężczyzna przeskakuje balustradę dzielącą kort od miejsc dla publiczności. Podbiegł do mnie i powiedział: ‘Grałaś naprawdę wspaniale’. To był pan Moody”.

Amerykańska tenisistka przegrała w Cannes pojedynek o światowy prymat, ale „wygrała” męża. Trzy lata później poślubiła Frederica Moody’ego, brokera giełdowego. Natomiast Suzanne Lenglen w 1926 roku odniosła jeszcze wielkoszlemowe zwycięstwo w Paryżu, po czym usunęła się z drogi Helen Wills, przechodząc na zawodowstwo. Wtedy właśnie Amerykanka rozpoczęła swoją wielką serię zwycięstw. W sumie wygrała aż 19 turniejów wielkoszlemowych w singlu. Jej wimbledoński rekord (osiem tytułów) pobiła dopiero w 1990 roku wielka Martina Navratilova. Co ciekawe, w 1927 roku Helen Wills skończyła studia plastyczne w Berkeley, malowała obrazy, miała wiele wystaw po zakończeniu kariery. Dożyła sędziwego wieku – odeszła w 1998 roku, mając 92 lata.

Jej wielka rywalka Suzanne Lenglen zmarła przedwcześnie. W dzieciństwie chorowała na astmę (to dlatego ojciec skłonił ją do gry w tenisa), potem też bardzo często miała kłopoty ze zdrowiem. Męczyły ją ataki kaszlu, zdarzały się nagłe zasłabnięcia. W 1938 roku rozpoznano u niej białaczkę. Kilka tygodni później zakończyła życie, mając zaledwie 39 lat.