Milowe kroki Janowicza

Krzysztof Domaradzki , foto: AFP

Krzysztof Domaradzki

Jerzy Janowicz w poniedziałek z dumą przyjmie tytuł polskiej rakiety numer jeden. W tym sezonie najprawdopodobniej już wiele wyżej w tenisowej hierarchii nie zawędruje, ale za rok mianem czołowego gracza nad Wisłą z pewnością się nie zadowoli.

Niecałe dziewięć miesięcy temu Janowicz był 240. zawodnikiem globu i myślał głównie o tym, by ustabilizować formę i wcisnąć się do drugiej setki zestawienia. Bardziej ambitne cele odkładał na później, choć już jako junior wysyłał sygnały, że ciułaniem punktów w challengerach nie zamierza zajmować się w nieskończoność. Okazał się wyjątkowo niecierpliwy – wspinaczkę w górę rankingu uskuteczniał przez cały dobiegający końca sezon. I to nie subtelnie, małymi kroczkami, lecz długimi susami wywołującymi donośne stąpnięcia.

W połowie maja nieśmiało zaglądający do drugiej setki łodzianin – wciąż przyzwyczajający się do gry nowym sprzętem i przystosowujący smukłe ciało do innego reżimu treningowego – wykonał pierwszy milowy krok w karierze. W rzymskiej hali w ciągu paru dni ograł trzech zawodników z czołowej setki zestawienia (w tym sklasyfikowanego na 55. pozycji Gillesa Mullera) i awansował o ponad trzydzieści pozycji w rankingu. Wygrana w drugim challengerze w karierze (po pierwszy triumf sięgnął w 2010 roku) naładowała Janowicza niezwykłą mocą sprawczą. Zanim przyzwyczaił się do regularnego okładania tenisistów notowanych wyżej od siebie, zdążył zajrzeć na zaplecze pierwszej setki singlowego rankingu.

Potem przyszedł Wimbledon i debiutancki udział w turnieju głównym wielkoszlemowej imprezy. Udział okraszony kilkoma wspaniałymi występami, m.in. pokonaniem Ernestsa Gulbisa (przed spotkaniem z Janowiczem Łotysz złoił samego Tomasa Berdycha) i spektakularną bitwą z Florianem Mayerem – Polaka dzielił punkt od awansu do czwartej rundy. Przełomowy występ w Londynie chwilę później przyniósł Janowiczowi wygrane w holenderskim Scheveningen i Poznaniu, które zabetonowały jego miejsce w czołowej setce zestawienia.

Ostatnie tygodnie upłynęły mi na dumaniu, kiedy Janowicz wyprzedzi w rankingu Łukasza Kubota – uznałem bowiem, podobnie jak większość obserwatorów tenisowej sceny, iż jest to tylko kwestia czasu. Sądziłem, że wstrzyma się do kolejnego sezonu, pozwalając starszemu koledze zadowolić się miejscem na tronie jeszcze przez kilka miesięcy. Janowicz jednak, jak zwykle, nie wykazał się cierpliwością.

Detronizacja Kubota wydała mu się mało atrakcyjna sama w sobie, więc by zgromadzić wokół epokowego dla siebie wydarzenia większą uwagę, dołączył do niej jeszcze jeden sukces. Pokonując dzisiaj w Moskwie Carlosa Berlocqa, pierwszy raz w karierze awansował do ćwierćfinału turnieju z cyklu ATP Tour. I nie jest powiedziane, że za moment nie pomknie dalej; nawet nazwiska zawodników najwyżej rozstawionych w Kremlin Cup (Dołgopołow, Seppi czy Bellucci, z którym Janowicz zmierzy się już jutro) nie brzmią przesadnie groźnie.

Jeżeli łodzianin nie wygra w stolicy Rosji, na kolejny milowy krok najpewniej będzie musiał poczekać do następnego roku. Może wprawdzie po drodze wygrać challengerowy Masters – imprezę dziwną, organizowaną dla najlepszych przeciętniaków, prestiżem ustępująca każdemu turniejowi w cyklu ATP Tour – ale kolejny skok jakościowy nastąpi dopiero wtedy, gdy dochrapie się miejsca w pięćdziesiątce rankingu lub pierwszego turniejowego triumfu w gronie najlepszych.

Najważniejsze zdaje się jednak to, że Janowicz jest blisko spełnienia pierwszej z przepowiedni, którymi zasypano go przed laty. Gdy smukły młokos z Łodzi szalał w juniorskich rozgrywkach, racjonaliści widzieli w nim zawodnika na miarę czołowej pięćdziesiątki dorosłych rozgrywek. Musiałaby stać się katastrofa, żeby w niedalekiej przyszłości tego pułapu nie osiągnął.

Trudniej będzie Polakowi spełnić oczekiwania tenisowych demagogów. Ci od paru sezonów wyceniają jego talent na miarę pierwszej dwudziestki, często przyrównując Janowicza do Johna Isnera – wielkoluda, którego talent eksplodował niespodziewanie, czyniąc go najwyżej notowanym Amerykaninem. W tej chwili osiągnięcie tak znaczącego progresu wydaje się nieprawdopodobne, ale równie nieprawdopodobne wydawało się kilka miesięcy temu, by Janowicz mógł jeszcze w tym roku przeskoczyć Kubota w rankingu. Skoro zadziwił już raz, nie jest powiedziane, że nie uczyni tego ponownie.

Krzysztof Domaradzki