Mistrzostwo w kategoriach młodzieżowych – czy to na pewno gwarancja przyszłych sukcesów?

Bartosz Bieńkowski , foto: AFP

Sukcesy osiągane w kategoriach młodzieżowych niosą ze sobą spore oczekiwania. Rozgrywki seniorskie mocno się jednak różnią od juniorskich. Czy na tyle, żeby ten przeskok dla wielu okazywał się niemożliwy do pokonania? A może sytuacja wygląda tak, że w turniejach młodzieżowych poznajemy przyszłych, wielkich mistrzów?

Skupmy się na juniorskich mistrzach Wielkiego Szlema. Jest to baza nazwisk wielu tenisistów, którzy bez wątpienia wyróżnili się w młodym wieku. W końcu tytuł na turnieju wielkoszlemowym to ogromne osiągnięcie.

Zacznijmy od Wimbledonu w 1998 roku. Turniej wygrywa 17-letni wówczas Roger Federer. Od razu pojawiły się pytania, czy będzie w stanie powtórzyć ten wyczyn w rozgrywkach seniorskich. Odpowiedź na to pytanie zna każdy fan tenisa. Szwajcar jest 20-krotnym triumfatorem imprez wielkoszlemowych, w tym ośmiokrotnym zwycięzcą Wimbledonu. Przez 310 tygodni przewodził również w rankingu ATP. Piękna kariera i miano jednego z najwybitniejszych tenisistów w historii należy właśnie do Federera.

Przykładem innego tenisisty, który zrobił fantastyczną karierę, jest Andy Murray. Szkot wygrał juniorski US Open w 2004 roku. Triumf ten można nazwać przedsmakiem kolejnych sukcesów. Trzy zwycięstwa w seniorskich turniejach Wielkiego Szlema (dwukrotnie Wimbledon i raz US Open) oraz pozycja lidera światowego rankingu to dorobek Szkota. Warto dodać, że musiał rywalizować w erze „Wielkiej Trójki”, więc tym bardziej trzeba docenić jego rezultaty.

Rok 2000 należał natomiast do Andy’ego Roddicka. Amerykanin wygrał wtedy Australian Open i US Open. Zapowiadało to wielką karierę i tak się właśnie stało. Roddick stał się czołowym tenisistą świata, był nawet liderem rankingu. Trzy lata po sukcesie w juniorskim US Open triumfował w tej imprezie w kategorii mężczyzn. Był także trzykrotnym finalistą Wimbledonu, jednak za każdym razem stawał mu na drodze, wyżej już wspomniany, Roger Federer.

Nie sposób zapomnieć o Stanie Wawrince. Szwajcar wygrał juniorski Roland Garros w 2003 roku. Równie wielkie sukcesy w zawodowych rozgrywkach nie przyszły jednak od razu. Jak się później okazało, warto było czekać. W latach 2014-2016 Wawrinka wygrał po razie szlemy w Melbourne, Paryżu i Nowym Jorku, a 27 stycznia 2014 roku został trzecim tenisistą świata. Jest więc kolejnym dowodem na to, że triumf w juniorskich turniejach Wielkiego Szlema może być zapowiedzią jeszcze lepszych wyników w rozgrywkach seniorskich.

Kobiety zmienne są, czy w tenisie również?

Takie historie zdarzały się również w damskim tenisie. Świetnym przykładem jest chociażby Simona Halep. Rumunka wygrała juniorski Roland Garros w 2008 roku. Karierę seniorską ma jeszcze lepszą. Dwa wielkoszlemowe tytułu na koncie oraz pozycja liderki światowego rankingu to dotychczasowy dorobek 29-latki.

Inna mistrzyni, Karolina Woźniacka, wygrała juniorski Wimbledon w 2006 roku – rok po Agnieszce i rok przed Urszulą Radwańską. Dunka polskiego pochodzenia zakończyła karierę dość wcześnie, ale i tak zdołała osiągnąć dużo sukcesów. Najważniejsze z nich to triumf w Australian Open 2018 oraz miano pierwszej rakiety świata w 2010 roku.

Natomiast rok 2005 należał w rozgrywkach juniorskich do Wiktorii Azarenki. Białorusinka wygrała wtedy aż dwa turnieje Wielkiego Szlema – Australian Open i US Open. Później, podobnie jak Halep i Wozniacki, była liderką światowego rankingu seniorek, a także dwukrotnie podnosiła trofeum Australian Open.

Polskie mistrzynie

A jak było z Polkami? Całkiem dobrze! Iga Świątek dwa lata przed ubiegłorocznym wielkim sukcesem w Paryżu, gdzie została mistrzynią wielkoszlemową, wygrała juniorski Wimbledon. A warszawianka ma przecież dopiero 19 lat, więc prawdopodobnie jeszcze wiele lat gry przed nią.

Każdy z fanów polskiego tenisa na pewno pamięta również finał Wimbledonu z 2012 roku pomiędzy Agnieszką Radwańską a Sereną Williams. Krakowianka również odnosiła sukcesy w rozgrywkach juniorskich. W 2005 roku wygrała Wimbledon, a rok później Roland Garros.

To nie jedyne juniorskie mistrzynie Wielkiego Szlema z naszego kraju. W 2007 roku Wimbledon wygrała Urszula Radwańska, w 1995 w tym samym turnieju triumfowała Aleksandra Olsza, a w 1996 Magdalena Grzybowska wygrała zawody na kortach w Melbourne. Cała trójka może nie ma takich sukcesów na koncie, jak wcześniej wyżej wymienione tenisistki, ale i tak wszystkie z nich były zawodniczkami ze światowego top 100, co świadczy o grze na naprawdę wysokim poziomie.

Nieudane kariery

Triumfy w rozgrywkach młodzieżowych nie zawsze jednak przekładają się na sport zawodowy. Niespełniony talent, brak motywacji, kontuzje, nadmierna presja, zawieszenia, zakończenie przygody z tenisem z powodu innych planów życiowych? To częste przyczyny takiego stanu rzeczy.

Przypomnijmy sobie chociażby Olivera Andersona. W 2016 rok to właśnie on wygrał juniorski Australian Open. Triumfował w tak dużym turnieju u siebie w kraju. Co z tego wynikło potem? Tylko niespełnione nadzieje, i to z dość dużym, niekoniecznie pozytywnym wydźwiękiem. Wprawdzie Anderson zakończył karierę także z powodu uporczywych kontuzji, ale wcześniej ustawiał mecze, za co poniósł karę zawieszenia. Nie chciał jednak już wracać do profesjonalnej gry w tenisa.

Inną ciekawą postacią jest Tiago Fernandes. Brazylijczyk wygrał juniorski Australian Open w 2010 roku, a także przewodził w młodzieżowym rankingu ITF. Jego przygoda z tenisem zakończyła się jednak bardzo szybko, bo już w 2014 roku. Fernandes miał wtedy zaledwie 21 lat. Swoją decyzję argumentował studiami na wydziale inżynierii lądowej, które wymagały od niego wiele wysiłku.

Jeden z najbardziej utalentowanych i najlepszych juniorów w historii? Niektórzy mówili tak o Filipie Peliwo. To nie był przypadek, gdyż Kanadyjczyk miał znakomity 2012 rok. Osiągnął wtedy finały wszystkich juniorskich wielkoszlemowych imprez. Wygrał dwie z nich – Wimbledon i US Open. Czy przełożyło się to na tenis zawodowy? Absolutnie nie. Peliwo nie pojawił się nawet w top 150 rankingu ATP i nie wystąpił w głównej drabince żadnego turnieju Wielkiego Szlema.

Czy mistrzostwa Polski w rocznikach młodzieżowych przekładają się na zawodowe kariery?

Odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna. Częściowo na pewno tak, gdyż Kacper Żuk, Kamil Majchrzak, Magdalena Fręch czy Paula Kania to znane nazwiska w polskim tenisie. Każda z tych osób była młodzieżowym mistrzem Polski, a następnie zaistniała w mniejszym bądź większym stopniu w zawodowych rozgrywkach.

Nie każdy przypadek jest jednak tak kolorowy. Chociażby historia Arkadiusza Kocyły, czyli mistrza Polski juniorów z 2011 roku na to wskazuje. Kariera tenisisty ze Szczecina nie trwała zbyt długo. Profesjonalne granie w tenisa zakończył już w wieku 21 lat z powodu kontuzji i postanowił zostać trenerem. Po zakończeniu kariery został jeszcze dodatkowo ukarany za wcześniejsze złamanie zasad programu antykorupcyjnego. W rankingu ATP był najwyżej notowany na 767. miejscu.

Bardzo ciekawa jest również historia Mateusza Terczyńskiego. Został on juniorskim mistrzem Polski w 2014 roku. Dziś jest sparingpartnerem Huberta Hurkacza. W tegorocznym turnieju w Delray Beach (Hurkacz triumfował w tej imprezie) Terczyński pojechał tam z naszym najlepszym tenisistą i wspierał go także mentalnie. Miał tam nawet okazje poodbijać piłki między innymi z chorwackim weteranem Ivo Karloviciem.

Jaki można wysnuć wniosek z tych wszystkich historii?

Przede wszystkim nie da się jednoznacznie stwierdzić, kto z juniorskich mistrzów zdobędzie to miano również w tenisie zawodowym. Jest za dużo czynników, które mogą wpływać na kariery sportowców. Ponadto każda, dosłownie każda, historia jest inna.

Warto więc, żeby młodzi zawodnicy i zawodniczki pamiętali o sferze mentalnej i dbali o to, aby narastająca presja ich nie przytłaczała. Jest to oczywiście częsty powód słabych wyników, ale trzeba też pamiętać, że jeśli czyjaś kariera nie będzie zadowalająca, a dana osoba mocno się „nakręciła” na sukcesy, to może później długo cierpieć psychicznie.

Należy ze spokojem podchodzić do sukcesów w kategoriach młodzieżowych. Rzecz jasna powinny one sprawiać radość i satysfakcję, bo przecież zdobywanie każdego pucharu czy medalu jest sukcesem. Nie mogą jednak powodować takich sytuacji, w których z juniorskich mistrzów z góry robi się gwiazdy, ocenia się ich każdy ruch zarówno na korcie, jak i poza nim, a także ciągle wymaga więcej i więcej. Takie działania przynoszą zazwyczaj więcej szkody niż pożytku.

Warto też wiedzieć, że można zrobić świetną karierę zawodową bez sukcesów w rocznikach młodzieżowych. Być może rówieśnicy w danym momencie są po prostu lepsi, bardziej dojrzali, ale to nie oznacza, że w przyszłości też tak musi być. W tenisie, jak i w każdym sporcie, trzeba być świadomym i cierpliwym.

Bartosz Bieńkowski