Nadal wyrównuje rachunki

Mateusz Grabarczyk , foto: AFP

Mateusz Grabarczyk

Przez lwią część poprzedniego sezonu tenisowego w męskich rozgrywkach niepodzielnie panował Novak Djoković. Serb zdetronizował Rafaela Nadala, który całymi miesiącami rozpracowywał grę rywala i modyfikował swoją, szukając metody na pokonanie oponenta. Wygląda na to, że w końcu ją znalazł.

Tekst: Krzysztof Domaradzki

W 2011 r. hiszpański wirtuoz doznał kilku niezwykle bolesnych porażek. Prawdopodobnie najboleśniejszych, odkąd wdrapał się do ścisłej światowej czołówki, czyli od 2005 roku. Zaczęło się od porażek w Indian Wells i Miami, potem przyszły niepowodzenia w Madrycie i Rzymie, czyli na ubóstwianych przez Nadala kortach ziemnych, skończyło się na klęskach w finałach turniejów wielkoszlemowych – w Wimbledonie i US Open. Ból był tym większy, że Hiszpan każdorazowo obrywał od tego samego człowieka. Djoković nie tylko go zdetronizował, ale i odparł wszystkie próby nadwątlenia swojej pozycji.

Nadal długo modyfikował swoją grę: spłaszczał forhendy, starał się agresywniej uderzać bekhendem, wymiany urozmaicał slajsami, stale pracował nad poprawą serwisu. Wszystko po to, żeby dopaść Serba. I z czasem zaczął zbliżać się do grającego na granicy perfekcji Djokovicia. Najpierw w US Open wydarł mu seta po wiekopomnej batalii, a później, już w 2012 r., stoczył z nim równorzędny pojedynek w finale Australian Open, w którym o wygranej zadecydował raczej łut szczęścia niż umiejętności. Belgradzka machina pozostała jednak niepokonana.

Przełamanie miało nastąpić na kortach ziemnych. Hiszpan przygotowywał się do nich bardzo pieczołowicie. Po Australian Open wystąpił w zaledwie dwóch turniejach, przez większość czasu przygotowując się do kluczowej części sezonu, która w tym roku zapowiada się tyleż ekscytująco, co wyczerpująco – kalendarz wzbogacają Igrzyska Olimpijskie w Londynie, które wagą nie ustępują wielkoszlemowym zmaganiom. Dla Hiszpana sezon na kortach ziemnych zaczął się od turnieju w Monte Carlo. Dla jego największego oponenta także.

W pierwszym turnieju na mączce, do którego przystąpiła większość graczy z czołówki, obaj dobrnęli do finału. Ale ich decydujące o tytule starcie nie było miarodajne, albowiem Serb przystąpił do walki, będąc zdewastowanym psychicznie po śmierci dziadka. Opór stawiał jedynie na początku meczu, potem inicjatywa całkowicie przeszła na stronę Nadala, który swój ulubiony turniej wygrał po raz ósmy.

Prawdziwy sprawdzian największych tenisistów świata zobaczyliśmy w Rzymie. Obaj zawodnicy przystąpili do turnieju po przedwczesnych porażkach w Madrycie, obaj mierzyli się wcześniej z tenisistami najwyższego formatu (Nadal wyeliminował Tomasa Berdycha czy Davida Ferrera, Djoković ograł i Jo-Wilfrieda Tsongę, i Rogera Federera), obaj mieli mnóstwo czasu na regenerację i perfekcyjne przygotowanie do meczu, albowiem deszcz uniemożliwił rozegrania finału w niedzielę – pojedynek o nieoficjalny tytuł najlepszego gracza na świecie rozpoczęli dopiero w poniedziałek. Żeby było dramatyczniej, wystartowali w samo południe.

Finałowe starcie do złudzenia przypominało spotkania, które toczyli ze sobą w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy. Djoković częściej inicjował ataki, agresywniej uderzał bekhendem, regularnie trafiał pierwszym podaniem, którym ustawiał sobie większość wymian. Nadal nie zaprezentował niczego, czym próbował zaskoczyć Serba w ostatnim czasie: nie kończył akcji bekhendem, nie urozmaicał wymian slajsami, nie porażał podaniem, co czynił chociażby w Monte Carlo, gdy przełamał fatalną passę porażek z Djokoviciem. A jednak zwyciężył, nie oddając rywalowi nawet jednego seta., ba, tylko raz stracił swoje podanie. Dlaczego?

Hiszpan zalicza się do grona zawodników, którym modyfikowanie sposobu gry przychodzi z największą łatwością. Ale wszystkie dotychczasowe „udoskonalenia” w pojedynkach z Djokoviciem przynosiły mu połowiczne korzyści albo nie dawały żadnych profitów. Nadal wyciągnął więc wnioski i wrócił do swojego pierwotnego, atletycznego, nieco siermiężnego, lecz niewiarygodnie skutecznego tenisa. Porażał Serba rewelacyjnymi kontrami, punktował niemal wyłącznie forhendem, dobiegał do wszystkich piłek i je niezwykle precyzyjnie odgrywał, na wyżyny wznosił się w najważniejszych fragmentach meczu, imponując przy tym odpornością psychiczną. Warto przy tym zaznaczyć, że nie pokazał pełni swoich możliwości, szczególnie serwisowych – jedynie 57% pierwszych podań lokował w karze serwisowym, bezpośrednio nie zdobył ani jednego punktu.

Serb zaś, który przez cały poprzedni sezon zdarzenia na korcie przyjmował ze stoickim spokojem, co rusz wybuchał, wściekał się, tracił głowę. Ewidentnie czuł, że pali mu się grunt pod nogami. Jego hiszpański rywal znalazł w końcu sposób na to, aby go poskromić.

Nadal wygrał dwa ostatnie starcia z Djokoviciem i stał się zdecydowanym faworytem do triumfu we French Open. Przy okazji przybliżył się do odzyskania prowadzenia w rankingu ATP Tour. Rozprawiając się z Serbem, wrócił na drugą pozycję, którą stracił na rzecz Federera, a przy okazji odrobił część punktów do lidera zestawienia, którego dorobek topnieje niemal za każdym razem, gdy nie wygrywa turnieju. A w tym sezonie zwyciężył dopiero dwa razy, choć startował już w sześciu imprezach.