Najcichszy rok mistrza

Krzysztof Domaradzki , foto: AFP

Krzysztof Domaradzki

Im dłużej trwał sezon, tym rzadziej wymawiano jego nazwisko. A gdy rozgrywki dobiegają końca, znów mówi się niemal wyłącznie o nim. Novak Djoković drugi rok z rzędu króluje w męskim tenisie. I pewnie nie ostatni.

Zaczął cudownie. W Melbourne nie tylko okazał się najlepszy, ale i najtwardszy. Wygrał półfinałową bitwę z Andym Murrayem, by w finale przetrwać trwające całą wieczność starcie z Rafaelem Nadalem, zawodnikiem uchodzącym za wydolnościowego tytana, gotowego – wydawało się – wytrzymać każdy maraton. Potem niemal dotykał historii, gdy w trzecim secie finału Rolanda Garrosa tego samego Hiszpana przytłoczył i znalazł się o krok od skompletowania niekalendarzowego Wielkiego Szlema, ale jeden z największych sportowych wyczynów ostatecznie mu się wymknął.

I nim się zorientował, świat na moment zapomniał o niezwykłym Serbie, który przez półtora roku rządził na tenisowych kortach jednomyślnie i brutalnie, właściwie nie dzieląc się najcenniejszymi łupami. Djoković, co w świetle najświeższych wydarzeń może zabrzmieć dziwnie, na kilka miesięcy poszedł w odstawkę.

Znów na usta świata wdrapał się Roger Federer. Wygrywając Wimbledon, jeszcze poszerzył swój i tak monumentalny pomnik. Aż do US Open liczył się nawet w walce o pierwsze miejsce w rankingu ATP Tour. Niektórzy zapatrzyli się w jego wyczyny do tego stopnia, że jeszcze długo po nowojorskiej wpadce Federera wierzyli, że po raz szósty zakończy sezon w roli najlepszej rakiety roku.

A jeśli nie miłowali ślepo Szwajcara, czcili Murraya, który w kilka miesięcy urósł do rangi pełnoprawnego pretendenta do korony króla tenisa. Finał Wimbledonu poprawił triumfem na Igrzyskach Olimpijskich w Londynie, by kilka tygodni później zwyciężyć w Nowym Jorku i raz na zawsze uciszyć tych, którzy widzieli w nim mentalną niedojdę, niezdolną do sięgania po najcenniejsze laury. Zachwycił także ekspertów, którzy niemal jednogłośnie mianowali go najwszechstronniejszym graczem globu.

Inne zmartwienia miał za to bardzo liczny świat latynoski, który zamiast we frenetycznym uniesieniu podziwiać wielkoszlemowe zmagania, kultem otaczał Majorkę, gdzie Nadal umartwiał się swoim kolanem. Komunikaty napływały stamtąd często, co rusz niosąc nową nadzieje. Przez chwilę Hiszpan miał nawet wrócić na londyński turniej Masters albo na decydujące rozdanie Pucharu Davisa. Stanęło jednak na tym, że w tym sezonie najpewniej już nie zagra. Na dniach poda do wiadomości, że w listopadzie Hiszpanie będę musieli wojować z Czechami bez niego, co wydłuży jego rozbrat z tenisem do ponad pół roku. Smutne, ponieważ w czerwcu – zaraz po tym, jak sięgnął po siódmy tytuł w Paryżu – wydawało się, że wróci na tron.

W gąszczu wydarzeń poruszających widownię męskiego tenisa niezauważenie przemykał Djoković, który zapewne jeszcze nigdy nie kroczył przez sezon tak bezszelestnie, niemal unikając rozgłosu. Podczas gdy Nadal, Federer czy Murray upajali się momentami – nadzwyczajnymi przebłyskami formy, wiekopomnymi dokonaniami lub wydarzeniami, które znacząco wpływają na losy ich karier – Serb ukradkiem stawiał swój pomnik. I choć sezon jeszcze nie dobiegł końca, dzieło jest niemal skończone. Może nie upstrzone diamentami i platyną, ale stabilne, gotowe przetrwać wieki.

Do tej pory Djoković rozegrał 15 turniejów w sezonie. Zaledwie raz nie znalazł się w najlepszej czwórce (na eksperymentalnym ceglanym korcie w Madrycie, który nie przypadł do gustu nawet takiemu fachowcowi od babrania się w ziemi jak Nadal). 10 występów okrasił finałami, w których zanotował 50-procentową skuteczność; trzy razy uległ wspomnianemu Hiszpanowi na mączce, po razie Federerowi i Murrayowi na betonie. Najgorzej zaprezentował się na w Londynie podczas igrzysk, gdzie najpierw nie sprostał w półfinale wspieranemu przez brytyjską publikę Szkotowi, a potem uległ Juanowi Martinowi del Potro w meczu o brąz. Dwóch porażek pod rząd nie zaznał od listopada ubiegłego roku, kiedy to ledwo trzymając się w pionie, podejmował w Londynie najlepszych graczy sezonu.

W tegorocznym Mastersie wypadnie lepiej, bez dwóch zdań. Przez poprzedni sezon mknął z prędkością światła, despotycznie eliminując wszystkich, którzy wyrastali na jego drodze. Zanim dopadł go kryzys w końcówce – wynikający przede wszystkim z przemęczenia – miał już na koncie 10 turniejowych zwycięstw. W 2012 r. sięgał po trofea mniej zachłannie, ale za to na ostatniej prostej nabrał prędkości. Przed chwilą zdominował azjatycką rywalizację, wycinając rywali w Pekinie i Szanghaju. Teraz najpewniej zwycięży w Paryżu (wydaje się, że dopiero Murray może mu się przeciwstawić w finale). Za niecały tydzień w roli faworyta przystąpi do zmagań w londyńskiej O2 Arenie.

Gdy czołowi gracze kuleją, zmagając się to z kontuzjami, to z odpływem formy lub zmęczeniem, Djoković używa sobie w najlepsze. Inni toczą heroiczną walę o utrzymanie dyspozycji, on cały czas swoją winduje. Po igrzyskach zintensyfikował pracę nad ulepszeniem podania. Efekty było widać już podczas US Open, które przegrał w okolicznościach wyjątkowych, ulegając bardziej własnym słabościom i aurze niż rywalowi. Wcześniej opanował do perfekcji sztukę gry pod presją, dzięki czemu w nowojorskich półfinałach w 2010 i 2011 r. potrafił obronić łącznie cztery piłki meczowe w starciach z Federerem. Po drodze zaś dorobił się wydolności kenijskiego biegacza, dopieszczając swoją dietę i metody treningowe.

Efekty jego starań obrazuje ranking – w tym roku wojował na tyle skutecznie, by nie musieć martwić się rezultatami imprez w Paryżu i Londynie. Na szczyt wdrapał się niepostrzeżenie, nie w stylu jednego z największych showmanów w stawce, który zanim zaczął hurtowo wygrywać, słynął przede wszystkim z poczucia humoru. Za rok królewskiej korony bronić może już inaczej, przy akompaniamencie armatnich wystrzałów i w atmosferze ugruntowywania hegemonii (Federer młodszy już nie będzie, Nadal zamierza oszczędniej gospodarować siłami, a w niezachwianą formę Murraya nie wierzę, zwłaszcza gdy przyjdzie mu rywalizować na kortach ziemnych). Djokovicia – czy to milkliwego i ukrytego w cieniu, czy gadatliwego i prężącego się na pierwszych stronach gazet – zepchnąć ze szpicy rankingu będzie niezmiernie trudno.

Krzysztof Domaradzki