Nauczyciel Ashe czyli trzy lekcje dobrego tenisa i wielkiego życia

, foto: AFP

Gdyby żył kończyłby dziś 77 lat. Nigdy nie został liderem rankingu ATP, a pod względem liczby wielkoszlemowych zwycięstw pozostaje daleko za tymi, którzy przyszli po nim. Wystarczyło, by doczekał się miana legendy. Miał wątpliwą perspektywę sukcesu i niewątpliwy talent, a w głowie pragnienia, które nie mogły zmieścić się na korcie.

Kiedy wybitny sportowiec mówi, że to nie dzięki swoim tenisowym osiągnięciom chciałby zostać zapamiętany mogą kryć się za tym tylko dwie rzeczy, z których jedna nie wiadomo czy istnieje naprawdę. Fałszywa skromność – pomyślimy najczęściej, ale tym razem chodzić miało jednak o to drugie. Sukces jako środek do celu znacznie większego niż obwód żółtozielonej piłeczki. W świecie tenisa Arthur Ashe pojawił się jako intruz i dał mu kilka lekcji, o których przynajmniej raz w roku warto sobie przypomnieć.

Jesteśmy tacy sami

To jedna z najbardziej oczywistych pozycji na liście tego, czego od Arthura Ashe’a nauczyło się wiele przyszłych pokoleń.  Młodemu zawodnikowi kolor skóry przez lata nie pozwalał nawet pojawić się w dzielnicy Monument Avenue rodzinnego Richmond. Dziś dokładnie w tym miejscu zobaczyć możemy jego odlaną z brązu podobiznę. Wyprostowaną postać z przenikliwym spojrzeniem, tenisową rakietą w lewej dłoni i książką w prawej. Wyjątkowy symbol i wspomnienie wielkiego człowieka, który swoją karierę uczynił narzędziem sprzeciwu wobec dyskryminującej polityki społecznej. Otworzył oczy i stał się inspiracją dla ludzi, wśród których miało nie być dla niego miejsca.

Zaczęło się na korcie – od serii spektakularnych zwycięstw nad „białymi” przeciwnikami. Nienagannie spokojna twarz i uniesiona w geście triumfu pięść zwiastowały przełom, który przez lata wydawał się nieosiągalny. Tak Ashe rakietą torował drogę dla inicjatyw na rzecz zrównywania szans i stopniowego wykorzeniania uprzedzeń na tle rasowym. Obecnie sytuacja wygląda już zupełnie inaczej. Wystarczy jednak wrócić pamięcią do wydarzeń ostatnich miesięcy, by uświadomić sobie, że misja, która spędzała mu sen z powiek dziś także stawia przed nami wiele wyzwań. Zaledwie miesiąc temu podkreślali to Serena Williams, Frances Tiafoe czy Taylor Townsend.

– Chodzi o sprzeciw wobec poczucia dyskomfortu, konieczności kulenia się. O otwarty umysł, zrozumienie i otwarte oczy, próbę wczucia się w czyjąś sytuację – powiedziała komentując zabójstwa Georga Floyda ostatnia z nich.

Chwała zobowiązuje

To jasne, że sukces potrafi namieszać w głowie. Pewnie dlatego do dziś tak dużym podziwem cieszy się podejście Ashe do jego sportowych osiągnięć. Wielka odpowiedzialność – to ona zdaniem legendarnego zawodnika była nierozerwalnie związana z pozycją społeczną, jaką nieoczekiwanie przyszło mu zająć. Swój „dług” względem świata Ashe potraktował naprawdę poważnie, podejmując realne działania na miarę swoich nowych możliwości. Z tą myślą zabierał głos w interesie wykluczonych grup społecznych, uczestniczył w protestach na ich rzecz czy tworzył programy szkoleniowe dla zdolnej młodzieży.

Dobrze pamiętał swoje niełatwe początki na podzielonym rasowo placu zabaw. Być może gdyby nie praca, którą ojciec – „złota rączka” dostał w pobliżu kortów nigdy by się na nich nie pojawił. Prawdopodobnie równie nikłe szanse na zaistnienie w świecie sportu miałby gdyby Ron Charity nie wziął go przed laty pod swoje skrzydła, a potem nie przekonał do startów w lokalnych turniejach. Ashe pierwsze kroki stawiał w społecznych podziemiach i nigdy nie zapomniał o tych, którzy tam zostali. Wiedział, że dzięki swojej karierze może odmienić los milionów ludzi, a ten zdawał się traktować dużo poważniej niż pokaźną skądinąd kolekcję pucharów. Pewnie dlatego tak wiele osób powtarza dziś za nim – Zacznij tu gdzie jesteś. Wykorzystaj to, co masz. Zrób to co możesz.

Nieszczęście sprawia, że pozostajesz człowiekiem

Wiemy już, że Ashe na świat patrzył inaczej niż nakazywałyby to pielęgnowane przez lata „standardy”, a obok niezapomnianych zagrań całe rzesze ludzi porywał magią swoich słów. To za ich sprawą skłaniał do niełatwych refleksji, a przede wszystkim kwestionowania zastanej rzeczywistości. Co najważniejsze potrafił jednak dać swoją postawą przykład prawdziwej siły charakteru i pokory, nawet wtedy gdy los wystawiał go na próbę.  Jako wyjątkowy wyraz wierności własnym przekonaniom zapamiętana została jego słynna później korespondencja  z jednym z fanów. Kiedy światło dzienne ujrzała informacja o tym, że podczas transfuzji krwi Ashe zarażony został wirusem HIV wielu jego kibiców popadło w rozpacz. Z całego świata spłynęły wtedy wyrazy głębokiego żalu, a razem z nimi pytania – „Dlaczego Bóg skazał na to akurat Ciebie?”. W odpowiedzi na jeden z listów zawodnik zdobył się wtedy na niezwykłą ocenę swojej sytuacji.

– Ponad 50 milionów dzieci zaczyna grać w tenisa. 5 milionów trenuje. 500 000 uczy się jak zostać profesjonalistą. 50 000 dochodzi do rywalizacji w tourze. 5000 występuje na Wielkim Szlemie. 50 gra na Wimbledonie. 4 dochodzi tam do półfinału, 2 do finału. Trzymając w dłoni puchar mistrzowski nigdy nie zapytałem Boga „Dlaczego ja?”. I dziś w nieszczęściu, które mnie spotkało także tego nie zrobię – napisał wtedy.

Podobno niemożliwego dokonać może tylko ktoś, kto nie wie, że się „nie da”. Tak właśnie zawsze o nim myślałam. Na korcie Ashe grał przede wszystkim o szansę, by stanąć w obronie tego, co niezmienione dłużej pozostać nie mogło. Dziś dzień jego urodzin i chyba byłby szczęśliwy, bo miano wielkiego tenisisty stało się tylko jednym z powodów, dla których nie pozwala o sobie zapomnieć.

Natalia Kupsik