Nawet Federer nie gryzie

Artur St. Rolak , foto: AFP

Artur St. Rolak

Z Jerzym Janowiczem rozmawia Artur St. Rolak.

Podczas konferencji prasowej w Poznaniu padło pytanie, czy wolałby pan wygrać turniej Wielkiego Szlema, czy zdobyć złoty medal olimpijski. Takich pytań nie zadaje się tenisistom przypadkowym. Poczuł się pan nim doceniony?
– Hm… Przez ostatnie dwa miesiące coś tam osiągnąłem… Prezentowałem naprawdę dość wysoki poziom. Jako kwalifikant „zrobiłem” trzecią rundę Wimbledonu i byłem o jedną piłkę od czwartej, a potem wygrałem dwa challengery tydzień po tygodniu. Ale nie mnie to oceniać. Na wszystko patrzę z dystansem i chcę tylko robić swoje, czyli ciężko pracować na sukces. Po prostu kocham to, co robię.

Jak wysoko sięgają dziś pana marzenia? Pięćdziesiątki, dwudziestki, jeszcze wyżej?
– Marzenia nie znają ograniczeń; marzyć można nawet o czymś nieosiągalnym. Ja marzę o pierwszej dziesiątce i nie wiem, czy to jest osiągalne. Dziś wydaje mi się, że tak. Przecież w ciągu dwóch-trzech miesięcy z 240. miejsca w rankingu wskoczyłem do czołowej setki. Do końca roku mam do obrony niecałe 50 punktów, a to daje mi dużą szansę, aby wkrótce wskoczyć do „70”, może nawet „60”.

Wimbledon pokazał, że tenisiści nawet z drugiej czy trzeciej dziesiątki nie są wcale tacy straszni. Czy panu nigdy nie zdarzyło się trząść portkami przed znacznie wyżej notowanymi przeciwnikami?
– Nigdy nie bałem się żadnego rywala i żadnego meczu. Pamiętam swój pierwszy mecz w challengerze we Wrocławiu. Miałem wtedy zaledwie jeden punkt w rankingu i ktoś mi powiedział, że mam grać z Nicolasem Mahutem, wtedy numerem 45 na świecie. „No i dobrze” – pomyślałem. Wyszedłem na kort i wygrałem. Znam wielu zawodników, którzy boją się lepszych rywali. Ja tego strachu nie rozumiem. Przeciwnik ani mnie nie uderzy, ani nie pogryzie, więc czego tu się obawiać?

Coraz częściej będzie się pan ocierał o tenisistów znanych do tej pory tylko z telewizji. Nie speszy się pan spotykając w tej samej szatni Rogera Federera, Rafaela Nadala, Novaka Dżokovicia?
– Sześć lat temu, kiedy jako junior po raz pierwszy pojawiłem się na Wimbledonie, latałem po wszystkich kortach i szatniach, aby z bliska zobaczyć najlepszych na świecie. Przez dwa dni zrobiłem wtedy chyba więcej kilometrów niż na treningach. To już jednak minęło, dziś wszyscy rywale są dla mnie takimi samymi tenisistami jak ja. Tyle tylko, że niektórzy mają niewiarygodne osiągnięcia.

Jeszcze w tym roku nie było dla pana miejsca nawet w drugiej setce. Kiedy dziennikarze to wypominali, nie był pan zadowolony…
– Podczas konferencji prasowej przed meczem z Madagaskarem padło pytanie, gdzie jest Bernard Tomic, a gdzie jestem ja, i czy mnie to nie drażni. Odpowiedziałem: „Spokojnie! Jestem zadziornym typem i tak tego nie zostawię”. Zaciąłem się i mam nadzieję, że to zacięcie teraz widać.

Co to znaczy być „zadziornym typem”?
– Ja to rozumiem tak, że nigdy się nie poddaję. Podczas meczu nie odpuszczam żadnej piłki. Jeżeli coś mi nie wychodzi, to czerpię z tego jeszcze większą motywację. Nie przejmuję się negatywnymi komentarzami i chyba w ogóle trudno mnie „ujarzmić”.

Po kim pan to ma? Bardziej po mamie czy po tacie?
– Raczej po tacie, ale mama też trochę dołożyła.

Obydwoje lubią powtarzać, że z powodu takiego charakteru trudno byłoby panu odnaleźć się w sportach drużynowych.
– No tak, jestem indywidualistą. Lubię sporty drużynowe, ale nie mógłbym uprawiać ich zawodowo. Gdybym nie grał w tenisa, to i tak byłoby to coś rakietką – badminton, tenis stołowy, może squash.

W Poznaniu widać było, że świetnie nadaje się pan natomiast na idola dzieci uprawiających tenis.
– Widocznie doceniają to, co osiągnąłem. I trzeba się cieszyć, że same też chcą grać. Może kiedyś one też będą rozdawały autografy?

W Łodzi o następców chyba nietrudno. Przez pana turniej – Jerzyk Cup – przewija się coraz więcej dzieci. Skąd pomysł na taki turniej?
– Pomysł był wspólny – moich rodziców, pan prezes MKT Łódź i mój. Zaczęlismy się zastanawiać, jak najlepiej promować tenis wśród najmłodszych. W tym turnieju z roku na rok bierze udział coraz większa liczba dzieci. Sam, kiedy tylko jestem w domu, zawsze wpadam na te zawody i gram z uczestnikami.

Co by pan zasugerował rodzicom, którzy chcieliby, aby ich dzieci wyrosły na nowych Federerów, Szarapowe, Janowiczów, Radwańskie…?
– Przede wszystkim, żeby nie nakładali na dziecko żadnej presji. Wyniki między dziesiątym a siedemnastym rokiem życia – zwłaszcza dla chłopców – nie mają najmniejszego przełożenia na to, jakim kto będzie zawodnikiem w kategorii seniorskiej. Oczekiwanie ciągłych zwycięstw może tylko zniechęcić dzieci do tenisa. Niech się bawią i po prostu grają. Nacisk trzeba położyć na rozwój ogólny, a nie wyniki za wszelką cenę.

Kiedy walczył pan awans do drugiej setki rankingu ATP, pana tata chciał zakładać się z całym światem, że ten sezon skończy pan w pierwszej. Wiedział pan o tym?
– Tak, wszyscy mi o tym mówili, a wielu się z tego podśmiewywało. Mój tata zawsze we mnie wierzył i wie, na co mnie stać. Widocznie miał też dobre przeczucie.

A nie wywoływało to dodatkowej presji?
– Szczerze? Nie. Ja nie przejmuję się opiniami, komentarzami czy krytyką nikogo, kto stoi z boku. Co mi to da, że będę się nimi przejmował? Mam płakać, gdy ktoś nazywa mnie amatorem? Robię to, co chcę robić, i robię to w taki sposób, jaki uważam za słuszny. Krytykować mogą mnie tylko rodzice i trener.

Jeszcze nikt nie awansował do czołowej setki tylko dlatego, że miał dużo talentu i trochę szczęścia. Jak – o ile w ogóle – zmienił się pana tenis w ciągu dwóch, trzech lat?
– W tym czasie bywało i z górki, i pod górkę. Zwłaszcza ostatni rok był jak rollercoaster – gdy tylko awansowałem na 140. miejsce, nagle przyplątał się jakiś kryzys. Nie mogłem wygrać prawie żadnego meczu i spadłem na 240. Najważniejszy jest jednak ten rok. Zmieniłem rakietę na taką, która mi więcej wybacza, mam nowego trenera przygotowania fizycznego…

Warto go docenić jak się nazywa?
– Piotr Grabia. Nie wiedzialem, jak te zmiany zadziałają, ale musiałem coś zmienić, bo coś się w mojej grze zacięło. Zadziałały i jestem w pierwszej setce. Wielka w tym zasługa Kima Tiilikainena, z którym współpracuję od ponad trzech lat. To on sprawił, że zacząłem grać bardziej agresywnie.

Właśnie. Kiedyś rzadko wykorzystywał pan swoje warunki fizyczne, a dziś często chodzi pan do siatki i bawi się dropszotami.
– Najzwyczajniej dojrzałem do takiej gry. Jestem już dorosłym tenisistą i nie gubię się na korcie. Gdy jedno uderzenie mi nie wychodzi, nie panikuję i szukam innego rozwiązania. Jeśli widzę, że przeciwnik wszedł w rytm returnu, to staram się ten rytm złamać i trochę go postraszyć pójściem na siatkę. Kiedy rywal biega kilka metrów za linią końcową i przebija wszystkie piłki, to dobry skrót go zaskoczy. Nie jest to więc już proste bicie głową w mur.

Powiedział pan, że woli zdobyć tytuł wielkoszlemowy niż medal olimpijski. Igrzyska są raz na cztery lata, natomiast Puchar Davisa kilka razy w roku. Czuje pan wtedy, że nie są to zwykłe mecze o punkty?
– Na pewno. W Pucharze Davisa nie gram tylko dlka siebie. Gram dla kolegów z drużyny, dla trenera siedzącego na ławce, dla całego kraju. To są zupełnie inne odczucia, inna atmosfera, inny stres. Mecz pucharowy wymaga całkiem innego nastawienia mentalnego niż mecz o punkty ATP. Dla mnie to zawsze bardzo poważne przeżycie. W ostatnich dwóch latach zagrałem we wszystkich spotkaniach poza tym z Finlandią w Sopocie. Powołanie do reprezentacji zawsze przyjmuję z radością. Żaden turniej nie da jej tyle co tydzień z Pucharem Davisa.

A najbliższy mecz – z Białorusią – w pana rodzinnej Łodzi. Trudno sobie wyobrazić, aby nie dostał pan powołania do reprezentacji. Czy już uwzględnił pan ten termin w kalendarzu startów?
– Oczywiście. Teraz wszystko zależy tylko od kapitana Radosława Szymanika.

Po tym wszystkim, co już pan powiedział, aż głupio pytać o dodatkową presję z powodu grania przed rodziną, sąsiadami, kolegami…
– Pytać można, ale nie – dodatkowej presji raczej nie będzie. Pierwszy raz w Pucharze Davisa, zresztą przeciwko Białorusi, zagrałem mając nicałe 18 lat. W debiucie pokonałem Maksa Mirnego, choć – teoretycznie – przed tym meczem przekreślano moje szanse. A ja się nie spaliłem, choć miałem publiczność przeciwko sobie. Wręcz od początku pobytu w Mińsku aż nie mogłem się doczekać, kiedy wreszcie wyjdę na kort. Wydaje mi się, że i teraz nic złego się nie wydarzy i zagram najlepiej jak potrafię.