Nie należę do osób, które lubią się chwalić – rozmowa z Magdą Linette, II część

Antoni Cichy , foto: Monika Piecha-Ziółkowska

Antoni Cichy

Z Magdą Linette rozmawia Antoni Cichy

Miniony sezon był dla pani udany także pod względem finansowym. Czy 257 tysięcy dolarów zarobionych na korcie pozwala, żeby choć trochę odłożyć?
Czytałam, że zarobiłam 250 tysięcy i zaczęłam się zastanawiać, gdzie są te pieniądze? (śmiech) Faktycznie, w tym roku było dużo łatwiej dzięki wielkim turniejom, co trzeba podkreślić. Naprawdę mogę sobie wszystko spokojnie zaplanować, ale dla mnie samej nie pozostaje zbyt wiele. Mogę zapłacić za wszystkie turnieje, trenerom, choć jeszcze nie w stu procentach tyle, na ile zasługują. W końcu możemy jednak stanąć na nogi. I nie muszę się obawiać o to, co będzie jutro. Zapewnia mi to komfort psychiczny na najbliższe miesiące. Także z tego powodu uzyskiwałam lepsze wyniki.

Planuje pani powiększyć ekipę na sezon 2016?
Chcielibyśmy to zrobić. Mamy wiele planów, choćby taki, żeby przynajmniej te kilka dni w roku na turniejach był ze mną fizjoterapeuta. Najpierw chcę jednak w pełni opłacać trenerów i stanąć na nogi – ja, jako osoba poza kortem, żeby poza nim także wieść spokojne życie.

Jest pani jedną z tenisistek, której markę promuje się bardzo prężnie.
Bardzo się staramy. Sporo osób zgromadzonych wokół mnie pomaga mi. Nie ukrywam, że czasami jest ciężko. Nie należę do osób, które lubią się chwalić w mediach społecznościowych, ale to część tego, co robię, i wielu ludzi ciekawi, co się ze mną dzieje. Doceniam to i staram się, jak mogę, aby miało to fajny styl. Jakub Puchalski też bardzo mi pomógł i uświadomił, jak wszystko powinno wyglądać. Powoli porządkujemy sprawy z mediami społecznościowymi i ludzie zaczynają być zainteresowani. Odnosimy na tym polu małe sukcesy.

Czy przekłada się to na zainteresowanie sponsorów?
Prowadzimy trochę rozmów, ale nie jest to boom na Magdę Linette. Pojawiam się nieco więcej w mediach, co zapewne mi sprzyja.

Dostrzega pani różnicę po kilku miesiącach nieobecności w kraju? Ludzie częściej rozpoznają panią na ulicy?
Właściwie to nie wiem. Ludzie nie podchodzą do mnie i wydaje mi się, że jeszcze przez długi czas nie będą do mnie podchodzić. Na kortach też tego nie czuję. Czasami ktoś może życzy mi powodzenia, ale to też raczej na korcie. Albo mnie znają, albo zobaczyli mnie w telewizji.

Martwi to panią?
Nie, ja lubię być nierozpoznawalna. Mimo wszystko wolę żyć swoim cichym życiem. Pasuje mi, że ludzie nie wiedzą, jak wyglądam z twarzy.

""Jakie cele stawia sobie pani na przyszły sezon?
Chcielibyśmy, żebym grała trochę lepiej w turniejach wielkoszlemowych, żebym osiągała drugie, a nawet trzecie rundy. Uważamy, że stać mnie na to przy względnie udanym losowaniu. Jeśli od razu trafię na Serenę Williams, będzie ciężko. Po drugie, chciałabym podskoczyć trochę w rankingu i przyszłym sezon zakończyć w czołowej „50”. Musiałabym zagrać co najmniej o 20-30 procent lepiej niż w tym roku. Jesteśmy pozytywnie nastawieni i nie widzę powodów, dla których miałoby to nie wyjść. Mam nadzieję, że poradzę sobie psychicznie z ciężką pracą, ciągłym podróżowaniem i graniem z tymi samymi przeciwniczkami. To będzie dla mnie ważny sprawdzian i mam nadzieję, że go zdam. A jeśli nie wyjdzie w sezonie 2016, spróbujemy w kolejnym.

Wybiera pani drogę krok po kroku.
Nigdy nie szłam w górę w zawrotnym tempie. Zawsze raczej spokojnie. Wszystko zajmuje mi trochę więcej czasu, ale może to lepiej. Nie będzie gwałtownego spadku, jak nie zrobię gwałtownego skoku. Nie wiadomo, jak bym sobie z tym poradziła. Wierzę, że taka spokojna droga jest dla mnie najlepsza. Nie obarczam się też wtedy tak dużą presją.

Bierze pani pod uwagę występy w Fed Cup?
Tak. Mam nadzieję, że będę mogła zagrać, a jak już zagram, to przede wszystkim bardzo dobrze. To się najbardziej liczy. Pomogłoby mi to również w walce o wyjazd na igrzyska olimpijskie. Występ w Rio byłby spełnieniem marzeń.

Czy jeśli zdrowie dopisze, polscy kibice zobaczą panią w Katowicach?
Taki mam plan. Nie chcę mówić, że na 100 procent, bo nigdy nie ma nic pewnego. Bardzo lubię ten turniej, do tego jest w Polsce, więc jak tu nie zagrać? Naprawdę, bardzo bym chciała.

Dla pani to szczęśliwe miejsce.
Tak, ale poza tym są tam bardzo mili ludzie. Świetnie się tam czuję. Wszyscy są pomocni, atmosfera znakomita. Lubię ten turniej, choć wolałabym oczywiście, żeby rozgrywano go w naszym pięknym Poznaniu. Ale do Katowic też przyjadę. (śmiech)

Jak wyglądają pani plany na pierwsze tygodnie sezonu?
Trenuję godzinę drogi od Shenzhen, więc prawdopodobnie tam rozpocznę sezon. To tak blisko, że wylatywanie na inne rozgrywki byłoby raczej bez sensu, skoro mam turniej pod nosem. Zobaczymy jeszcze listę zgłoszeń, ale rok temu była to najsłabiej obsadzona impreza z trzech rozgrywanych w pierwszym tygodniu sezonu.

Podobno myśli pani u studiach biznesowych.
Tak, ponieważ Indiana University ma podpisane umowy z WTA i zawodniczki dostają zniżkę na studia. Dość sporą zniżkę. Najważniejsze jednak, że dopuszczają internetowy tryb nauki. Gdybym miała możliwość i taką pomoc na jednej z polskich uczelni, oczywiście wybrałabym Polskę. Wiele zawodniczek tam studiuje. Pytałam je o opinie i bardzo sobie chwaliły ten wybór. Mówiły, że poziom jest wysoki, mają dużo roboty, ale i tak są zadowolone. Niestety, muszę jeszcze zdać testy z języka angielskiego i to dla mnie największy problem. Nigdy nie wiem, kiedy mogę do nich podejść. Gdyby nie testy, zaczęłabym studia już we wrześniu.

Sprawia pani wrażenie osoby, która lubi nad sobą pracować. Uczy się pani, dużo czyta.
Nie lubię stagnacji. Zwłaszcza teraz, kiedy się już nie uczę. Denerwuje mnie to. Staram się w takim razie uczyć chorwackiego, mam w planach naukę podstaw chińskiego, żeby móc chociaż zamówić coś w restauracji. Powoli idzie mi coraz lepiej. Umiem powiedzieć „ryż”, „woda”. Wciąż dużo nauki przede mną. W języku chińskim występują tony, które trzeba odpowiednio akcentować. Są cztery akcenty, więc jeśli powie się coś z niewłaściwym, nawet jeśli zabrzmi to podobnie, Chińczycy nie zrozumieją.

W czasie US Open czytała pani „Imię Róży”. Czy Umberto Eco to pani ulubiony pisarz?
Nie, ale mówiąc tak całkiem szczerze, miałam ochotę na coś bardziej ambitnego. Czytam wszystko, po prostu wszystko. Nawet „Zmierzch”. Mam w planie zabrać się za polskie lektury, bo muszę się przyznać, że nie wszystkie przeczytałam. Pani od polskiego zabiłaby mnie teraz. (śmiech)

Ambitna z pani dziewczyna. Chyba trudno byłoby znaleźć maturzystkę, która nie ominęła żadnej lektury.
Ja po maturze czytałam nawet podręczniki. Nie często jest okazja, żeby to robić, utrwalić sobie coś. Nie mam konta na Facebooku i nie lubię spędzać czasu na tego typu stronach, choć czasem sama się na tym łapię. Po czterech latach człowiek chce coś zmienić w swoim życiu. Stąd ten pomysł ze studiami.

""

Brak konta na Facebooku oznacza, że woli Pani rozmawiać z ludźmi w cztery oczy?
Nie cierpię pisać do ludzi, ale niestety mój dzisiejszy styl życia na to nie pozwala. Nie, nie lubię tego. Nie podoba mi się kierunek, w jakim zmierza świat. Jest pośpiech, wszyscy siedzą z telefonami. Nie doceniamy wielu rzeczy. Postanowiłam od tego trochę uciec. Znajomi, z którymi chcę utrzymywać kontakt, mają mój numer telefonu i rozmawiamy. Nie podobało mi się, że wiele osób pisało do mnie tak nagle, kiedy osiągnęłam sukces. „Wygrałaś, no ale co? Farta miałaś?” Myślałam sobie wtedy „jak można do kogoś napisać w ten sposób?”. Ludzie składają na Facebooku życzenia na urodziny, bo otrzymują przypomnienia. A dla mnie to akurat ważne, żeby o tym pamiętać. I teraz widzę naprawdę, kto o mnie nie zapomniał. Od czasu, kiedy usunęłam konto na Facebooku, spoza rodziny pamiętała o urodzinach tylko jedna osoba, więc…

Czy żyjąc daleko od rodzinnego domu, w obcym kraju, łatwiej docenić coś, czego nie docenia się na co dzień?
Chyba tak. Nie czytam wiadomości, jestem nieco odcięta od świata, więc do wielu spraw podchodzę inaczej. Mniej się martwię. Nie lubię oceniać niczego pochopnie. Czasami w mediach pojawia się jakaś opinia o kraju, a człowiek tam przyjeżdża i okazuje się, że wszystko jest w porządku. W Chorwacji jest przepięknie, fantastyczna natura, a tak bardzo o tym się nie mówi. Czasami bez wyrobionego poglądu lepiej podchodzi się do niektórych spraw.

Jest pani szczęśliwa?
Tak, mogę tak powiedzieć. Wiele przeszłam w życiu, realizuję się, nie mam poważnych zmartwień. Od kiedy odeszła kwestia finansowa i jestem spokojniejsza o to, mogę korzystać z życia, zwiedzać; jeśli chcę iść do teatru na musical, to idę na ten musical; jeśli chcę iść na kolację, to też na nią idę i nie muszę się przejmować, że zabraknie mi pieniędzy. To takie drobne rzeczy, ale sprawiają, że człowiekowi tak daleko od domu robi się milej. Po ciężkim treningu, jeśli da się sobie taką małą nagrodę, następnego dnia łatwiej wyjść na kort i znów harować. Dostrzega się tego efekty.

Korzysta pani z życia, tak żeby kiedyś niczego nie żałować?
Zwiedzam, chodzę na musicale np. w Londynie byłam na „Wicked” i bardzo mi się podobało. W trakcie minionego roku widziałam chyba więcej niż przez poprzednie 3-4 lata. Wcześniej nie zwiedzałam, nie miałam na to ochoty, a teraz częściej wychodzę, chcę więcej zobaczyć. Mój trener od przygotowania fizycznego bardzo lubi zwiedzać, więc nawet jeśli czasem mi się nie chce, to on mnie wyciągnie. Jestem potem z siebie zadowolona. Ludzie mówią o jakimś miejscu, a ja tam już byłam. To przyjemne uczucie.