Nie taka tragedia straszna, jak ją malują

Krzysztof Domaradzki , foto: AFP

Krzysztof Domaradzki

Odpadnięcie w trzeciej rundzie turnieju wielkoszlemowego z pewnością nie przystoi zawodniczce, która wygrała 36 meczów w sezonie, zdobyła 3 tytuły i wskoczyła na podium rankingu WTA Tour. Gdyby tenisową postawę określały wyłącznie liczby, występ Agnieszki Radwańskiej w Paryżu wypadałoby określić katastrofalnym. Ale nie oddałoby to faktycznego stanu rzeczy.

Swietłanie Kuzniecowej pokonanie Radwańskiej zajęło 72 minuty. Polka, która uchodziła za faworytkę piątkowej konfrontacji, ugrała zaledwie 3 gemy. Onet.pl występ Polki określił „koszmarnym”. Jakub Ciastoń, dziennikarz „Gazety Wyborczej” i jeden z największych rodzimych znawców tenisa, starania krakowianki nazwał „przeciętnymi”. W podobnym tonie wypowiadała się większość dziennikarzy i kibiców. „Swieta zagrała kosmicznie, ale Agnieszka mogła dać z siebie więcej”.

Mają rację co do jednego. Rosjanka tego dnia zaprezentowała tenis nieziemski.

Kuzniecowa zanotowała 27 wygrywających uderzeń. Punktowała niezwykle agresywnym forhendem, doskonałymi bekhendami wzdłuż linii, rewelacyjnie plasowanym serwisem. Poruszała się po korcie ze zwinnością, z której słynie Polka: nie straszne jej były ani skróty, do których dopadała w mgnieniu oka, ani kątowe uderzenia, które zgarniała znad ziemi długimi slajsami. W ofensywie zaprezentowała się na poziomie Wiktorii Azarenki czy Marii Szarapowej, a nawet lepiej, ponieważ popełniła zaledwie 16 niewymuszonych błędów, czyli tyle, ile Radwańska. W karze serwisowym ulokowała 44 z 54 pierwszych serwisów (81%). Przy siatce meldowała się 14 razy – 10 wizyt okrasiła punktami. Rozegrała najlepszy mecz od 2009 r., kiedy sięgnęła po triumf we French Open. W piątek najprawdopodobniej nie wygrałaby z nią żadna tenisistka, nawet Serena Williams z Charleston czy Azarenka z Melbourne.

Radwańska zrobiła, co mogła, żeby Kuzniecowej stawić opór. Nieco pasywny, oparty na twardej defensywie tenis Polki nie sprawdził się. Rosjanka ekspresowo przejmowała inicjatywę i za nic w świecie nie chciała się mylić. Urozmaicanie gry i zmiany rytmu również zawiodły, albowiem była mistrzyni French Open w piątek bezbłędnie odczytywała reakcje kortu im. Philippe’a Chatriera – ani razu nie zmylił jej kąt odbicia piłki, nawet gdy zmieniała go nierówność placu gry. Zawiodły w końcu ofensywne zapędy Polki. Krakowianka zanotowała 11 uderzeń wygrywających, tylko 3 mniej niż w pojedynku z Venus Williams, ale wykonała co najmniej kilkadziesiąt zagrań, które przyniosłyby jej punkty w starciach z innymi zawodniczkami. Na Kuzniecowej nie zrobiły większego wrażenia.

Tenisowi fani w ostatnich dniach na przemian przesiąkali optymizmem i pesymizmem. Po szybkiej porażce w Rzymie wiara w sukces Radwańskiej w Paryżu – za taki należałoby uznać awans do półfinału – opadła. Drastycznie przygasła kilka dni później, gdy okazało się, że na Rolandzie Garrosie krakowiankę czeka droga przez piekło, albowiem losowanie wepchnęło Polkę pomiędzy najbardziej niewdzięczne szczeble turniejowej drabinki. Potem zaś wzrosła, gdy Radwańska wygrała w Brukseli, i niemal eksplodowała po pojedynku z Williams. Przed meczem z Kuzniecową apetyty były ogromne. Ale po niewiele ponad godzinie nikomu już się jeść nie chciało.

Nie powinien natomiast zmaleć apetyt Radwańskiej. Odpadnięcie w trzeciej rundzie nie jest katastrofą. W zeszłym roku w Paryżu wygrała tylko jeden mecz więcej, nigdy nie dotarła nawet do ćwierćfinału. Porażka z 28. zawodniczką na świecie nie przynosi ujmy, szczególnie że jej pogromczyni jest wybitną specjalistką od gry na mączce, a przy okazji rozegrała jeden z najlepszych meczów w karierze. W rankingu Polka także nie powinna spaść. Jeżeli nawet wyprzedzi ją Petra Kvitova, to tylko na chwilę, albowiem po Wimbledonie krakowianka raczej wróci na podium.

Nie ma potrzeby wznosić larum, ponieważ przypadek Radwańskiej nie jest bezprecedensowy. W 2004 r. Roger Federer także nie przebrnął 3. rundy French Open. Przegrał wówczas z Gustavo Kuertenem, byłym mistrzem (nawet trzykrotnym), który w jednym meczu wzniósł się na poziom, jakim olśniewał przez lata, stając się jednym z najznamienitszych graczy, jacy kiedykolwiek występowali w Paryżu. Federer był wówczas zdruzgotany, ale jego przygnębienie nie trwało długo. Parę tygodni później Szwajcar sięgnął po triumf w Wimbledonie, następnie zwyciężył w US Open, a potem zanotował jeszcze kilkanaście najcenniejszych zwycięstw. Już nigdy ze zmaganiami wielkoszlemowymi na tak wczesnym etapie się nie rozstał.

Nie ujmując nic Radwańskiej, do poziomu Federera jeszcze jej trochę brakuje. A skoro wirtuozi jego pokroju odpadali we wstępnej fazie Rolanda Garrosa, przegrywając ze starymi mistrzami, niepowodzenia Polki tragedią tytułować nie wypada. Jeżeli pójdzie w ślady szwajcarskiego dżentelmena, parę triumfów może jej jeszcze skapnąć.