Odesnik – ten, który zasiał niepokój

Krzysztof Domaradzki , foto: AFP

Krzysztof Domaradzki

Wayne Odesnik wrócił na wimbledońskie trawniki, niosąc ze sobą pokaźny bagaż mrocznych doświadczeń. Jego obecność sprawiła, że we wczorajszych kreczach i walkowerach co podejrzliwsi dopatrywali się znacznie więcej niż pechowego zbiegu okoliczności.

Tenis nie jest dyscypliną, która kojarzy się z dopingiem. Nigdy nie została splądrowana przez afery, jak choćby kolarstwa w ostatnich latach. Nigdy nie roiło się w niej od podejrzeń o stosowanie dopingu – w zasadzie tylko Rafael Nadal, z racji swojego niezwykłego przygotowania fizycznego, musi regularnie odpierać absurdalne zarzuty. Nigdy ustawianie meczów – choć się zdarzało, owszem – nie było takim problemem, jakim jest np. w piłce nożnej, w której to potrafiło przed kilkoma laty rozerwać na strzępy włoską Serie A, jedną z najpotężniejszych lig na świecie. Wreszcie – nigdy oszustwa nie były zarazą, która by psuła nieskazitelny wizerunek dyscypliny.

Aż pojawił się Wayne Odesnik. Pierwszy skandal z jego udziałem miał miejsce w 2009 r. – w trakcie Wimbledonu. Dla Amerykanina tenisowe święto zakończyło się już na pierwszej rundzie, w której to przegrał z Jurgenem Melzerem. W trackie spotkania, w którym Odesnik w zasadzie nie podjął walki, kilka razy skarżył się na problemy fizyczne. Potem zresztą zmagał się z urazem pachwiny. Problem w tym, że na jego porażkę postawiono kilkaset tysięcy funtów. Tennis Integrity Unit (TIU), tenisowa organizacja antykorupcyjna, nie stwierdziła, jakoby podejrzewała Odesnika o ustawienie meczu, ale, jak przekonuje Sportingintelligence.com, wiele źródeł potwierdza, że Amerykanin był głównym podejrzanym w sprawie. To był jednak dopiero początek – niewinny zwiastun tego, co miało nastąpić.

Drugi skandal, na znacznie większą skalę, miał miejsce zaledwie kilka miesięcy później. W organizmie Odesnika wykryto hormon wzrostu – wspomagał się nim na początku 2010 r., kiedy to uwaga tenisowych fanów skupiona była na rywalizacji w Australii. W maju tego samego roku został zdyskwalifikowany na dwa lata. Jednak jego rozbrat z tenisem trwał znacznie krócej – niecały rok. I tu zaczyna się trzeci skandal.

Niedługo po tym, jak został przyłapany na stosowaniu zabronionej substancji, Odesnik zaczął współpracować z ITF. Początkowo zadeklarował pomoc w walce z dopingiem. Z czasem jednak okazało się, że jego wsparcie dla tenisowych organów ścigania ma być znacznie szersze. W 2010 r. Odesnik spotkał się z Jeffem Reesem, szefem TIU. Miał pomóc organizacji w zdobywaniu informacji. Szybko się okazało, że wychodzi mu to całkiem nieźle.

Na początku 2011 r. wybuchł kolejny skandal, ale tym razem nie z udziałem Odesnika – Amerykanin jedynie doprowadził do jego eskalacji. Daniela Koellera oskarżono o ustawianie meczów. Niespełna pół rok później został dożywotnio dyskwalifikowany. Odesnik był świadkiem podczas jego sprawy. Wprawdzie to nie jego zeznania doprowadziły do skazania Austriaka, ale nie ulega wątpliwości, że Odesnik w jakiś sposób był w to zamieszany. Dziś już nikt nie ma wątpliwości, że Amerykanin nie tylko pomagał w zwalczaniu dopingu w tenisie – akurat w tej dziedzinie sukcesów na jego koncie nie stwierdzono – ale przede wszystkim donosił władzom na kolegów z kortu. Został typową wtyką, kretem.

Czołowi tenisiści potępiali zachowanie Odesnika. Jedni mówili, że po prostu nie wypada robić tego, czym on się zajmował, czyli zdradzać kolegów po fachu. Innym nie podobało się, że zajmuję się tym ktoś, kto sam został złapany na dopingu, a na dodatek do dziś jest posądzany o ustawienie meczu, mimo że ostatecznie nic takiego nie stwierdzono. Nie dziwne, że mało kto reaguje entuzjastycznie na widok Odesnika.

To jednak nie koniec skandali z udziałem amerykańskiego tenisisty. Najnowszy wybuchł w tym roku, czyli już na etapie, na którym Odesnik chętnie opowiada o tym, że zostawił przeszłość za sobą, jest innym człowiekiem, zmądrzał itp. Okazało się bowiem, że rozmaite dokumenty łączą Amerykanina z kliniką BioGenesis of America. Znajdujący się na Florydzie ośrodek, specjalizujący się w zabiegach odmładzających i opóźniających proces starzenia się, jest podejrzany o dostarczanie środków dopingujących gwiazdom MLB oraz bokserom. Na liście osób, które miałyby korzystać z usług zarządzającego kliniką dr. Tony’ego Boscha, znajduje się m.in. 38-letni Alex Rodriguez – jeden z najlepszych baseballistów na świecie. W trakcie zamieszania wokół BioGenesis ponownie pojawiło się nazwisko Odesnika. Tenisista, rzecz jasna, wyparł się jakiegokolwiek związku ze sprawą.

Kwestia podejrzanej kliniki i Odesnika wróciła przy okazji Wimbledonu. Na konferencji prasowej Amerykanin chętnie mówił o tym, że jest odmienioną osobą, ale gdy dziennikarze schodzili na temat BioGenesis i zamieszania wokół niego, odsyłał ich do swojego prawnika. Rzadko się zdarza, by na konferencji sportowiec odsyłał do swojego obrońcy. Ale mając na uwadze przeszłość Odesnika, nie jest to nic nadzwyczajnego.

Amerykański skandalista przegrał w pierwszej rundzie z Jimmym Wangiem, ale zostawił po sobie bród, który jeszcze długo trzeba będzie szorować. Kiedy wczoraj tenisiści padali jak muchy – z imprezy, wskutek różnorakich kontuzji, wycofało się aż osiem osób (cztery walkowery i cztery krecze) – duch Odesnika unosił nad kortami. Przez jego nieczyste zagrywki, z których część do dziś nie została wyjaśniona, podejrzenia zaczęły padać na zawodników, którym nieuczciwość nawet przez myśl by nie przeszła (nie mówię o Wiktorii Azarence).

Dobrze, że chociaż Roger Federer i Maria Szarapowa przegrali swoje mecze w normalnych okolicznościach – o ile można mówić o normalnych okolicznościach, gdy z turnieju wylatują dwie supergwiazdy. Dzięki temu łatwiej uwierzyć, że byliśmy świadkami jednego z najbardziej sensacyjnych dni w historii Wimbledonu, a nie podle uknutego oszustwa.