Paryski niedosyt

Krzysztof Domaradzki , foto: AFP

Krzysztof Domaradzki

Ponaddwutygodniowe zmagania na kortach im. Rolanda Garrosa tradycyjnie przyniosły masę emocji, niespodzianek i zdarzeń, które tenisowi fani zapamiętają na długo. Szkoda tylko, że polski udział w tych incydentach miał charakter epizodyczny.

Siedmioosobowa załoga znad Wisły jechała do Paryża z wielkimi nadziejami. Szaleć miała Agnieszka Radwańska, cudów mieli dokonywać Mariusz Fyrstenberg i Marcin Matkowski, o niespodziankę miały pokusić się deblistki, wprawić w zdumienie kibiców miał Łukasz Kubot. Chmura sukcesu urosła do rozmiarów gargantuicznych, ale utoczyła ledwie kilka drobnych kropelek, w zdecydowanej przewadze wyjątkowo kwaśnych.

Zawód wkalkulowany

Agnieszka Radwańska niedługo przez rozpoczęciem Rolanda Garrosa wskoczyła na trzecie miejsce w rankingu WTA Tour. Wyprzedziła Petrę Kvitovą, zeszłoroczną triumfatorkę Wimbledonu, usadawiając się jedynie za Wiktorią Azarenka i Marią Szarapową. Po drodze wygrała trzy turnieje, w tym niezwykle prestiżowy w Miami, zdystansowała Caroline Wozniacki, Samanthę Stosur czy Na Li (pierwsza była liderką światowego rankingu, dwie pozostałe sięgały po wielkoszlemowe laury), wyraźnie poprawiła się na kortach ziemnych. Gdyby nie wyjątkowo niefortunne losowanie, optymiści bez namysłu włożyliby ją do jednego półfinału z nieszczęsną Azarenką. I wierzyliby, że Polka przełamie w końcu białoruski impas.

Zamiast utyskiwać na marne losowanie, Radwańska od razu wrzuciła najwyższy bieg. Gdy rozjechała nikomu nieznaną Bojanę Jovanovski, jeszcze nikt nie wznosił larum, ale gdy w podobnym stylu przejechała się po Venus Williams, niektórzy gotowi byli nazwać Polkę jedną z głównych faworytek do wygrana turnieju, choć jeszcze przed rozpoczęciem zmagań czynili to bardzo niechętnie. Dlatego też po klęsce z rewelacyjnie dysponowaną Swietłaną Kuzniecową w kolejnej rundzie sympatycy rodzimego tenisa byli szalenie niepocieszeni. Radwańska miała co najmniej osiągnąć pierwszy wielkoszlemowy półfinał w karierze, a zanotowała jeden z najgorszych występów w sezonie.

W Paryżu cudów oczekiwano również od jej młodszej siostry. Urszula Radwańska wznieciła apetyty fanów, pokonując w Brukseli Marion Bartoli, finalistkę Wimbledonu z 2007 r. i zeszłoroczną półfinalistkę Rolanda Garrosa. Drugą z rodzimych singlistek także zatrzymało w blokach losowanie, bowiem już w drugiej rundzie miała walczyć z Kvitovą. Przed pojedynkiem z utytułowaną Czeszką nikt od Radwańskiej nie wymagał zwycięstwa, choć chyba wszyscy przypuszczali, że wyrwie rywalce więcej niż cztery gemy.

Przykrość – po trochu sobie, po trochu kibicom – sprawił też Łukasz Kubot. Nasz eksportowy singlista miał niepowtarzalną okazję, aby na jednym z dwóch największych kortów w Paryżu zmierzyć się z Rogerem Federerem. Ale nie z Federerem mocarnym, który trząsł kortami przez lata, lecz Federerem miałkim, ochoczo rozdającym sety, grającym długimi okresami w kartkę. Nie potrzebna była wielka fantazja, aby ujrzeć, jak Kubot odrywa przynajmniej partię wielkiemu Szwajcarowi w czwartej rundzie Rolanda Garrosa. Ale Polak potknął się o rundę za wcześnie. I to na przeszkodzie niespecjalnie wymagającej. David Goffin, jego pogromca, w zeszłym roku gościł w Koszalinie, gdzie Adamowi Chadajowi skradł ledwie sześć gemów.

Podwójne rozczarowanie

O ile siostry Radwańskie zawiodły w okolicznościach łagodzących, a Kubot i tak wyrównał swoje najlepsze osiągnięcie z Paryża, o tyle od deblistów mieliśmy pełne prawo wymagać więcej. Mariusz Fyrstenberg i Marcin Matkowski rozstawieni byli z „czwórką”, kipieli optymizmem po niedawnych turniejowych zwycięstwach w Barcelonie i Madrycie, wierzyli – podobnie do Agnieszki Radwańskiej – że w końcu szczęście się do nich uśmiechnie w wielkoszlemowej imprezie. Z pozoru tylko kilka par stanowiło dla nich realne zagrożenie.

Kłopoty naszych specjalistów od gry podwójnej zaczęły się już w pierwszej rundzie, z hiszpańskimi średniakami – Pablo Andujarem i Guilerrmo Garcią-Lopezem – wojowali ponad dwie godziny, zwycięstwo wyszarpali na ostatniej prostej. W drugiej było odrobinę lepiej – Argentyńczyków, Juana Ignacio Chelę i Eduardo Schwanka, odprawili w dwóch partiach, lecz po nie mniejszych męczarniach (rywale z Ameryki Południowej zdobyli łącznie punkt więcej od Polaków). Katusze zakończyły się w rundzie trzeciej, gdzie nierozstawieni Daniele Bracciali i Potito Starace ogolili naszych deblistów w dwóch setach. Włosi dotarli wprawdzie do półfinału imprezy, ale dla entuzjastycznie umieszczanych w gronie faworytów Polaków stanowi to marne usprawiedliwienie.

Deblowego honoru nie zdołali uratować pozostali krajanie. Kubot, który przed turniejem musiał zamienić Janko Tipsarevicia na Benjamina Beckera (Serb postanowił wojować jedynie w singlu), doszedł do drugiej rundy. Potężnie serwującemu polsko-niemieckiemu duetowi skutecznie postawili się rozstawieni z „piętnastką” Amerykanie, Scott Lipsky i Rajeev Ram. Jako klapę należy uznać także deblowe występy kobiet. Urszula Radwańska poddała mecz pierwszej rundy, wierząc, że dłuższy odpoczynek pozwoli jej lepiej przygotować się do bitwy z Kvitovą. Tylko jedno spotkanie rozegrały Klauda Jans-Ignacik i Alicja Rosolska, które najwidoczniej nie zgrały się najlepiej z zagranicznymi koleżankami. Jako jedyna pierwszą rundę przebrnęła Agnieszka Radwańska, ale mając za partnerkę Angelique Kerber, obecnie dziewiątą tenisistkę świata, nie wypadało polec już na starcie. Drugiej rundy dwie świetne singlistki już jednak nie sforsowały.

Zaskoczyli samych siebie

Żeby odczuć polskie emocje w drugim tygodniu zmagań, musieliśmy zaglądać na korty poboczne, rangą odstające od aren dedykowanych Philippowi Chatrierowi czy Suzane Lenglen. Tam, ku własnemu zdumieniu, niestrudzenie po wielkoszlemowy laur kroczyli Klaudia Jans-Ignacik i Santiago Gonzalez. W grze mieszanej bili się do samego końca.

Polska specjalistka od gry podwójnej nie była nawet pewna, czy w mikście wystąpi, ponieważ wraz z meksykańskim partnerem byli dopiero drugą rezerwową parą. Tak więc nie będzie nic niesprawiedliwego w stwierdzeniu, że do turnieju głównego dostali się psim swędem. Natomiast awans do finału wywalczyli bez udziału przypadku.

Już w pierwszym meczu polsko-meksykańska para pokusiła się o sensację, eliminując Nadię Pietrową i Daniela Nestora – Rosjanka i Kanadyjczyk uchodzą za specjalistów od gry podwójnej, Pietrowa w Paryżu dobrnęła do finału, Nestor sięgnął po tytuł. W drugiej rundzie – na tym etapie z turniejem pożegnali się Alicja Rosolska i Alexander Peya – Jans-Ignacik i Gonzalez w dwóch setach odprawili Annę-Lenę Groenefeld i Matkowskiego, dla którego w tym momencie paryska zabawa definitywnie dobiegła końca. W ćwierćfinale pokonali Natalie Grandin i Paula Hanleya, a w półfinale nie dali szans piątej parze z rozstawienia, czyli Jelenie Wiesninie i Leandrowi Paesowi. Ich triumfalny marsz został sowicie wynagrodzony – wizytą na korcie centralnym i obecnością na antenie Eurosportu.

W finale Polka i Meksykanin polegli, choć byli wyjątkowo bliscy objęcia prowadzenia w starciu z rozstawionymi z „siódemką” Hindusami, Sanią Mirzą i Maheshem Bhupathim. Gonzalez pierwszy raz w turnieju stracił swoje podanie w kluczowym momencie – dziesiątym gemie pierwszego seta, przy prowadzeniu 5:4. Gdyby nie to, finał pewnie potoczyłby się inaczej.

Sukcesu Jans-Ignacik i Gonzaleza nie można jednak umniejszać. Para ta nie była nawet pewna startu w imprezie, a w trakcie turnieju, jak poinformowała po finale Polka, Meksykanin pakował się przed każdym pojedynkiem, licząc się z tym, że po meczu będzie musiał udać się na lotnisko. Asekuranctwo kosztowało go kilkukrotne przebukowanie biletu.

Nadzwyczajny mikstowy występ Jans-Ignacik poprawił humory Polaków, którzy pierwotnie mieli trząść Paryżem jak nigdy dotąd, a ostatecznie drugi tydzień zmagań oglądali z perspektywy trybun lub sprzed telewizora. Dekadę temu uznalibyśmy to za normę, zaakceptowali taki występ, a potem szybko o nim zapomnieli. Ale teraz, będąc nacją, która dysponuje czołową singlistką, deblistami na miarę wielkoszlemowego finału czy singlistą z pierwszej „pięćdziesiątki” rankingu, możemy czuć niedosyt.