Pierwsza rakieta Stanów Zjednoczonych odmłodzona o 12 lat

Szymon Adamski , foto: AFP

W najbliższy poniedziałek John Isner straci miano najwyżej notowanego Amerykanina w rankingu ATP. Po raz pierwszy od blisko dziesięciu lat zabraknie go w czołowej trzydziestce. Kandydatów na jego następcę jest dwóch, jednak szanse jednego z nich są na ten moment iluzoryczne. Nową rakietą numer jeden w USA zostanie najprawdopodobniej Taylor Fritz. 

Amerykanie wciąż czekają na tenisistę, który osiągnięciami nawiąże do wielkich gwiazd z lat dziewięćdziesiątych. Jim Courier, Pete Sampras i Andre Agassi rozpieścili rodzimych kibiców do tego stopnia, że wynik inny niż wygranie turnieju wielkoszlemowego odczytywany był jako porażka. Dominacja Amerykanów na największych tenisowych scenach to już jednak prehistoria. Dość powiedzieć, że jedną z rewelacji tegorocznego Australian Open był Carlos Alcaraz. Gdy Agassi zdobywał ostatni tytuł wielkoszlemowy, utalentowany Hiszpan miał zaledwie pół roku…

Wraz z upływem czasu maleją oczekiwania Amerykanów. Od kilku lat z wielką nadzieją poszukują w tenisowym narybku ,,nowego Roddicka”. Jak gdyby spokorniali i nie śmią już marzyć o gigancie wygrywającym turniej za turniejem. Jednocześnie wciąż zastanawiają się w czym tkwi problem, że zdolnym dziewczynkom udaje się odnaleźć w cyklu WTA, a chłopcy gubią się w drodze na szczyt nim stanie się on dla nich w ogóle widoczny. Trudno to wytłumaczyć.

W trwającym Miami Open wzięło udziału jedenastu(!) Amerykanów, którzy swego czasu byli w pierwszej dziesiątce rankingu ITF do lat 18. Należeli do światowej czołówki, w większości uczestniczyli w wielkoszlemowych finałach. Żadnemu(!) z nich nie udało się powtórzyć tych sukcesów w zawodowych rozgrywkach.

Marnym usprawiedliwieniem dla całej tej grupy będzie hasło ,,potrzeba czasu”. Oczywiście Sebastian Korda i Michael Mmoh należą do grona młodych i zdolnych tenisistów, być może wiele przed nimi, jednak przykłady Denisa Kudli czy Bjorna Fratangelo nakazują ostrożność w tego typu prognozach. Upływający czas nie zawsze jest sprzymierzeńcem dobrze zapowiadających się tenisistów ze Stanów Zjednoczonych.

Pomiędzy obiema grupami figuruje Taylor Fritz. Zawodnik z Kalifornii w październiku skończy 24 lata, do najmłodszych zatem nie należy. Jest raczej gwarantem solidności aniżeli nadzieją na spektakularny sukces. Sześć lat temu, gdy wygrywał juniorski US Open, spostrzeżenia na jego temat były rzecz jasna inne. Jako się rzekło, upływający czas nie zawsze jest jednak sprzymierzeńcem…

Fakt, że to właśnie Taylor Fritz zostanie najprawdopodobniej pierwszą rakietą USA, to duży sukces tenisisty, ale też policzek dla amerykańskiego tenisa. Na czoło wychodzi zawodnik, który w Wielkim Szlemie nigdy nie dotarł dalej niż do 3. rundy, a w mniejszych imprezach ATP odniósł jedno turniejowe zwycięstwo.

Powyższe zestawienie pokazuje, że miniona dekada należała do Johna Isnera. Jeden z najwyższych tenisistów w tourze był najwyżej notowanym Amerykaninem przez 359 tygodni, czyli prawie sześć lat. Do tego miana nie zawsze potrzebował miejsca w pierwszej dwudziestce na świecie. Wypada w tym miejscu jednak docenić powtarzalność sukcesów. Od 2011 roku Isner nie wypadł nawet na chwilę z top 30 rankingu, a takim osiągnięciem mogą się pochwalić jeszcze tylko Novak Dżoković, Rafael Nadal i Roger Federer.

35-latek już w najbliższy poniedziałek ustąpi jednak miejsca młodszym. W Miami nie obronił punktów za finał z poprzedniej edycji. Wcześniej natomiast zrezygnował z wyjazdu do Australii, nie godząc się na warunki kwarantanny i rozłąkę z rodziną.

Co ciekawe, jego następcą może zostać tenisista, który również nie wsiadł do samolotu lecącego w kierunku Melbourne. To Sebastian Korda – największa rewelacja turnieju ATP Masters 1000 w Miami, czwarty najmłodszy zawodnik w pierwszej setce rankingu. On zrezygnował tak naprawdę z występu w kwalifikacjach Australian Open. Decyzji na pewno nie żałuje, bo w tym samym terminie dotarł do pierwszego w karierze finału turnieju ATP. Jak się w nim spisał, polscy kibice na pewno pamiętają, bo po drugiej stronie siatki stał Hubert Hurkacz.

Korda zostanie amerykańską ,,jedynką” jednak tylko wtedy, gdy sięgnie po trofeum w Miami. Choć można się fascynować jego szybkim rozwojem i tempem wspinaczki w rankingu, to mało prawdopodobny scenariusz. W grze wciąż bowiem zostają tenisiści ze ścisłej światowej czołówki: Daniił Miedwiediew, Andriej Rublow, Stefanos Tsitsipas.

Dlatego najprawdopodobniej Johna Isnera zastąpi w poniedziałek Taylor Fritz. Odmłodzenie pierwszej rakiety o 12 lat może wywołać nieśmiały uśmiech tylko u największych optymistów. Niewiele ma to bowiem wspólnego z nadejściem lepszych czasów. Trzeźwiej patrzący na tenisowe wydarzenia dostrzegą w tej zmianie słabnącą pozycję weterana. Okres przewodzenia Fritza potraktują natomiast jako swego rodzaju poczekalnię.

Na kogo czekają? Najpoważniejszy kandydat rozpycha się właśnie łokciami w Miami. Krótka rekomendacja? Uczeń samego Agassiego. Na ten moment Amerykanie nie mogą chyba prosić o więcej.

Szymon Adamski