Przewrót sierpniowy

Krzysztof Domaradzki , foto: AFP

Krzysztof Domaradzki

Hurtowo obalający rekordy pływacy i z impetem wkraczający na bieżnię lekkoatleci nieco przyćmili olimpijskie zmagania tenisistów. Nie zatuszowali jednak transformacji, jaka dokonała się na samym szczycie, gdzie, między innymi, wygrywać zaczął ten, który nigdy nie wygrywał.

Im dłużej trwał turniej męski, tym chętniej skłaniałem się ku temu, że czeka nas powtórka z Wimbledonu. W półfinałach wprawdzie dziwiłem się Juanowi Martinowi del Potro, który grał tak sensacyjnie dobrze, że niemal wyrzucił z turnieju Rogera Federera, i Novakovi Djokoviciowi, który ewidentnie zgubił instynkt zabójcy, lecz przeczucie mówiło mi, że w finale spotkają się ci sami zawodnicy, którzy przed paroma tygodniami z największą gracją poruszali się po londyńskich trawnikach. Obaj prezentowali się zresztą tak, że trudno było zwęszyć inne rozwiązanie.

Odważny Murray

W finale spodziewałem się zaciętej batalii, z której zwycięsko wyjdzie Federer – bardziej doświadczony, wzmocniony psychicznie niedawnym triumfem w Wimbledonie i zwycięskim bojem z del Potro. Przypuszczałem, że Murray będzie naciskał, ale determinacji i konsekwencji taktycznej w końcu mu zabraknie, a wtedy poezja Szwajcara sama przeleje się na kort. Szkot jednak zagrał all-in. Pierwszy raz w karierze.

Upór Murraya zadziwił pewnie nawet jego najwierniejszych fanów, którzy zbyt często widzieli, jak z perfekcyjnie prowadzonej ofensywy rezygnował na rzecz nieuzasadnionej obrony, żeby uwierzyć, iż uda mu się rozegrać cały mecz bez autodestrukcyjnych posunięć. Tymczasem odważnie brnącego przed siebie Murraya widzieliśmy w całym finale, od pierwszej do ostatniej piłki. Szkot nie porażał serwisem, lecz nieustannie nacierał na Federera, który, jak wiadomo nie od dzisiaj, woli dyktować warunki, niż dostosowywać się do zaproponowanych przez rywala.

Skuteczność Murraya potwierdzają statystyki: 8 wygrywających bekhendów świadczy o jego mocy i pewności fizycznej, 9 obronionych breakpointów – przy zaledwie 51% trafionych pierwszych podań – niezaprzeczalnie pokazuje mentalną siłę Szkota. Federer zagrał fatalnie, popełnił 31 niewymuszonych błędów i został stłamszony w sposób bezapelacyjny. Ostatni raz podobny łomot zebrał przed czterema laty, kiedy Rafael Nadal rozjechał go w finale Rolanda Garrosa. Wtedy Szwajcar także grał słabo, lecz nawet świetna dyspozycja zwycięstwa by mu nie dała. Teraz także – Murray zagrał po mistrzowsku, udowadniając ponownie, że zamiast wypychać go z topowej czwórki, co jeszcze kilka miesięcy temu kołatało się w głowach niektórych, trzeba się zastanowić, jak będzie wyglądała rywalizacja pod jego rządami.

Wielka Williams

O ile mężczyźni walczyli rewelacyjnie, co rusz serwując wielogodzinne, stojące na astronomicznym poziomie bitwy, o tyle w zmaganiach kobiet emocji zabrakło, albowiem od początku wszystko było jasne. Jedynie naiwność o niepokojących rozmiarach pozwalała niektórym sądzić, iż Serena Williams nie rozbije wszystkich rywalek. Amerykanka nie straciła nic z determinacji, przy pomocy której tłamsiła rywalki dekadę temu, zdobywając cztery kolejne wielkoszlemowe trofea. Wtedy chociaż ścigała ją siostra. Teraz ściga się jedynie z czasem.

Amerykanka w turnieju olimpijskim straciła 17 gemów; najwięcej, bo aż pięć, skradła jej Urszula Radwańska. Seta nie straciła od dziesięciu meczów; ostatnią zawodniczką, która uszczknęła jednego z jej dorobku, była Agnieszka Radwańska. Nie przegrała też siedemnastu kolejnych spotkań, a gdyby pominąć niewinne potknięcie z Virginie Razzano w pierwszej rundzie Rolanda Garrosa i rezygnację z półfinałowej konfrontacji z Na Li w Rzymie, passa Williams ciągnęłaby się od początku kwietnia i liczyła trzydzieści cztery mecze. Więc choć rankingi mówią co innego, 30-latka wskoczyła na szczyt z hukiem.

W zestawieniu WTA Tour jest czwarta, lecz do prowadzącej trójki – Wiktorii Azarenki, Marii Szarapowej i Radwańskiej – traci ułamki, które najpewniej odrobi w decydującej części sezonu. Jeśli nie przeszkodzą jej w tym kontuzje, które w ostatnich latach nękały ją o wiele dotkliwiej niż rywalki, nic jej nie powstrzyma.

Niedojrzała Radwańska

Kiedy Agnieszka Radwańska przegrała z Julią Goerges po emocjonującym, pełnym falowań meczu, obiecałem sobie, że złego słowa o Polce nie powiem. Choć zawiodła oczekiwania rodaków – wyostrzone jak nigdy dotąd – to nie splamiła swojego honoru, walczyła, przegrała w uczciwej, niezmiernie wymagającej walce. Jej rywalka może zajmuje odległe miejsce w rankingu, lecz w starciu z Polką prezentowała się jak zawodniczka z okolic czołowej dziesiątki.

Właśnie – dziesiątki, nie trójki czy piątki. Radwańska, będąc oficjalną wiceszefową rozgrywek, nie może pozwalać sobie na porażki w pierwszych rundach. Zwłaszcza wtedy, gdy przemawia za nią aktualna dyspozycja (to ona przystępowała do olimpijskiej rywalizacji jako finalistka Wimbledonu, jej przeciwniczka tegoroczną przygodę z The Championships zakończyła na trzeciej rundzie), ranking (Goerges do dziesiątki się nigdy nie wdrapała), nawierzchnia (Niemka nie przepada za trawą, Polka od dawna korty All England Clubu uwielbia) i bilans bezpośrednich spotkań (wygrała dwie wcześniejsze konfrontacje). Goerges, nawet grająca jak natchniona, nie miała argumentów, żeby ten mecz wygrać.

Ale wygrała, nie tyle dowodząc, że zasługuje na wyższą lokatę w rankingu, ile potwierdzając, że drugie miejsce w zestawieniu nie jest adekwatne do aktualnych możliwości Radwańskiej. Krakowianka dokonała niezwykłego postępu, wspięła się niewiarygodnie wysoko, osiągnęła kilka niezwykle cennych wyników, usamodzielniła się, ale do rządzenia kobiecym rozgrywkami jeszcze nie dojrzała. Jeśli nawet uda jej się wspiąć wyżej i zasiąść na czele kobiecego tenisa, zachwycać się nią będą jedynie rodacy; świat uzna, że jest liderką glinianą, niewystarczająco mocną, aby rządzić i dzielić, następczynią namiętnie krytykowanej Caroline Wozniacki.