Puchar Davisa. Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o tenisie w Salwadorze

, foto: AFP

Tak jak w muzyce istnieją zespoły jednego przeboju, tak w świecie sportu można spotkać się z drużynami jednej gwiazdy. W przypadku tenisa za doskonały przykład mogłaby służyć reprezentacja Salwadoru, którą zobaczymy w Polsce we wrześniu, przy okazji najbliższego meczu ,,Biało-czerwonych” w Pucharze Davisa. Jej członkowie mają obecnie w rankingach ATP (singlowym i deblowym) 1648 punktów, z czego 1647 to dorobek Marcelo Arevalo. 

Najpierw jednak drobne usprawiedliwienie. Po przeczytaniu wstępu, w którym odnośnie tenisisty z piątej setki rankingu ATP użyliśmy słowa ,,gwiazda”, nie jedna osoba mogła się zżymać. Oczywiście w wymiarze globalnym Marcelo Arevalo nie cieszy się popularnością większą niż przeciętny człowiek i gdyby wsadzić go do warszawskiego metra, spokojnie dojechałby na stację docelową nieproszony o zdjęcia czy autografy. Tak samą zresztą w Madrycie, Tokio czy Nowym Jorku. Jesteśmy jednak skłonni uwierzyć, że w takim kraju jak Salwador, wyniki Arevalo mogą robić wrażenie. Po prostu poprzeczka jest bardzo nisko zawieszona. W letnich igrzyskach olimpijskich Salwadorczycy startują regularnie od 1984, ale nie zdobyli jeszcze ani jednego medalu. Zresztą nawet w igrzyskach panamerykańskich nie mają ich zbyt wielu. W zimowych olimpiadach też nie, ale nie mogło być inaczej, bo nigdy ich tam nie było – co akurat niespecjalnie dziwi, biorąc pod uwagę położenie na mapie świata. W mistrzostwach świata w piłce nożnej startowali dwa razy. Przegrali wszystkie mecze, w tym raz z Węgrami w 1982 roku 1:10 co po dziś dzień jest najwyższą porażką w historii piłkarskich mundiali. W tych okolicznościach ćwierćfinał Australian Open jawi się jako sukces, którym można, a wręcz trzeba się chwalić. Tej sztuki dokonał w tym roku właśnie Marcelo Arevalo.

No dobrze, ale skąd przekonanie, że jego wyniki w ogóle interesują Salwadorczyków? Trudno to rzecz jasna jednoznacznie stwierdzić. Nie będziemy opowiadać bajek, że Salwadorczycy kochają tenis. Ale spójrzmy chociażby na media społecznościowe. Arevalo obserwuje na Instagramie ponad 11 tysięcy użytkowników, natomiast na Facebooku 6,5 tysiąca. Całkiem przyjemne liczby, pokazujące, że jest spora grupa osób żywo zainteresowanych wynikami 29-latka. W przypadku Instagrama jest to nawet wynik lepszy od Łukasza Kubota czy Kamila Majchrzaka.

Bracia prekursorzy

A przecież w Salwadorze nie żyje 40 milinów osób, tylko ponad pięć razy mniej. Jeszcze większa dysproporcja widoczna jest w powierzchni państw. Salwador to kraj wielkości… województwa zachodniopomorskiego. Choć zlepek powyższych informacji stawia nas w roli zdecydowanych faworytów, nie należy lekceważyć rywali. Doskonale wie o tym Mariusz Fyrstenberg. – Czeka nas drugie w tym roku spotkanie, w którym jakby nie patrzeć będziemy faworytem „na papierze”. Jestem optymistą, ale nie zamierzamy lekceważyć rywali. Po prostu musimy zrobić wszystko, żeby wygrać wrześniowy mecz – powiedział kapitan reprezentacji Polski, który w nowej roli zadebiutował w wygranym 4-0 spotkaniu z Hongkongiem. Czy równie przekonujące zwycięstwo odniesiemy w meczu z Salwadorem?

Jeśli nasi przeciwnicy mieliby zdobyć choćby honorowy punt, to niewątpliwie za sprawą Marcelo Arevalo. To pierwszy Salwadorczyk w historii, który zdołał awansować do czołowej dwusetki ranking ATP i wygrać imprezę z cyklu ATP Challenger Tour. Jeśli chodzi o reprezentację, zadebiutował w 2005 roku jako niespełna 15-latek! Niewiele mu już brakuje, żeby pobić wszelkie rekordy, które wciąż dzierży jednak jego cztery lata starszy brat Rafael. Przez 12 lat bracia tworzyli parę deblową, stając się oczywiście najlepszym duetem w historii salwadorskiego tenisa. Obecnie Rafael pełni funkcję prezesa tamtejszej federacji. Co ciekawe, za główny cel postawił sobie otwarcie stu publicznych kortów na terenie kraju. Do popularyzacji tenisa przyczynić też się chce Marcelo. – Skoro tego dokonałem, inni również mogą tego dokonać w jeszcze lepszym stylu w przyszłości. Chcę pomóc uwierzyć im, że mogą zostać zawodowymi tenisistami. Będę bardzo szczęśliwy, jeśli kiedyś zobaczę Salwadorczyków wygrywających challengery – powiedział w 2017 roku po wygraniu turnieju w Bogocie. Później triumfował jeszcze w dwóch meksykańskich challengerach – w San Luis Potosi i Guadalajarze.

Historia jednego meczu

Aktualnie Marcelo Arevalo to przede wszystkim deblista. Od początku sezonu tworzy parę z Brytyjczykiem Jonnym O’Marą i śmiało można ich zaliczyć do światowej czołówki. W pierwszych dwóch miesiącach współpracy zdołali awansować do ćwierćfinału Australian Open oraz dwóch finałów mniejszych imprez (ATP 250 w Santiago i challengera w Bendigo). W rankingu ATP Race zajmują ósme miejsce, zaledwie dwie pozycje za Łukaszem Kubotem i Marcelo Melo. Do Polaka i Brazylijczyka tracą zaledwie 40 punktów. Tyle co nic.

Prezentując sylwetkę 29-letniego zawodnika z Sansonate nie sposób ominąć jego najbardziej pamiętnego spotkania z reprezentantem Polski. W 2015 roku pokonał Michała Przysiężnego. Na pewno była to niespodzianka, ale nie takiego kalibru, żeby dyskutować o tym meczu długo po jego zakończeniu. Co takiego zatem się stało, że fragment tego pojedynku ma ponad 150 tysięcy wyświetleń na YouTube? Wiele osób zarzucało Polakowi, że sprzedał tamto spotkanie. – Dla mnie to było dość normalne. Nie mówię, że jeszcze wiele takich spotkań w życiu zagrałem, ale pewnie dwa czy trzy się przydarzyły, kiedy przy tak niekorzystnym wyniku już się po prostu piłki wyrzucało. Wielu zawodników tak miało. Nawet nie wiedziałem, że tam jest kamera, w ogóle o tym nie myślałem. A jak przyjechałem do Polski, to pojawił się jeden gość z telewizji, drugi, trzeci. Wszyscy pytali co tam się stało. Zobaczyłem też filmik zatytułowany „tank of the day” na YouTubie… Tam było z 200 tysięcy wyświetleń, więc sobie wisi. Wiadomo, że tego żałuję, bo to była głupota z mojej strony, że nie zapanowałem nad swoimi emocjami – opowiadał niedawno Przysiężny w wywiadzie dla Weszło.com. We wrześniu najprawdopodobniej obaj panowie znowu się spotkają. Przysiężny to jeden z najbliższych współpracowników naszego nowego kapitana, więc z pewnością pojawi się w boksie ,,Biało-czerwonych”.

0-25

Kto oprócz Arevalo ruszy w daleką, liczącą ponad 10 tysięcy kilometrów podróż do Polski? Na tzw. drugiej rakiecie przez ostatnich kilka lat występował Alberto Alvarado Larin. Powiedzieć, że to słaby punkt drużyny Salwadoru, to nic nie powiedzieć. 25-latek jedenaście razy próbował coś zdziałać w narodowych barwach, ale zawsze kończyło się tak samo – wysoką porażkę. Jego obecny bilans w kadrze  to 25 setów przegranych i ani jednego wygranego. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że jego pogromcami byli tenisiści m.in. z Gwatemali czy Portoryko, nie ma sensu poświęcać mu więcej miejsca. To w końcu Puchar Davisa, a nie osiedlowy turniej. Żeby być sprawiedliwym, trzeba jednak dodać, że Alvarado Larin nie jest winny temu, że gdzie się nie pojawia, dostaje baty. Jego w tej reprezentacji w ogóle nie powinno być. Problem w tym, że na zdolniejszych tenisistów Salwadorczycy na razie się nie doczekali, a chociażby wspomniany wcześniej Rafael Arevalo zakończył karierę. Czy w najbliższym czasie coś zmieni się na lepsze? Nie zanosi się na to. Kontynuując przewidywania, kto znajdzie uznanie w oczach kapitana Yariego Bernardo, stawialibyśmy na kogoś z dwójki Alejandro Licea, Diego Duran. Obaj mają po 16 lat i aktualnie są najlepszymi juniorami w Salwadorze (w światowym rankingu zajmują jednak odległe miejsca na przełomie ósmej i dziewiątej setki). Skoro nikt oprócz Marcelo Arevalo nie gwarantuje nawiązania walki, to czemu nie dać szansy młodym? Nie należy też całkiem skreślać starszego z braci Arevalo. Co prawda, tak jak już zostało wspomniane wcześniej, nie startuje w turniejach i zasiada na fotelu prezesa salwadorskiej federacji, jednak na jeden mecz mógłby wrócić. Nie takie historie zna Puchar Davisa.

Na mecz z Polską Salwadorczycy wyjdą na pewno wyjątkowo zmobilizowani. Nigdy nie grali o tak wysoką stawkę. Nigdy też nie mieli okazji grać poza Ameryką Północną i Południową. Reforma rozgrywek sprawiła jednak, że nawet na niższych poziomach rywalizacji dochodzi do potyczek pomiędzy zespołami z różnych stron świata. Możliwe, że powtórzy się scenariusz z niedawnego meczu z Zimbabwe, który dla części naszych rywali był pierwszą okazją w życiu, aby wybrać się do Europy. Młodych Salwadorczyków aż tak dobrze na razie nie znamy. Podczas konferencji prasowych we wrześniu na pewno będzie okazja, żeby dowiedzieć się o nich czegoś więcej. Tam niech się wygadają, no bo cóż, przewidujemy, że w meczach nie będą mieli za wiele do powiedzenia. Gdyby natomiast ktoś z was wybierał się na przykład do Salwadoru na wakacje, nawet pomimo chęci może być trudno o tenisowe zwiady. W ciągu ostatnich pięciu lat w Salwadorze odbyły się raptem trzy zawodowe turnieje dla mężczyzn i jeden dla kobiet. To należycie oddaje stan tamtejszego tenisa. No cóż, takich to właśnie rywali dostaliśmy niejako w pakiecie z degradacją zaserwowaną od ITF przy okazji wspomnianej reformy…

Szymon Adamski