Radosław Szymanik: Tenisistom daje to wiele pozytywnej energii

Michał Jaśniewicz , foto: PZT

Michał Jaśniewicz

Z trenerem Radosławem Szymanikiem rozmawialiśmy po zwycięskim meczu Polaków z RPA w Zielonej Górze. 

Michał Jaśniewicz: Przed meczem z RPA „na papierze” wydawało się, że będzie to dla nas łatwa przeprawa. Spodziewał się Pan tak wymagającej rywalizacji?

Radosław Szymanik: Oczywiście, że się spodziewałem. W sporcie nic nie jest przewidywalne, tu nie gra ranking, tylko człowiek. Przykład takiej sytuacji mieliśmy tutaj, gdy wydawało się, że jesteśmy murowanym faworytem, mamy super zawodników i powinniśmy mieć „spacerek”. Od początku mówiłem, że tak nie będzie. De Voest jest klasowym zawodnikiem, tych dwóch młodych, którzy tu byli, grali świetny tenis. Z naszej strony Jurek był chory, nie czuł się najlepiej przez cały tydzień, więcej było walki z jego zdrowiem niż treningów. Dużo pracy miał lekarz. Łukasz przed turniejem miał uraz barku, więc też więcej się leczył niż grał.

Po raz drugi Janowicz występował jako lider ekipy i z tej roli wspaniale się wywiązał. Czy możemy powiedzieć, że mamy takiego prawdziwego lidera?
Jurek jest liderem rankingowym, ale jest zarazem najmłodszy z całej ekipy. Zarówno Mariusz, Marcin, jak i Łukasz są dużo bardziej doświadczonymi zawodnikami, ale nikt tutaj się nie wywyższa. Nikt nie robi za gwiazdę, oni wszyscy mówią w imieniu drużyny – każdy każdego wspiera. Jurek potrafi unieść ciężar odpowiedzialności, że gra jako rakieta numer „jeden”. Jest typem showmena, który lubi adrenalinę, wsparcie publiczności. Po meczu z RPA wspaniale podziękował wszystkim, pokazując, że mu ten doping pomaga. On bardzo mocno wierzy w to, że możemy być w Grupie Światowej.

W trakcie rywalizacji mówiło się o problemach zdrowotnych polskich tenisistów. Jak to wyglądało naprawdę?
Łukasz dzwonił do mnie jeszcze z Miami i mówił, że ma uraz barku, że nie jest to jakaś poważna sprawa, ale potrzebuje kilku dni odpoczynku. Zajmował się nim fizjoterapeuta, miał potem zabiegi w Poznaniu, no i tu na miejscu nasz fizjoterapeuta też miał ręce pełne roboty. Niestety tak to jest w sporcie, że czasami łapie się urazy, kontuzje. Oczywiście chciałoby się tego uniknąć. Pechowo się zdarzyło, że zarówno jedynka, jak i dwójka singlowa były nie w pełni sił. Najważniejsze jednak, że odnieśliśmy zwycięstwo. Łukasz jest trochę niepocieszony, bo mówi, że drużyna odniosła zwycięstwo, ale on się do tego nie przyczynił.

W Pucharze Davisa przyczynić można się do zwycięstwa jednak nie tylko grając na korcie, ale również wspierając swoich partnerów. To wsparcie z „ławki” we wszystkich meczach tej drużyny jest bardzo duże.
Oczywiście. Myślę, że to jest właśnie ta druga strona medalu, to jest ta prawdziwa drużyna. Oni są kolegami, każdy z nich jest inny, każdy ma swoje cechy indywidualne. Przyjeżdżają jednak na Puchar Davisa z chęcią, stawiają się od początku, z pełnymi sercami do rywalizacji. Sami stworzyli sobie ten cel, że chcą być w Grupie Światowej i ja się cieszę, że mogę tu z nimi być.

Jest pan kapitanem od 2007 roku. W tym okresie bywało różnie, chociaż w ostatnich latach jest naprawdę dobrze. Czy na budowanie tego „ducha” drużyny trzeba było jakoś wpływać, czy sam się wytworzył?
Mam szczęście, że trafiłem na takie czasy, iż są tacy zawodnicy. Jeżeli chodzi o Jurka Janowicza to ja go powołałem już na drugi mój mecz, gdy był jeszcze juniorem. Tak naprawdę gra on w reprezentacji tak długo, jak ja w niej jestem. Bardzo się cieszę, że tak zależy mu na drużynie. Mariusz i Marcin od wielu lat są w tej reprezentacji i można powiedzieć, że są najbardziej doświadczonymi zawodnikami. Oni też trochę pomagali we wprowadzaniu tych młodych zawodników, którzy po drodze przewinęli się w reprezentacji. Ich zasługa w tych wynikach też jest więc bardzo istotna.

Po porażce we Wrocławiu mocno podłamani byli nasi debliści. W Zielonej Górze było widać u nich ogromną motywację. Czy ten fakt porażki ze Słoweńcami wpłynął na nich w jakiś sposób?
Na pewno była sportowa złość. Porażki się zdarzają. Debliści niestety mają taką przypadłość, że grają „falami”. Początek roku był dla nich fatalny. Mariusz po zabiegu kolana nie był w pełni gotowy do gry. Niestety nie udało im się wygrać we Wrocławiu. Tutaj bardzo im zależało, bo wiedzieli, że ten punkt w deblu jest niezwykle ważny. Gdy po pierwszym dniu jest remis 1:1, to ten mecz deblowy często bywa decydujący o losach całego spotkania. Mariusz i Marcin mieli świadomość ciążącej na nich odpowiedzialności.

Dobrymi deblistami są nie tylko Fyrstenberg i Matkowski, ale również Kubot i Janowicz. Mając na uwadze różne problemy zdrowotne, które w sporcie przecież często się zdarzają, czy brał pan pod uwagę powołania trzech singlistów i do tego Mariusza lub Marcina?
Nie. Ja wierzę w Mariusza i Marcina, oni są dla mnie numerem jeden. Łukasz i Jerzy również potrafią grać świetnie w debla, aczkolwiek np. jakby przy swoich problemach zdrowotnych Łukasz miał grać trzy mecze, to mógłby być duży problem.

Mając z kolei trzech singlistów, jest możliwość przeprowadzania zmian w meczach piątkowych czy niedzielnych.
Zgadza się, ale jeżeli Mariusz z Marcinem mają bardzo dobrą skuteczność w Pucharze Davisa, są w ścisłej czołówce deblistów, to ja w nich wierzę i to jest mój typ.

Ma pan duże doświadczenie na stanowisku kapitana reprezentacji davisupowej. Można mówić już o rutynie, czy to wciąż jest zbieranie nowych doświadczeń?
Człowiek uczy się przez całe życie, cały czas pojawiają się jakieś nowe rzeczy. Z drugiej strony pewne czynności stają się rutynowe, tak jak np. wysyłanie maili z jakimiś technicznymi informacjami (np. odnośnie strojów) – to są takie proste rzeczy, które robi się od ręki. Praca z człowiekiem to jest jednak zupełnie coś innego, każdy z tych chłopaków jest inny, każdy ma swoje wymagania. Wszyscy oczekują, że dany zawodnik wyjdzie na kort, będzie serwował asy, zdobywał punkty, wygrywał. Nikt natomiast nie patrzy co się z nim dzieje we wnętrz. Czy ma jakieś problemy ze sobą, czy w rodzinie jest wszystko jest ok. Wiele osób na to nie zwraca uwagi, oczekując tylko dobrych wyników sportowych. Czasami można odnieść wrażenie, że ktoś gra gorzej czy odpuszcza, a są tego różne powody. Tutaj na Davis Cupie mam świetną ekipę. Lekarz jest z nami ten sam od wielu lat, fizjoterapeuta jest znakomity i tak naprawdę ma z nas wszystkich najwięcej roboty, mamy swoje stringera, jest Alek Charpentidis, pełniący rolę drugiego trenera i pomagający mi obowiązkach. To jest zgrana paczka ludzi, którzy chętnie przyjeżdżają i wspierają się nawzajem.

Na przestrzeni kilku lat to dosyć mocno się zmieniło, gdyż na początku pana pracy tak komfortowej sytuacji nie było.
Zgadza się. Ja po pierwszym roku pracy powiedziałem, że bardzo ważne jest, aby zbudować team ludzki. Jeżeli będziemy mieli kadrę ludzi wokół reprezentacji na poziomie Grupy Światowej, to zawodnicy dorosną i doczekamy się również tenisistów walczących o Grupę Światową. To było widać już od kilku lat. Chciałem, żeby oni czuli się docenieni, mieli najlepszą opiekę. Jeżeli gdzieś jedziemy to wybieramy te najlepsze miejsca, zachowując standardy światowe. Na to, że graliśmy przez chwilę w drugiej grupie kontynentalnej nikt w Związku nie narzekał. Od początku było wiadomo, że my budujemy coś na przyszłość i chcemy im dać najlepsze standardy pracy.

Czyli przez cały czas swojej pracy czuł pan wsparcie PZT?
Zdecydowanie tak. Nikt nie powiedział np., że nie bierzemy stringera bo to kosztuje, albo śpimy w tańszym hotelu – nigdy nie było takiej sytuacji. Zawsze było jasne, że pieniądze muszą się znaleźć, gdyż jest to priorytet dla Związku. Tak więc na pewno należą się ludziom z PZT podziękowania.

W jakich okolicznościach został pan mianowany kapitanem drużyny daviscupoowej?
Na początku mojej pracy to w ogóle Nick Brown miał być kapitanem, a ja asystentem, ale wyszło inaczej. Dwa tygodnie przed wyjazdowym meczem z Nigerią, zostałem postawiony przed faktem dokonanym, iż jadę tam jako kapitan. Powiedziałem pierwotnie, że nie jadę, nie czuję się na siłach, jestem za młody, brak mi doświadczenia. Tak naprawdę to Wojciech Andrzejewski sprawił, że pojechałem. To on wziął mnie na rozmowę i jego słowa spowodowały, że się jednorazowo zgodziłem. Ja byłem powołany wtedy tylko na jedno spotkanie!

Spodziewał się Pan, że ta przygoda potrwa znacznie dłużej?
Kompletnie się nie spodziewałem.

Czy współpraca z Nickiem Brownem dała coś reprezentacji?
Oczywiście, że dała. Jestem zadowolony ze współpracy z Brownem. Miał on za sobą doświadczenia z występów singlowych i deblowych, a także pracy z reprezentacją fedcupową. Wiele rzeczy mi podpowiadał i fajnie było mieć takiego człowieka od którego można było się uczyć.

To niezwykły rok dla polskiego tenisa, gdyż sukcesy odnosi zarówno reprezentacja kobieca, jak i męska. Wymienia się pan doświadczeniami z Tomaszem Wiktorowskim?
Tomek jest bardzo zaangażowany w pracę z Agnieszką Radwańską, przez co jest bardzo zapracowany. Spotykamy się jednak czasami na turniejach, spędzamy wspólnie czas, rozmawiamy o różnych sytuacjach, które w pracy z kadrą się zdarzają – jak postąpiliśmy, co było dobrze, a co źle. Uczymy się też bowiem na własnych błędach. Jak człowiek chce się rozwijać to czasami lepiej się sparzyć. Ten się nie myli, kto nic nie robi.

Praca z pierwszą reprezentacją to nie jedyne pan obowiązki?
Tak, współpracuję również na innych polach ze Związkiem. Teraz jadę na do Turcji, z tzw. kadrą „Davis Cup junior”, na cyklu futuresów.

Coś więcej może pan powiedzieć o programie „Davis Cup junior”?
To taka robocza nazwa, ma to być bezpośrednie zaplecze dla pierwszej kadry. Jest tam Piotr Gadomski, Maciej Smoła, Paweł Ciaś, Mikołaj Jędruszczak. To są nazwiska, które typujemy, że może za jakiś czas, któryś z nich rozwinie skrzydła i być może dołączy do drużyny, albo nawet wedrze się przebojem, tak jak to zrobił Jurek. Przykładem może być Kamil Gajewski, który był tu z nami, zbierał doświadczenia i może to w przyszłości zaprocentować. To nie jest tak, że kończy się w tym roku okres juniorski i on nagle będzie dobrym seniorem. Nie ma takiej opcji, on musi przejść pewną drogę. To nie jest łatwe. Związek uznał, że mam na tyle doświadczeń, iż mogę tych chłopaków natchnąć i powiedzieć parę rzeczy, aby oni też poczuli, że się nimi opiekujemy.

Wspominał Jerzy Janowicz, że brakuje mu w Polsce turnieju ATP Tour. Trzeba przyznać, że z tymi turniejami jest w naszym kraju nienajlepiej. Czy sukcesy daviscupowe mogą w jakimś stopniu wpłynąć na poprawę tej sytuacji?
Fajne jest to, że mamy telewizję na każdym meczu. To jest na pewno promocja dyscypliny, zawodników, naszej drużyny i Związku. Mam nadzieję, że znajdą się sponsorzy, którzy dadzą pieniądze, by w przyszłości mieć następców dla Janowicza czy Radwańskiej.

Fajnie byłoby mieć cykl turniejów, kilkanaście męskich, kilkanaście kobiecych tej najniższej rangi, żeby znalazł się sponsor, który powie, że dla niego ważna jest ilość tych turniejów. To może być cykl dziesięciotysięczników. Dobrze byłoby mieć jeszcze kilka challengerów, no i tą wisienkę, w postaci turnieju ATP Tour.

Może też Państwo bardziej dostrzeże sukcesy polskiego tenisa?
Chcielibyśmy być bardziej dotowani. Nie ma co ukrywać, że Ministerstwo Sportu jest na dzień dzisiejszy jedynym naszym takim dużym „sponsorem”. Fajnie jednak byłoby mieć też takiego sponsora, jakim kiedyś był Prokom. Pozwalało to na dużo więcej, tworzone były programy, edukowali się trenerzy, a przede wszystkim były pieniądze na wsparcie zawodników.

Mamy w tej chwili trzech singlistów odstających wyraźnie od pozostałych. Czy możliwe jest w tej chwili wskazanie czwartej rakiety? Weźmy pod uwagę taki czarny scenariusz, że dwóch z trzech naszych najlepszych singlistów nie może grać…
Kapitan będzie grał [śmiech]. Oczywiście żartuję. Prawda jest taka, że mamy w tej chwili przepaść. Czwartym Polakiem w rankingu jest obecnie Marcin Gawron. Myślę, że jego kariera trochę się zahamowała i nie rozwija się zgodnie z oczekiwaniami. Jest Grzegorz Panfil, który również już miał swoje epizody w Davisu Cupie i cały czas próbuje, jest na wznoszącej fali. Myślę, że kolejna grupa to jest ta o której już wspominałem – Davis Cup junior. Wiadomo, że fajnie jest mieć dwóch mocnych singlistów, ale ważne jest również, by ktoś ich napierał, wywierał presję. Ja chciałbym mieć taki problem urodzaju, np. w postaci czterech singlistów i dwóch par deblowych.

Michała Przysiężnego nie było z Wami w Zielonej Górze w roli tego pierwszego rezerwowego. Czyja to była decyzja?
Rozmawiałem z nim, on był chętny i gotowy, żeby tutaj z nami być. Ustaliśmy jednak, że lepiej będzie dla niego, żeby w tym czasie grał w turniejach.

Gdyby w ostatniej chwili wyleciał z drużyny, któryś z naszych tenisistów, kto by go zastąpił?
Grzegorz Panfil był pod telefonem, ustaliłem to wcześnie z nim. Ja nie pozostawiam takich rzeczy przypadkowi. Zawsze przygotowujemy scenariusze na wiele różnych wariantów. Różne rzeczy się zdarzają, nie wszystko można przewidzieć, ale to co się da to próbujemy.

Puchar Davisa ma to do siebie, że kapitan jest z tenisistami w trakcie spotkań, może z nimi rozmawiać, podpowiadać. Jak to wygląda w naszej drużynie?
Każdy zawodnik jest inny. Na przykład Jurek nie za bardzo lubi, żeby mu wiele mówić taktycznych rzeczy, można zwracać uwagę na bardzo konkretne rzeczy (np. na jakąś słabą stronę przeciwnika, którą mógłby wykorzystać). Łukasz jest zdecydowanie innym zawodnikiem. On potrzebuje kontaktu, rozmowy, a czasami wstrząśnięcia. Potrzebuje jednak przede wszystkim planu, który może realizować. W przypadku deblistów jest jeszcze zupełnie inna sytuacja, gdyż oni ze sobą bardzo dużo rozmawiają. Znamy się zresztą bardzo dobrze, bo wcześniej z nimi współpracowałem. Znam ich na tyle dobrze, że wiem jak z nimi rozmawiać, co i w którym momencie powiedzieć. Czasami trzeba ich trochę wyciszyć, a czasami zmotywować do pewnych działań.

Widać po ostatnich meczach reprezentacji znaczący wzrost zainteresowania tenisem. Zarówno we Wrocławiu, jak i Zielonej Górze dopisała frekwencja, ale również atmosfera na trybunach.
Ja jestem niesamowicie zbudowany tym coś się stało we Wrocławiu i Zielonej Górze. Mamy wysprzedane bilety na piątek, prawie komplet w sobotę i niedzielę. Czego chcieć więcej?!

Po meczu we Wrocławiu wielu zastanawiało się czy Zielona Góra przyciągnie kibiców na mecz, czy nie będzie pustek na trybunach. Tymczasem rzeczywistość okazała się zupełnie inna.
Warto też zauważyć, że mamy obecnie fantastyczne obiekty. Ta hala w Zielonej Górze, czy odnowiona Hala Stulecia we Wrocławiu, to są obiekty o światowym standardzie. Dzięki temu też ludzie mają przyzwoite warunki, żeby oglądać mecze, a nasi tenisiści dają im tego czego oczekują. Mamy teraz dwóch wysokiej klasy singlistów, dwóch znakomitych deblistów, a Puchar Davisa daje możliwość ich wszystkich w ciągu jednego weekendu zobaczyć. Nie mamy w tej chwili turnieju ATP Tour, natomiast w challengerach nie ma możliwości zobaczenia tak wysoko notowanych tenisistów. Ja jestem wdzięczny całej publiczności za wsparcie i z całego serca zapraszam na kolejne mecze. Nie dość, że jest dobre widowisko, to także wysoka kultura kibicowania, tu nikt nie przeklina, nie rzuca niczym w nikogo. Można więc spokojnie posiedzieć, przyjść z całą rodziną i spędzić przyjemnie weekend.

W Polsce nie ma zbyt wielu okazji oglądania tenisa na najwyższym poziomie, tymczasem kibice doskonale wiedzą jak zachowywać się podczas rywalizacji (z pojedynczymi wyjątkami, które zdarzają się na kortach całego świata).
Wszyscy tenisiści są pod ogromnym tego wrażeniem, mówią, że dla nich publiczność jest piątym zawodnikiem. Są uskrzydleni słysząc „Polska, Polska”, czy inne przyśpiewki. Jurek był w pewnym momencie w takim szoku, że nie mógł wstać z ławki, bo mówił, że jeszcze w Polsce nie widział, by podczas meczu tenisowego była meksykańska fala. Sam robił tą falę i mówił, że jego serce się raduje. Tenisistom daje to wiele pozytywnej energii, ciężko opisać to słowami. Jest się w takim stanie, że wszystko można wtedy zrobić.

O Grupę Światową zagramy u siebie z Australią. Można mówić o szczęśliwym zrządzeniu losu?
Mamy duże szczęście, że gramy na własnej Ziemi. W rywalizacji z tak doświadczonym przeciwnikiem to jest bardzo ważne. Ponadto trzeba zwrócić uwagę, że nie mamy jeszcze tak dobrego rankingu i tym samym nie byliśmy rozstawieni.

Wybór miejsca rozegrania padł na warszawski Torwar, a co ważniejsze zdecydowaliśmy się, że podejmiemy Australię na korcie ziemnym.
Rozmawialiśmy z zawodnikami i zarządem PZT. Decyzja jest taka, że chcemy grać na korcie ziemnym, gdyż jest to najbardziej sprzyjająca nam nawierzchnia i najbardziej utrudniająca życie przeciwnikom. Wszyscy byli zgodni w tej kwestii. Jeżeli mamy grać przeciwko Australijczykom to chcemy grać na korcie ziemnym, bo to nie jest ich ulubiona nawierzchnia, a nasi zawodnicy jednak wychowali się na kortach ziemnych.

Jesteście już myślami przy wrześniowych zmaganiach w Warszawie?
Wszyscy mocno wierzymy w sukces. Zawodnicy są nastawieni, żeby ten mecz wygrać. Cały czas dyskutujemy na ten temat, zastanawiamy jak możemy się najlepiej przygotować, żeby to dobrze wyglądało. Wszyscy czują, że to może być ten historyczny moment. Mamy świetnych zawodników, naprawdę dobrą atmosferę wokół tenisową. Przygotowujemy się najlepiej jak potrafimy.

Czy obecna drużyna daviscupowa jest najmocniejsza w historii polskiego tenisa?
Myślę, że mamy na dzień dzisiejszy największe doświadczenie i to jest naszym atutem. Jeżeli się spojrzy wstecz, to np. dwa, czy cztery lata temu były te same nazwiska. Na pewno naszą siłą jest też atmosfera panująca w drużynie.