Radosław Szymanik: został mi jeszcze rok…

Maciej Weber , foto: AFP

Maciej Weber

Z Radosławem Szymanikiem, kapitanem reprezentacji Polski w Pucharze Davisa, rozmawia Artur St. Rolak

Dlaczego jeszcze nas nie ma w Grupie Światowej?
– Haha… Bo przegraliśmy w zeszłym roku z Finlandią, a w tym z Izraelem.

Trochę za prosta ta odpowiedź…
– Przeciwko Finlandii zagraliśmy w najsilniejszym możliwym składzie. Wydawało się, że ten przeciwnik był w naszym zasięgu. Przed własną publicznością, co nie ulega wątpliwości, byliśmy faworytami… Nie ma co ukrywać, że Michał Przysiężny dwa razy nie „zamknął” meczu. Mieliśmy dwie szanse, ale nie potrafiliśmy ich wykorzystać. Nie można jednak twierdzić, że zwycięstwo nad Finlandią dałoby nam prawo gry o Grupę Światową, jednak byłoby pierwszym krokiem w tę stronę. A w tym roku okazało się, jak mawiają trenerzy piłki nożnej, mamy „za krótką ławkę”. Łukasz Kubot miał inne plany, Michał złapał kontuzję i przed meczem w Izraelu znaleźliśmy się w bardzo trudnej sytuacji. Nie mówię, że na straconej.

Czy w 38-milionowym narodzie naprawdę tak trudno znaleźć paru chłopaków, którzy mogliby dorównać Serbii, Szwecji, Czechom, Belgii? Te cztery kraje mają razem tyle ludności co my, Chorwacja tyle co województwo śląskie. Wszystkie grają w Grupie Światowej.

– To porównajmy nie tylko populację, ale także nakłady finansowe na tenis w każdym z tych krajów. Jesteśmy 10 długości za nimi. Trudno dziś się porównywać z Serbią, która ma nie tylko Dżokovicia i jeszcze dwóch chłopaków w „30”, a niedawno miała dwie dziewczyny w „10”. Serbowie wygrali Puchar Davisa, więc mają sponsorów i dobry PR, ale przecież jakoś musieli do tego wszystkiego dojść. Belgia? Każdy fachowiec powie, że jest tam jeden z najlepszych na świecie systemów naboru i szkolenia, wspierany przez państwo. Trudno nam się z tymi krajami porównywać. 10 lat temu w Polsce więcej dzieci grało w tenisa, choć dziś mają do tego zdecydowanie lepsze warunki. Mamy wiele dobrych prywatnych klubów, które jednak nie są nastawione na szkolenie.

Kapitan reprezentacji nie nauczy zawodników grać w tenisa. Na czym więc polega ta praca?
– Przede wszystkim na budowaniu zespołu i dobrych relacji między zawodnikami. Na zapewnieniu im poczucia, że wszystko kręci się wokół nich, żeby ich ego było rozpasane. Żeby mieli swojego naciągacza rakiet, który, jeśli trzeba, zrobi to i w czasie meczu, i w środku nocy. Żeby mieli do dyspozycji lekarza i fizjoterapeutę, który…

… który pisuje porady do „Tenisklubu”…
– i który „naprawi”, jeśli coś w ich zdrowiu nawali. Jest jeszcze Nick Brown. Na osiągnięcia tenisowe nikt z nas nie ma co się z nim porównywać, bo nikt z nas nigdy nie zaszedł na Wimbledonie tak daleko. Do wszystkiego podchodzi z typowo angielską flegmą i mówi niewiele, ale wszyscy świetnie się rozumiemy. Można więc powiedzieć, że przynajmniej pod tym względem jesteśmy już w Grupie Światowej.

Czego on nauczył zawodników, a czego pan się przy nim nauczył?
– Jest ode mnie starszy, więc to naturalne, że pokazał mi wiele różnych spraw. Pokazał, jak można się zachować w konkretnych sytuacjach. Na to pytanie odpowiem może nieco inaczej. Kapitan, siedząc podczas meczu tuż przy korcie, widzi tylko mały wycinek. A Nick siadywał sobie trochę dalej i potem zawsze dzielił się swoimi spostrzeżeniami. Jego uwagi zawsze  były bardzo ważne, cenne. A zawodnikom dał może nie pewność siebie, ale wiarę we własne umiejętności. I zawsze powtarza, że warto być cierpliwym. Opowiadał, że z braku pieniędzy musiał przerwać karierę i zaczął dawać lekcję. I wrócił do zawodowego tenisa, bo jeden z jego klientów postanowił mu pomóc.

Ale chyba nasi tenisiści nie będą dawali „sztund” po porażce z Izraelem?
– Nie, nie o tak dosłowną cierpliwość Nickowi chodziło.

Brown to typowo angielski flegmatyk. Łatwo natomiast znaleźć zdjęcie, na którym pan dyskutuje albo wręcz kłóci się z sędzią lub supervisorem. Taki styl prowadzenia drużyny czy temperament?
– Temperament, ale nie tylko. Po prostu walczę o swoich zawodników, kiedy nie zgadzam się z pewnymi decyzjami. I nie chcę, żeby oni się zgadzali, jeśli sędzia się myli. Kiedy wszystko idzie jak należy, siedzę na ławce spokojnie. Kiedy jednak werdykty są dla nas krzywdzące, to od razu reaguję. Niekiedy bardzo ostro, nawet licząc się z otrzymaniem ostrzeżenia.

Powtórzyłby pan dzisiaj te wszystkie zarzuty pod adresem sędziów liniowych wygłoszone po meczu z Finlandią?
– Tak. Ciągle jest to dla mnie niezrozumiałe i nadal mnie boli.

Szamil Tarpiszczew prowadzi i męską, i kobiecą reprezentację Rosji. Może pan na początek by się chociaż zamienił z Tomaszem Wiktorowskim?
– Do prowadzenia drużyny kobiecej potrzebne są trochę inne cechy. Tomek je ma, a mnie ich brakuje. Obecny podział ról jest bardzo dobry.

Puchar Davisa to dwa, góra trzy tygodnie w roku. Co robi pan przez resztę sezonu?
– Na co dzień pracuję z Mariuszem Fyrstenbergiem i Marcinem Matkowskim, a także z Rafałem Gozdurem i Piotrem Gadomskim w ośrodku w Sopocie. To w sumie 48 tygodni.

Proszę trochę ponarzekać na tę pracę, bo większość Polaków chciałaby mieć taką. Oni za możliwość podróżowania po świecie płacą ciężkie pieniądze.
– 30 tygodni w roku spędzam poza domem. Martwię się, czy wszystkie bilety kupione na czas, czy hotele zarezerwowane… Trzeba często zmieniać klimat i strefy czasowe… Wielu trenerów szybko rezygnuje z takiej pracy.

Pewnie jeszcze pan doda, że zazdrośnicy nie muszą przez 250-300 dni w roku tęsknić na żoną i córeczką.
– Na tęsknotę przychodzi czas dopiero po całym dniu pracy. A dla rodziny to również ciężki kawałek chleba.

Samochód to jedyne pana hobby? Podobno konstrukcja silnika jest dla pana równie prosta co kąt między strunami rakiety.
– Lubię pojeździć na nartach, ale zupełnie nie mam na to czasu. Motoryzacja to faktycznie mój konik. Lubię te nieliczne chwile, kiedy mogę pojeździć z Krzyśkiem Hołowczycem na prawym fotelu. Na pewno bardziej pociąga mnie sama technika niż możliwość posiadania iluś-tam samochodów.

Rzuci pan okiem na mój? Czy warto jeszcze inwestować w to auto? Jest mniej więcej w wieku Phillipa Greska…
– Spokojnie, ten model rzadko się psuje. Inwestycja nawet w tak zdolnego tenisistę może być bardziej opłacalna, ale na pewno  będzie dużo bardziej ryzykowna.

Czego zabrakło Szymanikowi-tenisiście, aby zagrać w daviscupowej reprezentacji Polski?
– Aż tyle miejsca mamy na tę rozmowę? Wiedzy, właściwych ludzi wokół, pieniędzy, możliwości startów za granicą…

To może miał pan coś, czego brakuje obecnym reprezentantom?
– Miałem mniej od nich, bo nigdy nie zostałem reprezentantem.

No to kiedy zagramy w Grupie Światowej?
– Dwa lata temu powiedziałem, że awansujemy do niej za trzy lata. Został mi jeszcze rok…