RF. Dżentelmen.

Mateusz Grabarczyk , foto: AFP

Mateusz Grabarczyk

Miałem nadzieję, że ten moment nigdy nie nadejdzie. A jeśli już, to że stanie się to w Londynie podczas świętowania dziewiątego zwycięstwa na Wimbledonie, a tym samym dwudziestego pierwszego tytułu wielkoszlemowego. To byłoby piękne zwieńczenie jego kariery. Miejsce faktycznie się zgadza, ale pozostała część scenariusza ostatniego tańca Rogera Federera jest już zupełnie inna.

 

Rekordowe 237 tygodni na pozycji lidera rankingu, 1251 zwycięstw w grze pojedynczej, które przełożyły się na 103 tytuły, w tym 20 wielkoszlemowych. Zero kreczów w ciągu całej kariery w 1526 singlowych i 223 deblowych meczach, 23 półfinały oraz 36 ćwierćfinałów wielkoszlemowych z rzędu.

Rekordowa liczba tytułów w Halle i Bazylei – 10, na Wimbledonie – 8, w Cincinnati – 7 i podczas ATP Finals – 6. Niesamowite serie 41 wygranych meczów z rzędu, 65 na kortach trawiastych, 24 wygranych finałów i 24 wygranych z zawodnikami z czołowej dziesiątki. Wreszcie 24 lata niesamowitej i niezapomnianej kariery.

 

Można by tak jeszcze długo wypisywać kolejne imponujące liczby z kariery Rogera Federera. Według mnie najlepszego tenisisty w historii. Nie tylko ze względu na wyniki, bo przecież w części z wyżej wymienionych, wcale liderem nie jest, a i w wielu innych da się znaleźć kogoś, kto osiągnął wyższą liczbę niż on. Tyle tylko, że liczby to nie jedyny wyznacznik wielkości. Tenis nieprzypadkowo nazywany jest białym sportem. Sportem eleganckim, szlachetnym i kulturalnym. Dla dżentelmenów. I takim dżentelmenem, jedynym w swoim rodzaju, był przez całą karierę Roger Federer. Na korcie i poza nim.

 

2-2, 8:7, 40-15

Nie sposób wymienić wszystkie mecze Federera, które pozostaną w pamięci. Ja wspomnę krótko tylko o trzech.

Finał Wimbledonu 2008 z Rafaelem Nadalem jest dla mnie najlepszym tenisowym pojedynkiem, jaki kiedykolwiek widziałem. Było tam wszystko, począwszy od gry na najwyższym poziomie po dramaturgię w każdym wydaniu. Sama czysta walka na korcie trwała prawie pięć godzin i – jak na pasjonujący, wyrównany pojedynek przystało – zakończyła się wynikiem 9:7 w piątym secie. Jednak cały spektakl, kilkukrotnie przerywany opadami deszczu, rozgrywał się ponad siedem godzin, kończąc się przy zapadających ciemnościach kilkanaście minut po 22:00 polskiego czasu. W finale Rolanda Garrosa 2009 kibicowałem (jeszcze) przeciwnikowi, Robinowi Soderlingowi, który – w co długo nie mogłem uwierzyć, a może nadal nie wierzę – wyrzucił za burtę paryskiej imprezy Rafaela Nadala. Jednak euforii, łez i pasji, którymi Szwajcar eksplodował po ostatniej piłce, nie zapomnę nigdy. Zdobył to, co było dla niego tak nieosiągalne przez lata i całkowicie na to zasłużył.

Najświeższy obrazek, a zarazem najsmutniejszy, to finał Wimbledonu sprzed raptem trzech lat. Jak się okazuje, ostatni finał z udziałem szwajcarskiego geniusza. Walczył wtedy o dwudziesty pierwszy wielkoszlemowy tytuł, przegrał minimalnie po super tiebreaku 12:13 z Novakiem Dżokoviciem. I nie to jest najsmutniejsze, że przegrał, a to, że miał w piątym secie dwie piłki meczowe z rzędu przy swoim podaniu. I ich nie wykorzystał. Trudno opisać ból, jaki towarzyszył wówczas wszystkim kibicom Szwajcara i który też wyraźnie malował się na jego twarzy. Doskonale zdawaliśmy sobie sprawę, aczkolwiek pewnie baliśmy się do tego przyznać, że taka szansa być może nigdy więcej się już nie powtórzy.

 

Mimo coraz poważniejszych problemów zdrowotnych, jakie nękały w ostatnich czasach Szwajcara, wierzyliśmy – jak i on sam wierzył – że da radę wrócić do rozgrywek. Może nie w najwyższej formie sprzed lat, ale na tyle wysokiej, by móc ponownie czarować miliony widzów na świecie i chociaż raz jeszcze wznieść wielkoszlemowy puchar. Najlepiej na „jego” wimbledońskiej trawie. To byłoby piękne zwieńczenie wspaniałej kariery. Ale jak widać, życie to nie film. Federer rzeczywiście ostatni profesjonalny singlowy mecz zagrał w Wimbledonie i to w nie byle której rundzie, bo docierając do ćwierćfinału. Sam jednak przyznał, że końcówka tego spotkania, była jednym z najgorszych momentów jego kariery, a my – Polacy – patrzyliśmy na ten słodko-gorzki obrazek chyba z bardzo mieszanymi uczuciami. Z jednej strony nasz rodak wkraczał do półfinału najbardziej prestiżowego turnieju świata kosztem legendarnego Szwajcara, a z drugiej byliśmy świadkami druzgocącej porażki wielkiego mistrza. Dziś wiemy, że na londyńską trawę Szwajcar w roli zawodnika już nie wróci. Ostatni mecz w karierze rozegra tylko w deblu, ale za to jakim deblu – u boku największego rywala, ale i wielkiego przyjaciela Rafaela Nadala.

 

Miłość nie od pierwszego wejrzenia

Moja sympatia do Rogera Federera nie zaczęła się jednak od razu. Gdy wygrywał wszystko i ze wszystkimi, chciałem zmiany. Czekałem na to, aż znajdzie się ktoś, kto go zatrzyma, kto sprawi sensację, kto spowoduje, że przerwana zostanie tak wyraźna hegemonia. Szanowałem go, podziwiałem, ale kibicowałem innym. Kiedy rywalizacja się wyrównała, a światowym męskim tenisem nie rządził już jeden człowiek, a było ich trzech, szala sympatii przechyliła się w stronę Szwajcara. Z każdym kolejnym meczem i każdym kolejnym turniejem trzymałem za niego kciuki bardziej. Miałem ogromne szczęście, że ponad dekadę byłem świadkiem niezliczonych pojedynków Federera z Novakiem Dżokoviciem i Rafą Nadalem. Gros z nich stało się tymi niezapomnianymi, bo naprawdę na palcach jednej ręki można policzyć, kiedy spotkania tego trio dałoby się nazwać nieciekawymi. Federer też miał szczęście, że czas jego kariery splótł się z czasem Hiszpana i Serba. Zresztą sam to przyznał, podkreślając, że cała trójka wzajemnie się nakręcała kolejnymi sukcesami, sprawiając, że ostatnie kilkanaście lat w męskim tenisie było tak pasjonujące, jeśli nie najbardziej pasjonujące w historii.

 

Dzisiaj pierwszy z tych wielkich mówi pas. Dosłownie kilkanaście dni temu rakietę na kołku odwiesiła Serena Williams. Tylko w 2022 roku tenis stracił dwoje wielkich profesjonalistów i dwie wielkie osobowości. Gorzka prawda jest taka, że coraz bliżej nam do momentu, kiedy podobne decyzje podejmą Rafa i Nole, chociaż chcę wierzyć, że dadzą nam chwilę odetchnąć.

Będę cholernie tęsknił za Rogerem Federerem. Za jego lekkością w każdym uderzeniu, magią demonstrowaną w tysiącach zagrań, piękną techniką i wspaniałą gracją na korcie. Gdyby za styl w tenisie przyznawano dodatkowe punkty, nie miałby sobie równych, bez żadnych wątpliwości i niemal zawsze łapałby „pięć dwudziestek”. Był dżentelmenem w każdym, nawet najtrudniejszym momencie.

Raz jeszcze to napiszę: Szwajcar w całej karierze nie poddał meczu w jego trakcie i niech to będzie kolejnym ogromnym świadectwem jego stosunku do gry i do przeciwników. Zawsze ambitny, zawsze walczący do samego końca, zawsze prawdziwy. Po wygranych turniejach emanował taką samą radością – nieważne, czy zdobywał pierwszy tytuł, czy sto trzeci. Poza kortem elegancki, ciepły, zabawny i dowcipny. Pełen uznania dla rywali i podziwu dla nich nie tylko, gdy przegrywał, ale również wtedy, gdy zwyciężał. Po prostu ludzki i nawet jeśli ktoś kibicował nie jemu, a innym, trudno, by nie darzył go szacunkiem i sympatią. Właśnie dlatego Roger Federer zjednoczył sobie miliony fanów na całym świecie.

 

Dziś późnym wieczorem przed tymi milionami trudny moment. Trzeba się uzbroić w stos chusteczek, bo powstrzymanie się od łez w trakcie pożegnania Rogera Federera będzie graniczyło z cudem. Z drugiej strony mogę się cieszyć, że tyle lat miałem szczęście patrzeć na jego piękny tenis i dziś tym tekstem, przelewającym na „papier” moje emocje, powiedzieć: Dziękuję, Mistrzu, to była wspaniała kariera.

#RForever