Rosolska: ten sezon dał mi wiele doświadczenia

Maciej Mikołajczyk , foto: Peter Figura

Maciej Mikołajczyk

Maciej Mikołajczyk: Czemu akurat wybrałaś grę w tenisa?
Alicja Rosolska:
Rodzice „zaszczepili” we mnie pasję do tego sportu. Mama jest trenerką tenisa i już od najmłodszych lat miałam możliwość odbijania piłki na korcie. Chodziłam do szkoły sportowej nr 272 w Warszawie, gdzie brałam udział w różnych innych zawodach lekkoatletycznych, grałam w rozgrywkach szkolnych w koszykówkę, piłkę ręczną, siatkówkę, ale najbardziej pokochałam właśnie tenisa.

Pamiętasz swoje pierwsze kroki na korcie?
– Dosłownie odpowiadając na to pytanie, to musze się przyznać, że nie pamiętam. Natomiast odkąd sięgam pamięcią, to już jako mała dziewczynka ganiałam po korcie z rakietką – najpierw plastikową, a potem skróconą drewnianą. Mama zabierała mnie i siostrę Olę na korty „Warszawianki”, gdzie prowadziła zajęcia, a my bawiłyśmy się obok, czasem próbując naszych sił w tenisa, odbijając piłeczkę o ściankę. W wieku 6 lat rodzice zapisali nas do szkółki tenisowej w klubie sportowym „Warszawianka”, w którym do tej pory trenuję.

Kiedy i dlaczego postanowiłaś, że całą swoją karierę skupisz na deblu, całkowicie rezygnując z gry w singlu?
– Gra w debla od początku sprawiała mi bardzo dużo radości. Jako dziecko, w każdą niedzielę grałam z całą moją rodziną (mamą, tatą i siostrą) „debelka rodzinnego”. Później, kiedy zaczęłam grać w turniejach, odnosiłam lepsze wyniki w deblu niż w singlu, a gra podwójna sprawiała mi więcej radości, bo była dla mnie bardziej interesująca. Początek mojej kariery deblowej zaczął się już w 2004 roku w Sopocie. Na turnieju WTA Prokom Open dostałyśmy razem z Klaudią Jans (teraz Jans-Ignacik) dziką kartę do turnieju deblowego, w którym doszłyśmy aż do finału. Był to mój pierwszy finał turnieju WTA i wraz z tym sukcesem dostałyśmy też propozycję od sponsora turnieju Ryszarda Krauzego oraz PZT Prokom Teamu, żeby skoncentrować się na deblu i mieć za cel udział w igrzyskach olimpijskich oraz Wielkich Szlemach.

Masz w swoim dorobku m.in. srebrne medale z Uniwersjady w Belgradzie z 2009 roku, 5 zwycięstw w turniejach rangi WTA, kilkanaście triumfów w rozgrywkach ITF oraz trzecie rundy Wielkich Szlemów. Co uważasz za największe osiągnięcie i dlaczego?
– Jest to bardzo ciężkie pytanie, ponieważ nie umiem określić jednego sukcesu. Pierwsze co przychodzi mi na myśl to Fed Cup i awans do grupy światowej po wygranym, decydującym deblu w parze z Agnieszką Radwańską przeciwko reprezentantkom Hiszpanii. Był to historyczny moment, a gra w turnieju z orzełkiem na piersi ma dla mnie zawsze szczególne znaczenie. Z kolei w 2005 roku finał turnieju WTA na kortach mojego klubu, gdzie przez całe życie trenowałam, a we wcześniejszych latach brałam udział w tych turniejach jako dziecko do podawania piłek. Poza tym wygranie pierwszego turnieju WTA w Chile w parze z Liga Dekmeijere (2008 r.), moje pierwsze Mistrzostwa Polski do lat 12, na których razem z siostrą zdobyłyśmy srebrny medal w deblu i zdobycie srebrnego medalu na Drużynowych Mistrzostwach Świata w Chile.

Jak podsumujesz tegoroczny sezon?
– Tegoroczny sezon był dla mnie bardzo ciężki, a zarazem ciekawy. Borykałam się w nim z kontuzją łydki, problemami ze znalezieniem stałej, odpowiedniej partnerki do debla, planowaniem, punktami oraz z wygrywaniem meczów. Miałam ciąg turniejów, w których przegrywałam już w pierwszych rundach, że nawet mój trener (Torsten Peschke) doradzał mi zrobienie dłuższej przerwy, gdyż bał się, że mogę zniechęcić się do gry, a więc łatwo nie było. Mimo wszystko nie zastopowałam i w następnym tygodniu wygrałam turniej! Podsumowując pozytywnie – ten sezon dał mi wiele doświadczenia i przemyśleń oraz dwa wygrane turnieje. Oprócz tego więcej wiary i motywacji do działania w przyszłym sezonie!

Gdyby nie tenis, to kim byłaby Alicja Rosolska?
– Naprawdę ciężko to sobie wyobrazić, ale na pewno zostałabym przy sporcie – lekkoatletyce, piłce nożnej albo koszykówce.

Masz już 30 lat. Myślisz powoli nad końcem kariery?
– To pytanie coraz częściej powtarza się w wywiadach (śmiech). Póki co myślę o dobrych przygotowaniach do kolejnego sezonu i co zrobić, żeby wygrać Szlema. Wiadomo, że czas nie stoi w miejscu i chcąc mieć w przyszłości rodzinę, lepiej będzie jak się w tym sezonie z wynikami bardziej postaram.

Jak wygląda twoje menu? Stosujesz jakąś dietę?
– Teraz jest po sezonie, więc korzystam ze smakołyków polskiej kuchni i nie tylko. Kto mnie zna, to wie, ile potrafię zjeść (śmiech). Na diecie nie jestem, chociaż byłam dwa lata temu, przez co poznałam lepiej swój organizm i teraz staram się jeść "mądrzej", szczególnie na turniejach. Przed samym meczem jest to pasta lub ryż z oliwą.

Jakie masz plany na wakacje – intensywny trening czy raczej zasłużony odpoczynek?
– Sezon był bardzo długi i męczący, więc wpierw czas na odpoczynek – spędzanie czasu z rodziną i najbliższymi, a potem pora na regenerację, żeby już za dwa tygodnie znów intensywnie zacząć trenować.

Które z turniejowych zwycięstw WTA utkwiło Ci najbardziej w pamięci?
– Wygranie pierwszego turnieju WTA w Chile w parze z Łotyszką Ligą Dekmeijere w 2008 roku.

Masz jakieś swoje motto życiowe?
– Mam i to wiele. 3 z nich to:

"Expect the best, plan for the worst and prepare to be surprised."

" Bądź sobą…wszyscy inni są już zajęci."

" DREAM as tough you have nothing to lose
BELIEVE as tough anything is possible
LOVE as tough your hurt knows no bounds
LIVE as tough there is only today."

Czego życzyć Ci na koniec?
– Zdrowia i pewności siebie, a o resztę sama już zawalczę (śmiech).