Rubryka tetryka: nie będzie już tak samo

Krzysztof Domaradzki , foto: AFP

Krzysztof Domaradzki

Słów kilka o dziwacznym pomyśle pewnego Szweda, szalejącym nad Florydą tajfunie, korzyściach z bycia nieokrzesańcem i nieodwracalnych zmianach.

W zeszłotygodniowym Mats Poincie gospodarz programu deliberował nad ideą tak dziwną, że gdyby wieki temu podobne zagadnienie omówił publicznie, niewątpliwie spłonąłby na stosie. Szwed zastanawiał się bowiem – można odnieść wrażenie, iż zupełnie poważnie – nad tym, czy kiedykolwiek zmagania w Indian Wells mogą stać się wielkoszlemowymi.

Pogwałcenie ponad stuletniej tradycji wzięło się w głowie Wilandera zapewne stąd, że kalifornijski turniej organizowany jest z zachwycającym rozmachem. W ciągu niespełna czterech dekad – albo niecałych trzech, jeśli liczyć od momentu, gdy impreza wywędrowała z La Quinty do Indian Wells – dorobił się miana najznaczniejszej rywalizacji po tych, które corocznie odbywają się w Melbourne, Paryżu, Londynie, Nowym Jorku oraz Miami. Świat musiałoby jednak ogarnąć międzykontynentalne szaleństwo, by zmagania na kalifornijskim pustkowiu wywindować ponad pozycję, jaką zajmują obecnie, nawet gdyby okolice udało się zaludnić kilkunastoma milionami mieszkańców (bez wyjątku tenisowymi zapaleńcami) i zapełnić paroma kolosalnymi stadionami.

Dla dzikiej fantazji Wilandera znajduję tylko jedno wytłumaczenie: zauroczenie spotkaną podczas turnieju Agnieszką Radwańską musiało splątać jego myśli do reszty.

***

Krakowiance natomiast komplementy Szweda splątały nogi i ręce. Zmagania w Miami rozpoczęła przyzwoicie, pewnie pokonując Su-Wei Hsieh, ale w trzeciej rundzie niemal wyleciała z turnieju. I nie dlatego, że Magdalena Rybarikova wzniosła się na wyżyny, Słowaczka przez spotkanie także nieudolnie przekuśtykała. Radwańska porażała nieporadnością, nieregularnością, brakiem konsekwencji i pomysłu na grę. W dodatku zupełnie nie radziła sobie z wietrznymi warunkami panującymi na Florydzie. Niewiele brakowało, by po najgorszym występie od wielu miesięcy pożegnała się z imprezą, którą przed rokiem spektakularnie zatrzęsła.

Słabszą postawę Radwańskiej usprawiedliwiły inne tenisistki z czołówki, które nie tylko gramdnie wdawały się w chaotyczną szarpaninę na korcie, ale i pozwoliły się wichurze wywiać z turnieju. Petra Kvitova przewróciła się po zetknięciu z Kirsten Flipkens, Angelique Kerber nogę podstawiła Sorana Cirstea, rozpędzoną od zmagań w Indian Wells Marię Kirilenko przyhamowała Klara Zakopalova, a Caroline Wozniacki wypchnęła za burtę utalentowana Garbine Muguruza. Przy takich omsknięciach kłopoty Radwańskiej to betka.

Co więcej, krakowianka ma otwartą drogę do półfinału imprezy. Wystarczy, że dzisiaj upora się z przygaszoną od czasu sensacyjnego marszu w Australian Open Sloane Stephens (Urszuli Radwańskiej to się udało, dlaczego miałoby się nie udać jej starszej siostrze?), a następnie upora się albo z rozgrywającą turniej życia Chorwatką Alją Tomljanović, albo z instruowaną przez Kim Clijsters Flipkens, czyli zawodniczkami niewątpliwie od niej słabszymi. W półfinale może spotkać się z Sereną Williams, pod warunkiem, że Amerykanki po drodze nie wywieje ciągnący znad Atlantyku zefir. Swoje ofiary zdaje się wybierać losowo.

***

Przed czterema laty Bernard Tomic odmówił Lleytonowi Hewittowi, kiedy ten zaproponował mu sparing w połowie Wimbledonu. 16-latek odrzucił propozycję byłego lidera światowego rankingu, triumfatora londyńskiej imprezy i ostatniego australijskiego tenisisty, który wybił się ponad przeciętności, twierdząc, że ten nie jest wystarczająco dobry. Wybujałe ego Tomica dało wtedy o sobie znać po raz pierwszy. Eksplozja nieuzasadnionego megalomaństwa nastąpiła później.

Spór pomiędzy mistrzami – byłym i samozwańczym – zależał, a wyrozumiały Hewitt wybaczył niedorostkowi chełpliwą paplaninę. W Miami Australijczycy zdecydowali się nawet wystąpić w deblu. Był to jednak pomysł ewidentnie chybiony – Ivan Dodig i Marcelo Melo odprawili ich w dwóch setach. Tomic większe nadzieje pokładał oczywiście w singlu, ale w grze pojedynczej rzeczywistość na jego barki opadła jeszcze brutalniej: ciężarem Andy’ego Murraya, który zdmuchnął go z kortu w niecałą godzinę. Australijczyk, czując niechybnie zbliżającą się klęskę, dał wyraźnie do zrozumienia, że nie ma ochoty na grę. Kibice natomiast nie kryli, że nie mają ochoty go oglądać.

***

Fani coraz większą ochotą pałają za to do oglądania Jerzego Janowicza; ale nie po to, by go wspierać czy podziwiać, lecz żeby nasycić się jego porażką. Od początku tenisowej przygody łodzianinowi towarzyszą kontrowersje: albo wyszczekiwane przez odczuwającego silny resentyment ojca, albo prezentowane przez zawodnika na korcie. W Miami podpadł kibicom na dobre. W pewnym momencie walkę z Thomazem Belluccim zamienił w pojedynek z całym światem, ze szczególnym uwzględnieniem kibiców Brazylijczyka, sędziów i chłopców do podawania piłek. Obie batalie przegrał.

Wygrał za to bitwę pozakortową. „Gazeta Wyborcza” podaje, że Polak zawarł w Miami umowę z Adidasem i od teraz będzie występował w strojach tego producenta. Przedstawiciele popularnej marki najwidoczniej uwierzyli, że w tenisiście z Polski drzemie potencjał na miarę Johna McEnroe’a, Gorana Ivanisevicia, Marcelo Riosa czy Marata Safina. Przynajmniej potencjał marketingowy, ponieważ sportowo łodzianinowi do wymienionych tuzów jeszcze wiele brakuje. Zwłaszcza głowy: kiedy oni się wściekali, wyciskali ze swojej gry maksimum, zamieniając tenisowe starcie w skąpaną we krwi jatkę. Janowicz na razie tylko nadyma się, twierdząc, że wojna go napędza. Kort natomiast pokazuje, że jest wierutnym kłamcą.

***

Włodarze opiekującego się Wimbledonem All England Clubu postanowili dobudować dach nad kortem numer jeden. Dzięki temu już dwa obiekty, na których rozgrywana jest najbardziej nobliwa tenisowa impreza na świecie, będą zadaszone. Niesie to niewymowne korzyści: 27 tys. fanów bez parasolek wciśniętych pod pachy, gwarancję ciągłości telewizyjnego przekazu z dwóch stadionów, poskromienie deszczu, który długimi godzinami ma w zwyczaju torpedować londyńskie zmagania.

Na niekorzyść zmieni się tylko jedno – Wimbledon. Od wielu lat impreza traci urok przez notoryczne spowalnianie nawierzchni i podnoszenie kozła piłki, w wyniku czego londyńskie zmagania nie tyle otwierają się na zawodników defensywnych, ile zamykają na ofensywnych, tych, którzy przez lata rządzili na trawnikach All England Clubu. Zadaszenie drugiego stadionu skradnie natomiast urok, jaki towarzyszy przerywaniu i wznawianiu spotkań. Do tej pory Wimbledon był jedynym turniejem, który wymagał od tenisistów niebywałej odporności psychicznej, utrzymywania koncentracji przez wiele godzin, dzielnego znoszenia narastającego i spadającego napięcia. Tylko tutaj deszcz zmieniał wszystko: niweczył uzyskane na początku spotkania przewagi albo budował pomniki zawodnikom, którzy po godzinie gry zastanawiali się, ile czasu zajmie im dotarcie na Heathrow. Zadaszenie dwóch największych obiektów spowoduje nieodwracalne zmiany.

Decydenci nie wahali się jednak ani chwili, gdy z obliczeń specjalistów od cyferek wynikło, iż inwestycja przyniesie korzyści finansowe. Wprawdzie zadaszenie obiektu solidnie nadwątli klubowy budżet, ale fundusze, dzięki większym zyskom czerpanym z telewizji, mają się w niedługim czasie zwrócić. Tylko czekać, aż na potrzeby telewizji, czyli dla pieniędzy, tenisiści zaczną pląsać po niebieskiej trawie.

Krzysztof Domaradzki