Rubryka tetryka: nie da się przegrywać zawsze

Krzysztof Domaradzki , foto: AFP

Krzysztof Domaradzki

Słów kilka o wystrzałowym Niemcu, przytomności organizatorów turnieju w Stuttgarcie, roztropności Agnieszki Radwańskiej i tenisiście z licencją na przegrywanie.

Przez miniony tydzień przepłynąłem pod banderą Tommy’ego Haasa, jednego z najbardziej utalentowanych i zarazem najbardziej pechowych tenisistów przełomu wieków. 13-letniego Niemca wypatrzył kiedyś Nick Bollettieri, który był tak zdumiony jego umiejętnościami, że zaprosił go na Florydę, oferując darmowe tenisowe wykształcenie. Niewiele brakowało, by Haas spłacił pokładane w nim nadzieje. Był już wiceliderem rankingu ATP z silnym zamiarem wdrapania się na sam szczyt, ale wtedy los z niego zakpił: najpierw złamał go wypadkiem rodziców (rozbili się otrzymanym od syna Harleyem-Davidsonem, ojciec tenisisty wylądował w śpiączce), a potem zesłał na niego plagę kontuzji. W ciągu dekady Haas zmagał się z tyloma urazami, że spokojnie dałoby się nimi obdarować tuzin graczy. Dwukrotnie brał rozbrat z grą na ponad rok. Strach pomyśleć, jak często rozważał rzucenie tenisa w cholerę.

Wydaje się nieprawdopodobne, by ktoś, kogo życie nie tyle nie rozpieszczało, ile regularnie łamało kołem, mógł w wieku 34 lat zadziwić świat zdominowany przez bezduszne maszyny, imponujące i końskimi zdrowiem, i fanatycznym dążeniem do doskonałości. W Miami, szczególnie bliskim sercu Niemca, pokazał, że czasem te niewzruszone cyborgi jednak miękną, a wtedy można nie tylko z nimi wygrać, ale wręcz zdmuchnąć je z kortu. Tak właśnie potraktował słabo dysponowanego Novaka Djokovicia. Serb wyglądał przy rewelacyjnie usposobionym Haasie jak uczniak, który odważył się rzucić nieprzemyślane wyzwanie mistrzowi. Buńczucznie nastawiony Niemiec zaprezentował repertuar zagrań, którego trudno doszukiwać się w niewiarygodnie wydajnej, ale jednak dość schematycznej grze aktualnego lidera światowego rankingu. Rozbił Djokovicia w stylu retro.

Obserwując wszechstronną grę Haasa, aż trudno uwierzyć, że tenisowej ogłady uczył się w akademii Bollettieriego, kuźni wypluwającej zawodników do bólu schematycznych. Niemiec gra bowiem tak, jakby największą frajdę sprawiało mu różnorakie łajanie rywali, jakby powtarzanie tych samych manewrów nie przystawało szanującemu się graczowi, jakby obowiązkiem każdego zawodnika było odhaczenie wszystkich uderzeń, jakie zawierają tenisowe słowniczki. Jeszcze trudniej uwierzyć, że przy obecnym od wielu lat kulcie powtarzalności ta różnorodność dała mu tyle prestiżowych zwycięstw: Haas rywali z czołowej dziesiątki rankingu ogrywał 45-krotnie. Jak skończy karierę, będzie mógł z czystym sumieniem oznajmić, że w jego erze nie pojawił się tenisista, na którego nie byłby w stanie znaleźć recepty.

***

Półtorej dekady temu Niemcy wierzyli, że Haas wypełni lukę po Steffi Graf i Borisie Beckerze. Teraz nie mają ani jednego tenisisty, w którym mogliby pokładać podobne nadzieje. Nie przeszkadza im to jednak poszukiwać potencjalnych zwycięzców Wimbledonu. Właśnie wymyślili, że przeniosą turniej w Stuttgarcie z ziemi na trawę. A ATP – i mnie – ten pomysł bardzo przypadł do gustu.

W 2015 r. wydłuży się przerwa pomiędzy Rolandem Garrosem a Wimbledonem do trzech tygodni, dzięki czemu w ten węzłowy moment sezonu można wetknąć kilka turniejów. Organizatorzy zmagań w Stuttgarcie wykazali się godną pochwały odwagą i refleksem, nie wahali się bowiem zmienić charakteru imprezy z ponadstuletnią historią i postawić na nawierzchnię, która coraz wyraźniej odchodzi do lamusa. W dodatku obiecali, że zatrudnią specjalistów zajmujących się przygotowywaniem wimbledońskich aren, aby korty jak najbardziej przypominały te, na których każdego lipca wojuje się w Londynie, marząc o zgarnięciu najbardziej prestiżowego tenisowego skalpu.

Choćby z uwagi na tę inicjatywę bardzo bym chciał, by nasi zachodni sąsiedzi dorobili się tenisisty formatu Beckera (zawodniczka pokroju Graf może im wyrosnąć dopiero wtedy, gdy Agnieszka Radwańska odejdzie na zasłużoną emeryturę – nie ma co utrudniać). Albo przynajmniej Michaela Sticha, też przecież triumfatora Wimbledonu. Najbardziej jednak bym chciał, żeby niemieckim wybawcą okazał się jednak Haas. W Halle wygrywał już dwukrotnie (w 2009 i 2012 r.), na trawie radził sobie zarówno z Djokoviciem, jak i Rogerem Federerem. Jak wspominałem wyżej, nie ma tenisisty, którego mógłby się lękać, to raczej możni tenisa powinni lękać się nieobliczalnego i obrzydliwie wszechstronnego Niemca. Wimbledoński triumf Haasa byłby chyba najpiękniejszym podarunkiem, na jaki bogowie tenisa mogliby się zdobyć.

***

A skoro o Wimbledonie mowa, nie sposób nie wspomnieć o ubiegłorocznym finale turnieju kobiet. Agnieszka Radwańska, jak doskonale pamiętamy, stawiła w nim opór mocarnej Serenie Williams. Amerykanka znajdowała się wówczas w zawrotnym pędzie, który pozwalał jej przewracać kolejne zawodniczki zaraz po zetknięciu się z nimi. Jedynie Polka zmusiła ją do wytężonego wysiłku, a nawet, co Amerykanka przyznała parę miesięcy później, sprawiła, że jedna z najlepszych zawodniczek w historii spanikowała. Chyba każdy czuł, że gdyby nie gem, w którym Williams wypaliła 4 atomowe serwisy, wypędzając tym samym czarne myśli z głowy, pozłacana patera powędrowałaby do Krakowa.

Finałowe starcie w Wimbledonie było przy okazji jedynym w historii rywalizacji tych dwóch tenisistek, w którym Amerykanka zagrała odrobinę mniej stabilnie. W pozostałych – w tym półfinałowym w Miami – grała jak natchniona. Niby nie ma nic nadzwyczajnego w tym, że jedna zawodniczka drugiej leży albo wręcz przeciwnie, ale nie odnoszę wrażenia, by styl gry Radwańskiej szczególnie odpowiadał Williams. Subtelność krakowianki nie decyduje o tym, że Amerykanka w starciach z Polką serwuje na pułapie, jakiego nie powstydziliby się solidnie podający mężczyźni, porusza się ze zwinnością kozicy górskiej, a wygrywające uderzenia wypluwa w każdej kortowej sytuacji. Obawiam się, że obecna liderka światowego rankingu może pozostać jedyną tenisistką z czołówki, z którą krakowiance w oficjalnym pojedynku wygrać się nie uda.

Chyba że, co nie jest wykluczone, ponownie spotkają się w finale Wimbledonu. Tam lubią dziać się rzeczy dziwne, znacznie dziwniejsze nawet od niezrozumiałych eksplozji formy Williams, kiedy naprzeciwko niej staje Radwańska.

***

Wydaje się jednak mało prawdopodobne, by Polka czuła się szczególnie poturbowana po kolejnym laniu od Williams. Stosunek Radwańskiej do tenisa jest zresztą niezwykle zdroworozsądkowy – ma świadomość, że pewnych barier nie jest w stanie przeskoczyć, więc z pokorą i ze spokojem przyjmuje porażki, po których wiele nadętych pieniaczek wzniecałoby niezrozumiały rwetes. Choć nie obroniła w Miami tytułu, przyznała, że jest ze swojego występu na Florydzie zadowolona. I nie ma co się jej dziwić.

Choć Polka zaczęła rywalizację w Crandon Park marnie – do tego stopnia, że w niektórych mediach elektronicznych zaiskrzyło od dawno niesłyszanych przypuszczeń, jakoby niebawem miała gwałtownie osunąć się w rankingu – to w dwóch meczach pokazała się z kapitalnej strony. Najpierw w 4. rundzie, kiedy to odebrała ochotę do gry Sloane Stephens, mimo że początek meczu zdecydowanie należał do Amerykanki. Potem w bliźniaczy sposób uporała się z rozgrywającą turniej życia Kirsten Flipkens. Spotkanie z Belgijką upamiętniła niezwykłym wolejem z półobrotu, o którym po meczu mówiono więcej niż o całej rywalizacji kobiet.

Radwańska natomiast po raz kolejny wykazała się zdroworozsądkowym podejściem. Choć zachwyty nad jej zagraniem wydawały się zupełnie logiczne, wszak nie codziennie widuje się tak kreatywne i zarazem efektowne popisy, to krakowianka dostrzegła w nim jedynie umiejętne dostawienie rakiety, nic więcej. Pragmatyzm wypływający z ust Polki bywa tak radykalny, że dałoby się jej wypowiedziami streścić sezon w dwóch zdaniach. Obu, jak dotychczas, niezwykle pozytywnych.

***

W sobotę nabrałem przekonania, że największymi przegranymi turnieju w Miami będą nasi debliści. Mariusz Fyrstenberg i Marcin Matkowski od wielu lat odnotowują znaczące występy, lecz do chełpienia się w gwiazdorskim blasku zdecydowanie się nie kwapią. W Miami po raz trzeci stanęli do walki w Wielkim Finale: wcześniej boje podobnego formatu toczyli w US Open i londyńskim Mastersie. Po raz trzeci przegrali wyraźnie, nie urywając rywalom nawet seta, jak gdyby pogodzili się z porażką na długo przed rozpoczęciem meczu.

Jednak to nie oni zmagania w Miami przegrali najdotkliwiej. Nie przebiją bowiem Davida Ferrera, który wyspecjalizował się w przyjmowaniu gorzkich klęsk. Hiszpan od wielu sezonów z niezwykłą namiętnością wygrywa turnieje pomniejsze, a w tych poważnych niemal każdorazowo nacina się na zawodników, którzy sprawiają mu dotkliwe lanie. Najczęściej w tę rolę wcielają się Djoković, Federer lub Rafael Nadal – stoczył z nimi już 50 pojedynków, z których wygrał zaledwie 9. Ani razu nie poskromił ich na etapie półfinałowym bądź późniejszym.

Andy’ego Murraya, który w burzliwych okolicznościach pokonał go w finale zmagań w Miami, akurat zwykł ogrywać całkiem często – gdyby uczynił to w niedzielę, wyrównałby bilans pojedynków między nimi. Demony Ferrera budzą się jednak w momentach najistotniejszych, kiedy walka toczy się o to, by zapaść w pamięć tłumów na dłużej. Ale przegrywać zawsze się nie da. Przyjdzie kiedyś taki moment – pewnie wtedy, gdy Hiszpan zupełnie nie będzie się go spodziewał – w którym to jego będzie na górze. I oby się tego nie spodziewał w trakcie turnieju wielkoszlemowego.

Krzysztof Domaradzki