Rubryka tetryka: nie SS, lecz JJ
Słów kilka o Włoszce, która jest nie do zajechania, pewnej całkiem zajmującej rywalizacji, odrobinę niepokojących prognozach i tych zupełnie atrakcyjnych.
Tenisiści i tenisistki coraz rozważniej gospodarują siłami. Andy Murray porzucił rywalizację na miesiąc, żeby intensywnym treningiem podreperować przygotowanie fizyczne, a Serena Williams jawnie unika gry, ogniskując swoje moce na zmaganiach najistotniejszych. Wyjątek stanowi Sara Errani. Włoszka obtłukuje się na całym świecie. Bezustannie.
Pokonując przedwczoraj Johannę Larsson, Errani skompletowała 50. mecz w sezonie. W tym roku stoczyła już 27 batalii singlowych i 23 deblowe, zgarniając przy okazji 4 tytuły i 7-krotnie meldując się w finałach. Przed rokiem rozegrała 140 meczów, lecz najwidoczniej nie czuje się w pełni usatysfakcjonowana, ponieważ wyraźnie zasadza się na wyśrubowanie tego wyniku. Terminator. A nawet lepiej – David Ferrer w spódnicy.
***
Kiedy pomyślę o tym, że Roger Federer i Rafael Nadal mają spotkać się już w ćwierćfinale zmagań w Indian Wells, nie mogę oprzeć się wrażeniu, iż osobie wpisującej ich nazwiska do turniejowej drabinki omsknęła się ręka. Na tak wczesnym etapie mocowali się tylko raz – w 2004 roku w Miami, w pierwszym z kilkudziesięciu niezwykłych meczów, jakie od blisko dekady toczą. Nadal nie imponował jeszcze krągłymi bicepsami, a Federer nosił długie włosy. Mało kto wówczas sądził, że pojedynki tej pary tak często będą inkrustowały wielkoszlemowe finały.
Szwajcar przekonuje, że cieszy się z powrotu Hiszpana. Nie wątpię, że przepadają za sobą w warunkach pozakortowych, ale Federer z pewnością wolałby ograniczyć ich znajomość do tego obszaru. Powrót Nadala znacznie zmniejsza jego szanse na zgarnięcie jeszcze jednego wielkoszlemowego lauru. W turnieju tej rangi po raz ostatni pokonał Hiszpana w 2007 roku. Ostatnie 4 najcenniejsze tenisowe trofea zdobywał wtedy, kiedy Nadal nie grał albo przegrywał z urazami w trakcie turnieju.
***
Kiedy Novak Djoković opowiada o początku tego roku, na twarzy jego roztacza się szeroki uśmiech. I trudno się temu dziwić. Lider światowego rankingu wyrósł bowiem na specjalistę od pierwszej części sezonu. W Melbourne i Dubaju wygrywał już czterokrotnie, w Miami trzykrotnie, a w Indian Wells dwukrotnie. Z 36 trofeów, jakie dotychczas zgromadził, aż 13 zgarniał w pierwszych czterech miesiącach sezonu, wcale nie tak obfitych w tenisowe imprezy.
Serba dodatkowo radują spostrzeżenia dziennikarzy, którzy chętnie doszukują się podobieństw z rokiem 2011. Wówczas jego zwycięski marsz zatrzymał dopiero Federer, stopując go w półfinale Rolanda Garrosa, po 41 wygranych pojedynkach. Na powtórkę Djoković chyba jednak nie poluje. Wtedy był nieubłagany, teraz zmiękł do tego stopnia, że oddaje sety wyraźnie od siebie słabszym. Fabio Fognini otrzymał niedawno jednego – po tym, jak Serb spuścił mu 19-minutowy łomot w pierwszym, i przed tym, jak zlał go w trzecim.
***
Agnieszka Radwańska dostała zadyszki. Krakowianka długo czuła się na korcie jak pączek w maśle, ale lukier przesłonił jej to, że rywalki zaczęły się zbroić. Zwłaszcza Petra Kvitova. Czeszka ewidentnie wraca do wysokiej dyspozycji (przekonały się o tym jej przeciwniczki – w tym Radwańska – w Dubaju) i zapewne w połowie roku, kiedy rywalizacja przeniesie się na nawierzchnie miękkie, dołączy do ścisłego grona tenisistek najzacieklej wyciągających ręce po wielkoszlemowe tytuły.
Jeżeli Polka nie odzyska świeżości i polotu z początku sezonu, może opuścić czwartą pozycję w rankingu WTA. Rozsądek podpowiada, że straci trochę punktów za turniej w Miami i Wimbledon, a nieco zyska po zmaganiach w Rolandzie Garrosie. Kvitova może wiele nie odrobić, ponieważ zarówno w Londynie, jak i Paryżu wypadała przed rokiem dobrze (osiągnęła półfinał i ćwierćfinał), drastyczną obniżkę formy odnotowała dopiero pod koniec sezonu. Krakowiankę może więc prześcignąć jedynie spektakularnymi sukcesami. Bardziej jednak Radwańskiej zagraża Na Li. Chinka na razie zbiera siły, lecząc kontuzję kostki, ale na korty ziemne zapewne wróci potwornie zdeterminowana. Przed rokiem Roland Garros skończył się dla niej po 4. rundzie. Byłej mistrzyni nie przystoi odpadać na tak wczesnym etapie dwa razy z rzędu.
***
Uwierzyłem, że Sloane Stephens będzie wielką tenisistką. Uwierzyłem jeszcze przed Australian Open. Kiedy pokonała kulejącą Williams i nastraszyła Wiktorię Azarenkę tak, że ta musiała upodlić się do poziomu rynsztokowego cwaniaka, by dobrnąć do finału, byłem pewien, że Amerykanka niebawem stanie się potężnym zagrożeniem dla Radwańskiej. W końcu preferuje styl gry, który wąskoramiennej Polce nie odpowiada. W dodatku porusza się po korcie jak pantera.
Jestem jednak człowiekiem małej wiary. Kilka tygodni później konstatuję, że szału nie ma. Stephens przegrała dwie zacięte bitwy w Dosze i Dubaju – najpierw z Klarą Zakopalovą, potem z Soraną Cirsteą – a następnie uklękła przed Radwańską w Indian Wells. Ale nie Agnieszką – Urszulą. I to na swojej ziemi, wysuszonej na wiór pustyni w Kalifornii. Teraz już nie wierzę, by Stephens była w stanie zbliżyć się do mistrzowskiego poziomu, jaki od lat prezentuje Williams. A co gorsze, pod nieobecność tej drugiej amerykański tenis nadal poraża przepastną pustką. Dla osoby wychowanej na Samprasie, Agassim, siostrach Williams czy Davenport jest to szczególnie widoczne.
Ostatnia pogromczyni Stephens – młodsza z sióstr Radwańskich – pokazuje natomiast, że pomimo niepokojących potknięć stać ją na to, by rywalizować z najlepszymi; w Indian Wells stłukła już dwie zupełnie przyzwoite Amerykanki, teraz spróbuje stawić opór Azarence (oby poszło jej lepiej niż siostrze). Talentem rzeczywiście nie ustępuje Agnieszce. Różni się jednak od niej diametralnie. Starsza z sióstr startuje do sezonu z prędkością dźwięku, młodsza zaś tak, jakby bazowała na przedwojennym silniku Diesla.
***
Opóźnienia w tenisowym rozkwicie Stephens sprawiają, że ponownie najwięcej par oczu skupia się na poczynaniach Jerzego Janowicza. Polski wielkolud zaliczył w tym roku jedną wpadkę (z Victorem Hanescu z Rotterdamie; porażki z Brianem Bakerem w Auckland nie liczę, zawodnicy zmagali się wówczas bardziej z wiatrem niż ze sobą), a poza tym odnotowywał wyniki bardzo obiecujące. W Melbourne przegrał z Nicolasem Almagro, lecz udało mu się dwukrotnie zmusić Hiszpana do szarpania się w tiebreakowej rozgrywce, mimo że potężne odciski odebrały łodzianinowi połowę mocy. We Wrocławiu dwoma efektownymi zwycięstwami nad Słoweńcami przybliżył Polskę do Grupy Światowej Pucharu Davisa. W Marsylii przegrał po walce z Tomasem Berdychem, zaliczając po drodze niezwykły wyczyn: i Czecha, i Juliena Benneteau, z którym rywalizował wcześniej, potrafił rozłupać w tiebreaku do zera. Z występu w Indian Wells także może być zadowolony – wprawdzie Richard Gasquet sprawił mu srogie manto, ale wcześniej Janowicz pokonał Davida Nalbandiana, finalistę Wimbledonu z 2002 r., jednego z najsolidniejszych tenisistów poprzedniej dekady.
Pomimo dotkliwiej porażki z Francuzem w dalszym ciągu uważam, że Polak powinien zasadzać się na czołową dziesiątkę rankingu ATP, zamiast myśleć o utrzymaniu się w TOP 30 (taki był jego plan minimum na ten sezon). Człowiekowi o jego warunkach fizycznych, motoryce i talencie nie wypada mierzyć niżej. Z pewnością może postawić sobie równie efektowne cele jak Sloane Stephens. A nawet efektowniejsze. Potencjał na gwiazdę światowego tenisa tkwi w nim odrobinę większy. Choćby z uwagi na atrakcyjniejsze inicjały. Amerykanka swoimi powinna posługiwać się raczej oszczędnie, szczególnie gdy składa podpisy na piłkach. Jay-Jay autografy może rozdawać bezkarnie, podpisując się tak, jak tylko mu się zamarzy. I oby czynił to jak najczęściej.
***
Czy paszporty biologiczne znacząco wpłyną na kontury tenisowej mapy świata? Mam nadzieję, że nie. ITF, WTA i ATP stwierdzają zgodnie, że są one niezbędne, by utrzymać czystość dyscypliny. Tenis zacznie więc czerpać z doświadczeń kolarskich. Specjaliści od dwóch kółek w 2011 r. poza zawodami byli 3314 razy poddawani kontroli antydopingowej. Specjaliści od rakiet – jedynie 21.
Kontrole dopingowe skutecznie zabiły moją miłość do kolarstwa. Jak tylko zaczynałem silniej sympatyzować z którymś z zawodników, temu od razu UCI wlepiała zakaz startów albo świat skazywał go na wieczne potępienie. Tak było z Santiago Botero, Ivanem Basso, Alejandrem Valverde czy w końcu Lance’em Armstrongiem. Miłości do tenisa raczej nie zabiją. Tutaj, na szczęście, chwała nie spada na tego, który najwięcej biega, lecz na tego, który do biegania zmusza innych.
Krzysztof Domaradzki

