Rubryka tetryka: nie taka głośna ta Maria

Krzysztof Domaradzki , foto: AFP

Krzysztof Domaradzki

Słów kilka o nieszczęsnym Szwajcarze, hiszpańskim smoku, zbuntowanym dryblasie z Afryki i pewnej wschodniej ekspansji.

Chciałbym znaleźć się w głowie Stanislasa Wawrinki w chwili, kiedy ten sposobi się do gry z Rogerem Federerem. Prześledzić targające nim obawy, zgłębić zawiłości jego planu taktycznego, przywitać się z demonami, które nagminnie obdzierają go ze zwycięstw z utytułowanym rodakiem. W Indian Wells przegrał z bazylejczykiem po raz trzynasty. Zwyciężył tylko raz – w 2009 roku w Monte Carlo, w jedynym z nielicznych miejsc, w których Federer grywał regularnie, lecz nigdy nie sięgnął po tytuł.

Wkradłbym się do umysłu Wawrinki także po to, by dowiedzieć się, czy nadal uparcie wygląda chwili, w której stanie się najwyżej notowanym szwajcarskim tenisistą. Czy jeszcze wierzy, że kiedyś Federer obsunie się ze swoją dyspozycją na tyle, by za życia – tenisowego, rzecz jasna – spaść na drugie miejsce w krajowym zestawieniu? Czy Wawrinka po latach istnienia jako drugi Szwajcar, deblowe uzupełnienie Federera na igrzyskach, alternatywa na wypadek potknięcia mistrza byłby w stanie objąć rządy w helweckiej krainie? Czasu ma coraz mniej, za nieco ponad tydzień skończy 28 lat. A Federer wygraża, że zamierza gnębić oponentów jeszcze co najmniej trzy lata – do olimpijskich zmagań w Rio de Janeiro. Oby Wawrinka, tenisista nietuzinkowy i zasłużony dla oczu wielu fanów, dotrwał do emerytury rodaka w dobrym zdrowiu. Wtedy zostanie szwajcarskim numerem jeden.

***

Już za niespełna trzy tygodnie Polska zmierzy się z RPA i spróbuje postawić kolejny krok w kierunku elity Pucharu Davisa. Scenariusze przed tym pojedynkiem klarują się dwa: albo będzie nieprzyzwoicie łatwo, albo niepokojąco trudno. Karty rozdają ci, którzy w Zielonej Górze wystąpią w roli gości.

Jakie karty rozdadzą, sami jeszcze nie wiedzą. Zakładając, że wszystko w RPA wróci do normy, zapowiada się pojedynek Polaków z Kevinem Andersonem i jego marnym uzupełnieniem. Południowoafrykański singlista od paru tygodni znajduje się w znakomitej dyspozycji, dzięki której osiągnął finał zmagań w Sydney, dotarł do 4. rundy Australian Open i ćwierćfinału w Indian Wells. W Kalifornii potrafił pokonać Davida Ferrera i Gilles Simona, więc trudno przypuszczać, by największe polskie działa – na czele z obdarzonym bliźniaczymi warunkami fizycznymi Jerzym Janowiczem – mogły zrobić na nim wrażenie.

Ale tenis w RPA tonie we wznieconym w zeszłym roku ogniu. Anderson odmówił reprezentowania kraju, wybierając rozgrywki World Team Tennis. Federacja i kibice zbesztali go za taką postawę, na co Anderson odgryzł się listem otwartym i deklaracją, że dla kraju już nie zagra, jeżeli format rozgrywek nie ulegnie zmianie, wyraźnie dając do zrozumienia, iż przedkłada dobro własne nad reprezentacyjne.

Pozostaje mieć nadzieję, że Anderson jest człowiekiem honorowym, który pod wpływem nagłego impulsu zdania nie zmieni. Lepiej, żeby wspierał drużynę z całego serca, jak obiecywał w liście, a nie z perspektywy kortowej. Lepiej dla nas.

***

Jeżeli forma Rafaela Nadala po siedmiomiesięcznej przerwie była największą zagadką tegorocznego sezonu, to już nic enigmatycznego w tym roku nas nie czeka. Hiszpan wrócił z dyspozycją porażającą. W trakcie ostatnich trzech tygodni rozprawił się z Nicolasem Almagro, Davidem Ferrerem, Rogerem Federerem, Tomasem Berdychem i Juanem Martinem del Potro. Nie straszne mu ani korty ziemne, ani twarde, które przecież miały być jego zmorą. Nie straszni mu ani rywale, ani nadwątlone kolano, które skradło mu lwią część poprzedniego sezonu.

Nadal w ciągu paru tygodni nie tylko odzyskał pozycję sprzed urazu (dzisiaj prześcignął w rankingu Ferrera, ponownie stając się najwyżej notowanym zawodnikiem z Półwyspu Iberyjskiego), ale i wyrósł na poważnego kandydata do obalenia Novaka Djokovicia i przejęcia rządów w męskim tenisie. Hiszpan, swoim zwyczajem, wykorzystał kilkumiesięczną izolację i możliwość nieskrępowanego trenowania na udoskonalenie swojej gry. Jego bekhend jest silny jak nigdy, forhend zabójczy jak zawsze, serwis stabilny i niebezpieczny, nogi szybkie, a głowa potwornie silna, co udowodnił we wczorajszym finale z del Potro, wyszarpując zwycięstwo, które w drugim secie niechybnie mu umykało. Znalezienie słabych stron Nadala nie jest zadaniem prostym. Zdaje się, że sam Djoković musi dołączyć do szerokiego grona poszukiwaczy.

Ale w najbliższym czasie felerów w grze Hiszpana nie znajdzie. Nadal pokazał klasę, postraszył i znika, rezygnując z udziału w zmaganiach w Miami. Niech się rywale martwią i głowią, jak okiełznać hiszpańskiego smoka. I to w jego jamie: mistrz z Majorki powróci bowiem dopiero na korty ziemne.

***

Byłem pewien, że w 2009 roku na światowe areny zstąpił geniusz, który obali rządy autorytarnego szwajcarsko-hiszpańskiego duetu. Ale niedługo potem geniusza poszatkowały kontuzje, zmuszając do tego, by swój pomnik wykuwał od nowa. Kiedy to robił, władzę przejął Serb, posądzany wcześniej o niezdolność królowania z tytułu marnej wytrzymałości fizycznej.

W 2009 roku del Potro, blisko dwumetrowy Argentyńczyk, wygrał US Open, w półfinale rozbijając Nadala, a w finale rozstrzygając na swoją korzyść pięciosetową batalię z Federerem. W minionym tygodniu ten sam wielkolud rozbroił w ćwierćfinale Andy’ego Murraya, a w półfinale ograł Djokovicia. Do pełni szczęścia zabrakło mu pokonania w finale Nadala. Po pasjonującym pojedynku wygrał Hiszpan, choć w połowie drugiej partii wydawało się, że lada moment del Potro dorzuci trzeci imponujący skalp i sięgnie po tytuł.

Czy to oznacza, że del Potro rozbije w końcu oligopol? Wątpię. Argentyńczyk już nie raz popisywał się pojedynczymi wystrzałami, po których huczało na całym świecie, lecz od pamiętnego US Open ani razu nie wystrzelił całej serii w trakcie turnieju wielkoszlemowego. Nie doczłapał nawet do półfinał żadnej z czterech kluczowych imprez. Nie wiem, ile w jego magazynku jest nabojów, ale do utorowania sobie drogi na szczyt mogą mu nie wystarczyć.

***

Zachodzę w głowę, jak to możliwe, że Janowicz i Treat Huey stworzyli tak imponującą parę deblową. Różnią się wszystkim: stylem gry (Polak to siłacz, Filipińczyk stawia na technikę), warunkami fizycznymi (łodzianin jest o 26 centymetrów wyższy) i temperamentem. A jednak współpraca despotycznego furiata z potulnym stoikiem układa się genialnie. Jak tu nie wierzyć, że przeciwieństwa się przyciągają?

W Indian Wells ten niecodzienny duet zaliczył pierwszy wspólny występ. Żeby zainaugurować partnerstwo owocniej, musieliby ograć najlepszy debel świat, być może najlepszy w dziejach – Boba i Mike’a Bryanów. Niewiele im zabrakło. Seta nierozłącznym bliźniakom urwali, a już to wypada w przypadku tak nieopierzonej pary uznać za wyczyn monumentalny.

Nie zdziwię się jednak, jeżeli kalifornijski sukces Janowicza i Hueya będzie największym, jaki w dziejach wspólnych występów osiągną. Nie wierzę, by Janowicz na dłuższą metę mógł traktować zmagania w grze podwójnej poważnie. W Indian Wells miał to szczęście, że z singlem pożegnał się szybko (po 3. rundzie) i z charakterystycznym dla siebie luzem mógł pobawić się w deblu. Huey jednak tego komfortu nie ma. Dla trenującego w Stanach Zjednoczonych Filipińczyka debel jest wszystkim. Nie sądzę, by przy takiej dysproporcji priorytetów ich partnerstwo wytrzymało długo. Te przeciwieństwa przyciągnęły się tylko na chwilę.

***

Nie było dzisiaj nic o tenisistkach, będzie więc na koniec. Nie o wszystkich, rzecz jasna, lecz o kilku konkretnych, pochodzących z Rosji. One bowiem w minionym tygodniu na kalifornijskiej pustyni namieszały najsilniej. Rosjanka Maria Szarapowa wygrała turniej singlowy. Żeby to uczynić, musiała w półfinale pokonać Rosjankę Marię Kirielenko. Ta z kolei musiała rozprawić się z Agnieszką Radwańską i Petrą Kvitova, żeby ów półfinał osiągnąć. Natomiast Rosjanki Jekaterina Makarowa i Jelena Wiesnina musiały pokonać w finale debla Nadię Pietrową (także Rosjankę) i Katarinę Srebotnik, żebym o Rosjankach, jako o grupie, zechciał wspominać.

Rewelacyjny występ reprezentantek Sbornej jest niewątpliwie godny odnotowania. Nie sądzę jednak, by dało się z niego wysnuć wniosek, iż rosyjska potęga się odnawia. W połowie poprzedniej dekady światowymi kortami trzęsły delikatne Anastazja Myszkina i Jelena Dementiewa oraz niedelikatne Dinara Safina i Swietłana Kuzniecowa. Wspierała je ekspansywnie wkraczająca w świat wielkiego tenisa Szarapowa. Dzisiaj Rosjankom została tylko ta ostatnia. Pozostałe albo już nie grają, albo grają ogony (Kuzniecowa). Nowe twarze natomiast zadowalają się tworzeniem szerokiego zaplecza czołówki, o wielkich zaszczytach marząc jedynie skrycie.

Szarapowa zasługuje jednak na znacznie więcej uwagi, i to nie dlatego, że wygrała turniej i została wiceliderką rankingu WTA. Tenisistka znana z głośności – tak kortowej (największa krzykaczka w cyklu), jak medialnej – od pewnego czasu milczy. Przepychanki na szczycie toczą się między Wiktorią Azarenką a Sereną Williams. Po nich najhałaśliwiej szarogęszą się Radwańska i Kvitova, uporczywie kombinując, jak te dwie pierwsze wysiodłać ze szczytu. Szarapowa natomiast przemieszcza się przez sezon bezszelestnie, jakby po latach wzniecania rwetesu uwierzyła, że milczenie jest złotem.

Odważniej odezwała się dopiero po wczorajszym zwycięstwie, stwierdzając, że w najbliższym czasie zamierza trochę powygrywać. Oby to nie oznaczało końca ery cichej Marii.

Krzysztof Domaradzki